Aleksandra Zbierska - wiersze

 

zbierska aleksandra

 

 

Biegnij

 

 

„Ja to mam szczęście,

że w tym momencie,

żyć mi przyszło

w kraju nad Wisłą. „

 

 

z warszawki w tłum pęczniejący niczym kasza

wiejska - snopowiązałka przemiany ego w hymn.

koleżanko, jak sobie radziłaś? dali się napalić. ty tu,

on tam. więc tylko ślina. przynajmniej, to nie łzy

spływały po szkle  ( w uszach kontrabanda po nocnej

narkozie). zepsuł mi się słownik, myszka mi fumluje

( kluczy by nawiązać więź ze sznurowadłem). wiem,

dobro jest intensywniejsze, gdy zaspokaja pragnienia.

 

nie mam pojęcia, co znaczy pieniądz. połóż, prawdę ci

powiem. cyganeczko, nie da się być trochę. dobra:

klocki lego są zajęte. różowa tabletka, butelka dobrego

Chardonnay, 30 minut na make - up, i go go!  tak

od rana? ( faza zawieszenia) od ciężkiego zaliczenia

ostatniego dna bo, i tam jeszcze, ktoś puka od spodu.

 

widziałam gościa, pekińczyk mu Lloyda osikał. wytarł

w tylną nogawkę. pies był jego laski - co miał facet

zrobić? a potem samochód go przejechał - nie psa!

kiedyś pod dorożki się wpadało - pierwowzór Bonda

tak skończył, jak mu wypadły wszystkie zęby. ja mam

farta - taka maszyna, tyle miłości! ale schnie mi w donicy

rododendron ( sam jest w strachu ) - za gorąco? dziwne,

jak słowo dziennikarz, bliskie jest słowu dziwkarz.

 

 

Walentina – huśtając

 

 

krzesło – odwracam się, żeby poznać przyczynę

poruszenia: zapach białego bzu wisi w powietrzu;

kolumny dziękczynne, jak ordery Tierieszkowej,

dryfują, aż do sufitu. a ona, wciąż odwraca głowę –

do łokcia. rękawiczki – w połowie cieliste, w połowie

kolorowe (fajna sprawa!). nagle, chmura wonnego

kadzidła obmacując twarze uderza na podzwonne!

wstępowała w niebo, prując głową niebieski firmament.

przestało kołysać. a łzy wciąż kapią. (Elegancko!)

Worhole, też idą w górę – w Sotheby’s!

 

 

I już!

 

Poznań, jesień, na rynku faluje tłum – oddycha wspólnie

rozgrzanym powietrzem. zmierzch opada łagodnie radosną

obecnością. co słychać – mówią usta w pełnym uśmiechu;

inni podają dłoń (obcęgi). wódki? – owszem, się napijesz.

i już! czujesz, że ta dawka obecności jest zbyt mocna – dość

chybotliwych rozmów, rąk i słów. życząc lepszego jutra,

 

idziesz. i nie ma znaczenia, że właśnie strzelają ci w plecy

pobłażliwym uśmiechem. zaczyna się krucjata: od rogu,

do rogu, od knajpy, do knajpy – po nocnej zmianie kierunków.

gdzie dom? obojętne oko przechodnia, któremu podałeś

ogień – chciałeś biec, uciekać. i już! wsiadasz do taksówki

dając się dotknąć dźwiękom: przeboje z radia kleją się

 

jak sen – i już! wysiadasz zakręcony nieświeżym oddechem

kierowcy. stoisz, wpół otwarty na progu, przez wpół otwarte

drzwi wchodzisz do pokoju. w rogu, zimny piec telewizora,

na wpół sprzątnięty stół i niedomknięta książka, której nigdy

do końca nie przeczytasz. z oparcia krzesła, na podłogę,

spadają pończochy – jedyna chwila szczęścia – nie przeżyte.

 

 

Sztuczne kwiaty

 

plusnęła o cement i, podwórze zalało światło.

i zgasło. ktoś na górze zamknął drzwi, a teraz, schodzi

po schodach, ciskając przekleństwa: co za cholerny

dom! rozpostarł wyżętą szmatę i ściągając z posadzki

brunatną wodę, klepnął się w czoło, westchnął, a potem

podniósł kubeł i ruszył dalej w drogę – po schodach,

na piętro, gdzie strasznie zawył – właśnie! to,

 

co robię, nie jest moją pasją, dzięki której jestem

wolny! co za blichtr! ale przynajmniej, nie myślę. i myje

te swoje sztuczne kwiaty, jak ci, co uprawiają winorośl,

lub okopują ziemniaki, czy warzywa. a ja wyciągam ręce –

tak ciemno. macam klamkę – nie mogę otworzyć drzwi!

podchodzę do okna w korytarzu i widzę całe to podwórze:

wysoką ścianę i siebie – tam, na zewnątrz (plask/plusk!).

 

unosi się pod niebo łoskot. ludzie z piętra boją się

zejść do piwnicy, a przecież wychodek jest na zewnątrz!

a ci, z drugiego, chlają i jest im obojętne, że w tej właśnie

chwili, pochyla się nade mną gość i pluje przez zęby:

jestem w pracy, rozumiesz? tryknęłyśmy się czołami.

mam to, jak na widoku: na sobie coś rozdartego. właściwie,

na dworze jest ciepło, a ja czuję mroźny cień stycznia.

 

a tam, to rozbite okno (zakręciło mi się w głowie). słońce

przesuwa się, to i ja przesuwam się w ślad za nim, aż cień

zaczyna mnie przepoławiać wiele, wiele razy (coś pięknego!)

bukiet niebieskich róż idzie w moją stronę. w zamrażarce,

osobiście, poprawiasz mi dłonie, a potem idziesz na zakupy –

wyrzucasz pieniądze, jak nigdy – na fryzjera i kozaki. wracasz

później niż zwykle; i do tego: z tym bukietem niebieskich róż.

 

 

Trzeba

 

zdjąć słońce – powiedziałam zamykając okiennice. dziś

Dzień Niepodległości, 99. rocznia, szkoda, nie wiedziałam

(z księżyca spadłam, czy co?). nie poznałam Agnieszki

Maciąg – siedziała w samolocie, obok znanego aktora

(nazwisko, także wypadło mi z głowy – nie będę pytać

 

wujka gugla – po prostu, nie chce mi się). to był stary film

ale Agnieszka, jakoś się nie zmieniła – no prawie – mylą

tylko włosy – wiadomo: grzywka na alfa – taki czas (szał

na Bandiego). czy córka Piłsudskiego miała dzieci? – słyszę

głos z kanapy. nie wiem, ale można sprawdzić. wiem

 

jednak, że Wódz miał dwie córki. Dworek Piłsudskiego

stoi do dziś. Obie córki dbają o ten dom. i pamięć. trzeba

odsłonić słońce – powiedziałam otwierając okiennice

(mamy taki dziwny dom) ale słońca już nie ma! o! i

Dobry Boże tu nie pomoże, ani jakieś tam: pust wsiegda.

 

 

Biały Baron

 

(ciężka mucha siedzi w szklance. zalać wrzątkiem,

czy wynieść za drzwi sprzed stu lat?) poznałam Barona,

tego nowego Dżyngis-chana; teraz śpi na biografii

Trockiego: półnagi, jak zawsze, w półciszy, półzłoty;

a nad nim kredowe twarze jego ochotników. ot,

Kozak cwany – Hold the line – przebój wszechczasów.

(odgadując moje intencje, mucha odleciała. kierunek:

Czukotka). eldorado sukcesji nowej generacji.

 

 

Yuppies

 

akcja płaskiej ziemi trwa – trochę krwi

ubędzie. jest szansa pogadać z kimś

jeszcze. ta doskonałość ruchu. no i kończymy –

taką wizkę można robić w nieskończoność –

myszką grafitową, czy świecącą; ale nie

komunistyczną ławą – to się podnosiło,

rozkładało i na 25-lecie można było zjeść.

siedzieli na tapczanie i jedli. dziś jedzą

szybko. w knajpie: tatar z jajem na twardo

(hit libertyna), dwa trupy na jednym talerzu.

jeden w rzeźni, drugi w trakcie gotowania –

umarł ze strachu. wódki nie pijemy.

 

 

Linijka słońca

 

nie mogę odrzucić przebłysków bólu

w krzyżu. ty niszczycielu, słupie śnieżnej jasności!

poniosę to w sobie, tak długo, aż przesypie się

plon doświadczenia, z ręki do ręki. dziś dzień zaduszny.

mieliśmy tylko się wentylować (to sakralne odczuwanie

tłoku). na czele pochodu oddech przewodników. ponieważ,

tylu uczciwych ludzi znosi wielkie trudy, bigoterii

w tym nie ma. trzeba jednak wiać – przed słońcem.

 

 

Medytacja

 

czego chce: wszystkiego. sztuka

w szczegółach prosta – w całości przerasta.

choć zdaje się prowadzić po równej, nagle

się urywa: leć smucić się – pan młody jest

na weselu. obłok nikotynowej mgły

zakwitł nade mną. siedzę: m y ś l ą dowiem się

wszystkiego. aż dziwne. kto tak potrafi? człowiek

tylko zasypia, albo już mu się nie chce, albo

się zaraz popłacze. trzeba trawą, przez plecy!

bambus jest trawą? tak! nie wiedziałam.

 

 

Tramwaj Gaudiego

 

torebka z metką, garsonka i Maanam. cicho. tłoczno.

czemu nie samochodem? są już tysiące Ahmedów

łamiących przepisy. i bałwochwalców w tramwaju. dzyń,

dzyń, tasiemiec czaruje zakręty. kto czaruje, tego zabijcie

Mojżesz? na pewno nie Ramtha. intryga ewakuacji

trwa. drzwi nie wyglądają zdrowo. tłum zamiera

 

w bezdechu. torebka z metką ma błogosławieństwo –

nic się z niej nie wysuwa. Ahmed skręcił w prawo. (Gaudi

wpadł pod tramwaj w 1926 roku – może zajmował się

czarami, w końcu Sagrada Familia – pokutna bez precedensu;

w Rosji, od sześciu lat, rządzi czerwony car. Admirał Wszech-

Syberii zostaje w przeręblu złożony w kształt krzyża – na wieki

 

wieków – dla viecznosti). już można odetchnąć. czary,

mary i, po ciszy. wszyscy wszystkim życzą szczęścia. Kora,

słoneczny spleen, ktoś jeszcze: Ave Maryja (jest czerwiec,

jak wtedy, u Gaudiego). od kilku minut jestem już na gruncie.

Ahmedowi się nie udało (słuchał Genesis), przez ajfona.

ale, że tego w telewizji nie puścili? transparent się nie przyda.

 

 

51 – budiet sonce

 

Jeśli ktoś nie ma zdrowia, nie otrzymał błogosławieństwa!

Jeśli ja nie mam błogosławieństwa, to kto je ma? choroba.

a gdyby nagle zniknęła? popatrz – łata nie wystarczy, trzeba

ubrać się jak wąż. a mnie się ciągle zdaje, że On zbyt

wiele żąda, gdyż z perspektywy gwiazd Ja już nie istnieje.

w gruncie rzeczy, On też (negowanie Boga jest negowaniem

siebie), dlatego napawa lękiem (Słowo przeszło w dym).

 

coś mniej poważnego? taki instytut poznawania człowieka

i jego marzeń. tam jest taki robot – genialne trzy palce!

(etery radzą rozpatrzyć sprawy zatrudnienia). podobno ocali

więcej ludzi z katastrofy, choć nie ma pojęcia, gdzie patrzy.

obecnie ten ich Atlas nie umie podnieść się z upadku. więc:

człowiek stworzył sam – siebie (kto kaszle?). coś z parabelki?

 

słucham „51” TSA – z roziskrzonego nieba spada mi na głowę,

gdy mgła schodzi w dół „Doliny kwiatów” (dobry film!), jak cegła

(poniemiecka miała 27 centymetrów, nie to, co teraz), znasz li

ten stan? (wystukuje fajkę w popielniczkę) z chorobą da się żyć,

naprawdę! (powiedzmy, że to przyjemny truizm). pust wsiegda

budiet sonce, pust wsiegda budiet nieba, pust wsiegda budu ja.

 

 

Król słońce

 

“Jak dobrze nam zdobywać chmury i młodą piersią chłonąć

 

wiatr!” (mieli krzyczeć: sprawiedliwość!) teraz gdacze

sznur kur: pierdolę, nie golę – lepsze to od Sodomy.

mocniejsi? modniarska orda, co siniec na siniec kładzie,

spodnie jacykpajacyk – dobry jest! prorok sikający klątwą

na żorżetę; zsunął stan do kolan, nieładnie się starzeje.

 

do jakiego stopnia można się nie zmienić (płacić, płacić!).

ten drugi płaci jeszcze, lecz schedy pozbawiony. ale są

cuda wianki, pożycz/wypożycz, tworząc obszary tabu

oddalając od zasady. skopiuje deseń z kitchen w Glasgow.

teraz nie – na zimę nie ma po co. tam zima do kwadratu,

 

i koła – studentom na pohybel. a tu, w swojej zonie, 7

minut i jedzie. cisza prędka – duma fanatyzmu zdolna jest

uzdrawiać choćby i do brzasku. potem uczta. ta przewaga

chamskich pubów (sprzeczności istnieją nawet w Universum),

tam się nie płacze; ryby pękają ze śmiechu. biec do kruka?

 

kruk odleciał. potem wisiał na gałęzi znakiem: katastrofa.

powinien był zawierzyć Zanussiemu – ten jego bohater chory

na raka, skacze z okna (piętro drugie) ze strachu przed

umieraniem. Sawinkow też wyskoczył, tyle że nie w Spirali.

okno też było wyżej i, też miał inny powód, ale kto to

 

dziś pamięta? płakał w rękaw Dzierżyńskiemu, że Polska go

zdradziła. a Francja? ta franca – jak mawiał Kisiel. Stalin oficerki

zawsze miał odpicowane, wiadomo, powszechne błocko. w kiosku

były popularne. teraz: powszechny nowotwór. i błoto – niektórzy

nadal tkwią w brudzie. Rolex za oknem kabrioletu < duma lęku.

 

 

Biografia

Aleksandra Zbierska ( Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.), ur. 06.06.1968r – absolwentka poznańskiego "Studium Piosenkarskiego" im. Czesława  Niemena . Występowała na deskach kabaretu "W a r s z t a t " w Warszawie na Nowy m Świecie ( 1987/ 89). Laureatka wielu konkursów literackich, m.in.: Konkurs im. Jacka Bierezina - Łódź 2008 ( wyróżnienie honorowe ), a także, II Konkursu na zbiór wierszy im. Scherffera von Scherffensteina - Brzeg 2008, którego pokłosiem jest debiutancki tomik pt:  "W i b r u j ą c e  u c ho".  W 2009 r. wydano drugi tom poezji pt: P a n o p t i k o n ( Wyd. Black Unicorn). 

Publikacje: „ Odra ”, „ Pogranicza ” , „ Arterie ” ,„ Rita Baum” , „ Tygiel Kultury ” , „ Wakat ” , Antologia “Przewodnik po zaminowanym terenie” wydawca: Ośrodek Postaw Twórczych, Biuro Festiwalowe IMPART 2016

 Antologia  poezji kobiet ( 1989 - 2009) " S o l i s t k i " . Antologia " Free Over Blood". New Polish Poets Series ( Zeszyty Poetyckie / OF F  P r e s s , Londyn 2011) . 

oraz najnowsza książka pt: “B i e g n i j” - wydawnictwo Mamiko, Nowa Ruda 2017r.     

 

Pin It