Zygmunt Marek Piechocki

„Przedstawienia”

 

Jan Stępień
Jan Stępień

 

Czekanie na deszcz

 

Upał. Zmienianie koszul. Pobliskie wzgórza świecą

łachami wypalonej trawy. Mówisz, że w tamtym kraju

niewiele zieleni. Opowiadasz o zaklinaczach węży i jak siedzą

w pyle ulic.  Pungi i wąż pozwalają przetrwać. Miałeś dosyć

ostrych dźwięków. Odtwarzam więc koncert - na fortepianie

Lodovico Einaudi. Jak motyl. A ty znowu o wężach. Wycinam

z kolorowych gazet fotografie zwierząt. Słoń, nosorożec, żyrafa.

Nie znalazłam Jednorożca i Pegaza.

 

Zasnąłeś. Popiół spada na podłogę. Zbliża się wieczór.

Powietrze bardziej rześkie. Dalej drzemiesz w fotelu. Czytam.

Laurent Gaudé „Smierć króla Tsongora”. Więc wojna. Massaba płonie.

 

Tykanie zegara. Weranda. Rdest Auberta wspina się do krokwi.

Odgłosy burzy. Liczę sekundy. Dziewięć. Budzisz się. Zapalasz papierosa.

Czekamy, jak tamci w Massabie.

 

31 grudnia 2016

 

 

Margo z I.

 

„…Miękko pod stopami, a nad nami błękitne niebo. Kocham te spokojne miejsca. Obrośnięte cisy, mech w każdej szczelinie, przycięte równo żywopłoty, małpie drzewa. Cisza i światło albo żarliwy śpiew ptaków. Zimowe melodie wichrów, stout

w pubie. Ścieżki wijące się wzdłuż Shannon. Królicze norki, murki…”

                                                                                            (-) Małgorzata Południak

 

Shannon. Śledzę jej bieg w Google Maps. Potem płynę nią w swoim canoe.

 

Tak, to sen. Jak ten o Mullaghmore z zimowym wiatrem, latarnią, zamkiem,

górą Ben Bulben, surferami.

 

Uczę się tamtego kraju z Wikipedii. Szukam ścieżek dla swojego roweru w przewodnikach.

 

Pokratkowane murkami łąki, pola. Skalne klify. Kruszejące fortece.

 

W Allegro znalazłem araucarie. Stout w markecie.

 

1 stycznia 2017

 

 

Wędrowanie

 

…Ale gdy nadejdzie wreszcie czas spotkania i gdy znajdę się pod jego mocą,

ufam, że będę spokojny niczym jakiś człowiek spod Getyngi, który nic nie będzie wiedział o „L o u f r i e d” nad to, że jest tam obfitość jabłek i biały, ciekawski, niezwykle rozumny pies…

Rainer Maria Rilke w liście z dnia 3 listopada 1904 do Lou Andreas-Salomé.

 

Tego dnia przyszła oczekiwana burza.

Liście porzuciły drzewa, krzewy. Odsłoniły pejzaż.

Morze, białe dworki, czerwone domy.

 

Dziennik pokładowy. Sekstant. Cyrkle. Mapy.

Niebezpieczne, zachodnie wybrzeże.

Pływy, skały. Znaki nawigacyjne za deszczem.

 

Nawiguję. Na północ, na północ. A ty piszesz legendę tej podróży.

I że wcale jej nie było. Że siedziałem na oplecionym winoroślami

tarasie „Loufried”. W koszyku, na stole, dojrzałe jabłka. U nóg pies.

Że kołysałem się w wiklinowym fotelu na biegunach.

 

Więc to był sen? Ale przecież, gdy deszcz ustał, zobaczyłem

przez lornetkę brodzącego w płytkiej wodzie człowieka.

W końcu dopłynąłem do portu. Jeśli tak nie było,

to skąd ta kartka, na której „Wieczór w Skanii”?

 

9 stycznia 2017

 

 

Friedhof

 

Szukanie inspiracji. Kartkowanie klasyków.

Walt Whitman, Czesław Miłosz,

Tadeusz Różewicz, Konstandinos Kawafis,

 Zbigniew Herbert, Filip Larkin.

 

Idziesz ziemią ledwie pamiętaną. Więc tak to jest.

 

Ktoś po drugiej stronie wsi gra na akordeonie.

Śpiewają ptaki. Zielenią modrzewie.

Jaszczurka na kamieniu.

Taki czas. Miejsce.

 

Tuż obok, pod bukami, w proch obrócone

pokolenia. Zatarte napisy w obcym języku.

 

Wstępowanie w spokój.

 

Ścieżka w bluszczach, mieszanym lesie. Fotosynteza.

Olejki eteryczne. Poniżej  jezioro. Zapach dzieciństwa,

wspomnienie - budowanie tratew z trzcin i tataraku.

 

A tymczasem Czesław Miłosz strofuje Filipa Larkina:

 

…Ja też pamiętam, żałobny Larkinie,

Że śmierć nikogo z żywych nie ominie,

Nie jest to jednak temat odpowiedni

Ani dla ody, ani dla elegii.

 

Wracam. Promienie przeciskają się przez liście.

Pająk tka pułapkę..

 

 

Wers czwarty - cytat z wiersza Czesława Miłosza pt. „Zapomnij”, zacytowałem również tego Poety ostatnią strofę wiersza „Przeciwko poezji Filipa Larkina”.

Oba teksty z  tomiku „To” z roku 2000.

 

13 stycznia 2017

 

 

Spojrzenie

 

na grzbiety książek. Tytuły opowiadają mi podróże.

W nieznane. Którąkolwiek wybiorę - wyprawa.

 

W 1978 roku, latem, w Los Angeles, Leonard Cohen napisał

„Znacznie później”.

 

dwadzieścia lat temu

i ponownie tego lata w Hollywood

nadal mili towarzysze serca

gdy jeszcze raz przykładam do siebie

rozbrajająco wysokie standardy

mojej młodości.

 

mili towarzysze serca…

Ray Charles, Marianna.

 

Standardy. Dziesięć przykazań. Kazanie na górze.

Zapiski Konfucjusza. Siedem najważniejszych

lekcji  Buddy. Sury Mahometa.

 

Wędruję grzbietami książek, podróżuję uważnie.

Wybieram świadomie. Prowadzę notatki. Z każdej

kilka zdań.

 

Świat, zapisany oczami mądrości.

Utrwalić słowami. Nazwać „Księga tęsknoty II”.

 

15 stycznia 2017

 

 

Lektura

 

Tadeusz Różewicz z lat pięćdziesiątych

minionego wieku. Teksty poetyckie, proza.

Niektóre pamiętam.

 

Autor „Uśmiechów” był kiedyś w moim mieście. Zapełnił

salę Teatru im. Juliusza Osterwy. Spotkanie miał prowadzić

gorzowski, zawsze wygadany niekiedy bezczelny („Marek,

ty mi nie czytaj swoich wierszy tylko daj pięć złotych na piwo”.),

Kazimierz Furman, gorzowski poeta. Trząsł się jak osika, głos

drżał, w końcu zachęcony przez Różewicza, zszedł ze sceny.

 

Czytam w świetle nocnej lampki. Herbata.

Odczuwam bardziej ważność niż tremę.

Niekiedy mówią o mnie poeta.

 

Włosek poety

 

Poeta to na pewno ktoś

Słuchajcie głosu poety

Choćby ten głos

był cienki jak włos

jak jeden włos Julietty

 

Jeśli się zerwie włosek ten

to nasza nudna kula

upadnie w ciemność

Czy ja wiem

albo się zabłąka  w chmurach

 

Słyszycie Czasem wisi coś

na jednym włosku wisi

Dziś włoskiem tym poety głos

Słyszycie

 

Ktoś tam słyszy

 

1954

Tadeusz Różewicz z tomu „Uśmiechy” Wydawnictwo Dolnośląskie Wrocław 2000

 

15 stycznia 2017

 

 

Witek „Indian”

 

Opowiada facecje, śmieje się. Próbuje mnie rozweselić.

A pamiętasz to? A pamiętasz Antka ”Zapałkę”? Pamiętam.

I rozmyślam o minionym czasie, zdarzeniach. O cudach.

Ulatywaliśmy ponad drzewa, by osiąść na lipie, która

na skraju parku. Przed nią już tylko łąki, skwar lata.

Kukułki nie dawały spokoju, a my liczyliśmy i liczyliśmy.

 

Rok za rokiem. Niektórym obce miejsca, nam ten sam park,

plac z zegarem, leniwe popołudnia. Dzwony kościoła.

Jakiś pogrzeb albo ślub. Mówili mi, że pijesz, że staczasz się.

 

Nie przychodziłeś w cień rynkowych drzew.

 

Sala do ćwiczeń, rehabilitacji. Ciągnę za sznurki.
Na wózku obok mężczyzna. Wydatny, orli nos.

Nie podejmuje rozmowy. Po chwili krzyczy:

Zrobiłem kupę, nie będę ćwiczył. Opiekunki wywożą.

 

4 lutego 2017 roku

 

 

                            W dzbanie jeziora drzemie chłód niebieski

                                          (cytat z piosenki Marka Grechuty)

 

Płynę. Ramiona rozgarniają wodę. Jeden brzeg

się oddala, drugi przybliża. Pode mną dwadzieścia trzy metry.

Michał - brat, w Blue Hole, zszedł na 150.

 

Nie. Nigdy nie nurkowałem. Strach -  rodzaj klaustrofobii.

Przestrzeń zamknięta z  każdej strony. Obca. Im głębiej, tym

zimniejsza, tracąca przejrzystość. W końcu zostajesz sam.

Ciemność. W niebieskim chłodzie. Witanie przodków.

 

A powyżej lustro jeziora. Na nim  niebo, obłoki, słońce  i ptak.

Orzeł bielik z pobliskich Markowych Błot.

 

8 lutego 2017 roku

 

 

Stalówka z krzyżykiem i Keith Jarred

 

Poprawiam interpunkcję, zmieniam szyk zdań.

Szukam synonimów. W końcu wymyślam tekst.

Piszę go stalówką. Niebieskim atramentem.

 

Obgryzanie obsadki. Nauka cierpliwości.

Bibuła, żyletka. Bez backspace.

Delete – kosz obok biurka.

 

W Wikipedii o Samuelu Harrisonie jest tylko jedno słowo –

wynalazca. Gdzie indziej czytam, że w 1822 roku zaczął

masowo produkować wieczne pióra.

 

Parker, Waterman, Mont Blanc, Pelikan na wystawie butiku.

 

Złote stalówki i złote myśli przyszłych właścicieli.

Recepty, wiersze, donosy. Prokurator i sędzia

podpiszą wyrok śmierci albo uniewinnienie.

 

Mozolę się z tym pisaniem. Kleksy. Pomysły

nie wyprzedzają skrzypienia. Skradanie się po słowa.

 

You tube. Keith Jarrett solo concert Tokyo - 1984

Atrament na krzyżyku wysycha.

 

4 marca 2017 roku

 

 

Moja astronomia

 

Pełnia. Szczekają zajadle albo wyją.

Ognisko. Leżak. Zapatrzenie się. Płomienie hipnotyzują.

Milczę. A ty mówisz: wiesz, że jak patrzymy teraz

na gwiazdy, to jeszcze nas nie ma. Nie rozumiem,

bo widzę Wielki Wóz. Mgławicę Andromedy.

 

Benatnash - ostatnia gwiazda dyszla Wozu. Światło

od niej biegnie na Ziemię osiemset piętnaście lat.

 

Rok 1202. Nie ma mnie, ciebie. Tego lasu.

13 marca zmarł książę Mieszko Stary.

 

Dwa ogniki kiedy się zaciągają. Piotr i Leszek.

Nikt nic nie mówi. Przestałem dokładać do ognia.

Podmuchy nocnego wiatru rozniecają iskry z żaru.

W lesie jakieś szmery. Puchacz ogłasza północ.

 

Twarz księżyca. Stacja orbitalna.

Droga Mleczna. Warkocz Bereniki.

 

Lubię, jak swoje włosy upinasz w dobierany.

 

23 marca 2017 roku

 

 

Majowe sianokosy

 

Idzie skrajem wsi, polną drogą, tuż przy lesie.

Śpiewa na cały głos.  Ta inna.

Chwalcie łąki umajone niesie się na pola.

Przystają w robocie. Wycierają pot z czół.

 

Dzieciństwo, maj, nabożeństwa pod figurą Matki Bożej.

Zapach bzów. Zauroczenia, spacery z alibi byłam na majowym.

 

A ta drze się - wędruje  po górach, dolinach

z Bernadetką. Zabiera nas ze sobą do Lourdes.

 

A tymczasem pierwsze sianokosy.

 

16 maja 2017 roku

 

 

Nocne szeptanie lasu

 

                 Onocy słodka, choć spowitawmroki,

                 która spokojem kończysz dzień mozołu zna,

                 kto cię sławi, tajń twego żywiołu

                 a kto czci ciebie ma umysł głęboki…

                                                 Michał Anioł Buonarroti

 

W ognisku strzelają szyszki.

Pojedyncze szczekania ze wsi.

 

Nieboskłony zataczają kręgi w swojej ciszy.

 

Oddalają ode mnie ciemność. Na wierzchołkach

już czerwienie brzasku.

 

A noc ogląda Europę. Atlantyk. Zielone i czerwone

światła statków. Amerykę. Hollywood. Na Longwood Awenue 2122

Charles Bukowski, jak zwykle pijany,  wszczyna awanturę.

Rano napisze o niej znakomity wiersz.

Gejsza parzy herbatę. Japoński mafioso skinieniem palca

wydaje wyrok śmierci.

Odbicie księżyca przemierza Bajkał i wraca na moje niebo.

 

Nieboskłony zataczają kręgi w swojej ciszy.

 

Pojedyncze szczekanie ze wsi.

W ognisku strzelają szyszki.

 

Tajń.

 

12 czerwca 2017 roku

 

 

W pierwszy dzień lata 2017

 

Buduję miasto. Szerokie ulice. Zieleń.

Place zabaw dla dzieci – piaskownice,

zjeżdżalnie, huśtawki.

 

Dzielnice handlowe. Wielopoziomowe parkingi.

 

Domy. W ich parterach mieszkania dla emerytów.

Zjeżdżalnie.

W pobliżu sklepy. Kino.

 

Amfiteatr i filharmonię w parku. Pływalnię.

Podjazdy i zjeżdżalnie.

 

Szpital. Ruchome schody, taśmociągi,

ładowarki do akumulatorów wózków.

 

Basen w każdym pokoju.

 

Buduję miasto. Szerokie ulice. Zieleń

Place zabaw dla.

 

Staw. W nim zaprogramowane na złapanie ryby.

 

Cisza. Nikt nie rozmawia. W windach

sączy się muzyka. Z ubiegłego wieku.

 

Na chodnikach, ścieżkach parku sceny balkonikowe.

 

Buduję miasto. Dla siebie, rówieśników.

 

Buduję miasto. Na jego obrzeżach kolumbaria.

Szeroka ulica. Zieleń.

 

Ptaki śpiewają.

 

W pierwszy dzień lata pływam w jeziorze.

Przy jego odległym od miasta brzegu.

 

21 czerwca 2017 roku

 

 

to tylko piosenka

 

więc to był sen

piątkowy romans

 

rzucanie pięciu kostek

 

co piąta fala w oceanie

 

na jego skraju liczę

dwudziesta

 

cztery razy po pięć

jak twoje palce

dłonie i stopy odbite w piasku

 

nick cave i mark lanegan

śpiewają the weeping song*

 

wracam brzegiem

pięć kroków od co piątej fali

 

wrzucam piątą kostkę

 

ocean ucicha i serce

 

czasami odwracam głowę*

 

*the weeping song (Płacząca piosenka)

Nick Cave – tytuł wiersza

 

*czasami odwracam głowę

fragment tekstu Małgorzaty Południak

 

20 lipca 2017 roku

 

 

Winyl z bluesami

 

Stąd dotąd

gdzieś dokądś

 

ziarnka piasku

drugi brzeg jeziora

 

szeleści cisza twojego listu

 

zaczarowania oczarowania

 

i ten blues

Marva Wright ~ Difficult Woman*

 

Drzwi otwarte

drzwi zamknięte

 

Spadają ramiączka

 

I z tej samej płyty

Rick Derringer ~ Something Inside Of Me*

 

Maluję twój portret

 

Palisz papierosa

 

Szarość niebieskość

na wpół zamknięte oczy

 

Tanita Gaimes Midnight screams*

 

Moje

 

*Trudna kobieta

*Coś we mnie

*Krzyki o północy

 

9 sierpnia 2017 roku

 

 

Piaskownica

 

Piszę wiersz. Piszę wiersz o pustyni. Rozciąga się

przed frontem domu. Widzę ją zza szyb.

 

Ktoś w sąsiedztwie gra na gitarze basowej.

Drżą ściany. Może, jak w Jerycho – runą.

 

Nie trzeba wiele. Wystarczy postanowienie.

Wybieram opcję pt. opuszczenie.

 

Bez biletu, benzyny w baku. Dopompowuję

koła w rowerze. Koła? Dętki opatulone oponami.

Rozmiar 2,25 x 26. Kto się zna – rozumie.

Mogę jechać duktami lasów bez trwogi.

 

Serce spokojne. Pustynia została. Ani nie dogoni

ani nie ruszy z miejsca. 13,5 kilometra. Śpiewają ptaki.

 

Piszę wiersz. Piszę wiersz o pustyni. Jej mieszkańcach.

Tak, tak! Niektórych: Marek, nie błaznuj.

O nie, nie będziesz lansował się na Lamusie.

Mały człowiek to i mały samochód.

Fakt. Był niewielki. Suzuki Splash.

 

Piętrzą się wydmy. Nocami bluesy.

Beth Hart i Joe Bonamassa.

 

Szum morza. Piasek skrzypi pod stopami.

Buduję zamek. To raczej warownia.

Wieże. Blanki. Z księciem Z. zagram w szachy.

 

Nie dociekam już syndromu pustyni.

 

Laufer.

 

12 sierpnia 2017 roku

 

 

Pin It