Anna Musiał - wiersze

 

Olga Boznańska
Olga Boznańska

 

 

bunt na pokładzie

 

to ciało jest mapą nieba.

możesz się na nim uczyć podstaw astronomii:

układów, galaktyk, umiejscowienia nowych planet.

w tym ciele czerwone krwinki atakują właściciela.

rośnie temperatura, skóra stapia się z podłożem;

męty ciała szklistego przypominają o przemijaniu.

 

białe jest odpowiedzią na wszystko ‒

białe są telefony, końcówki kolekcji, cukrowe gody

i biała jest twarz każdego martwego człowieka.

jak nigdy wcześniej obcuję z wiarą i sumieniem;

odkrywam, że nie ma takiego boga, który uleczyłby

wewnętrzne konflikty. pozamykane granice żył

stanowią ostatnią barierę.

 

bunt na pokładzie. spadające gwiazdy torują ścieżkę.

ziemia jest płaska i płaskie są drogi do domu; płynnie

przechodzimy granicę między nocą a dniem.

 

wędrujesz palcem przez Kasjopeję, pod tym ciężarem

ugina się lekko północne niebo. idzie kojąca noc. taka,

w której mgła osiada cicho na malowanych ławkach;

budzi milczące echa.

 

 

 

wylinka

where does love go when it goes?

 

kolejny taki koszmar. czarne macki, czarne odnóża,

coś pełznie po mnie i nie mogę się obronić. oddychasz

obok, a jakby przepaść dzieliła nas teraz od siebie –

 

umyka mi coś cennego. mój nom de guerre się wypalił,

jest jak zużyta taśma starej kasety, dawno niesłuchana.

otacza mnie las czarnych dłoni, wskazują wszystkie kierunki

 

świata. wszystkie miejsca, do których nigdy nie należały

i należeć nie będą. nie mogę cię odnaleźć, uderzam

w pustkę ostatkiem sił. wiem, it’s fucking happening.

 

kolejna taka noc. jakby ktoś od niechcenia wyłączył

ogrzewanie, wyłączył dotlenianie. zamknął kopułę

i zapomniał powiedzieć dokąd odchodzi miłość,

 

kiedy odchodzi i dlaczego wtedy zawsze robi się ciemno.

rankiem zostaje już tylko ból, blaknące wspomnienia,

sine odciski dłoni zaciskanych na szyi w milczeniu.

 

 

 

rezonans

 

upał znów wdziera się przez niedomknięte okna.

zewsząd słychać tylko szum, stukanie palców

w klawiaturę, chlupot nadmiernie eksploatowanej wody.

 

udajemy się nawzajem. mam dwanaście lat więcej

i myślę o wszystkich wierszach, których już nie napiszę.

masz dwanaście lat mniej, znów błądzisz obcymi ulicami.

 

rezonujemy obok siebie wzajemnie się uzupełniając.

na brzegu miasta jakaś kobieta odbiera sobie życie,

w centrum rodzi się nowe. bliźniaczo podobne

 

komórki przechylają szalę szczęścia. pocimy się

trzymając w dłoniach niewiarygodnie maleńkie palce –

należą do kogoś, kto nigdy w nas nie zamieszka.

 

w tym samym czasie pająki oplatają ziemię pajęczyną,

moszczą się w ciemnych szczelinach. obcy jak nigdy

sierpień wita nas złowrogim burczeniem.

 

 

 

take me down

 

mówię do ciebie wersami, uszkodzony zegar

wybija nam takt. jego wygięta wskazówka zawsze pokazuje

pięć minut przed, więc za pięć czwarta zdjąłeś mi sukienkę,

pięć po było już po wszystkim. minął nas październik

 

i teraz mnie nie ranisz. rubiny na skórze to tylko liście,

co krzyżują się i zostawiają ślady. mieszam herbatę i alkohole.

dopiero dziś dowiedziałam się jak smakuje prawdziwa tęsknota.

 

wieczorami odsłaniasz dla mnie okna, a ja tracę kilogramy

i znów robi się zimno. umrzesz kiedyś na przezroczystość,

wróżysz i okrywasz ramieniem najbledszy szczyt moich pleców.

wyrzyna się spod skóry od trzydziestu lat, nigdy nie przestanie.

 

myślami wracam do lata, na brzegu morza dziewczyna

ciągnie za sobą balonik. kiedy nie popycha go wiatr,

staje się ciężki jak krzyż.

 

 

 

urwane połączenie

 

                                   Zazu

 

piszę do ciebie tak po prostu, przecież

takich wiadomości nie zaczyna się od cześć.

na dworze jest mróz, śnieg skrzypi pod butami,

a ja siedzę tu sama i opowiadam o tym,

że mam raka i że znowu jest noc.

 

gubię gdzieś przezroczystość, staję się widzialna

na tyle, na ile mi pozwalasz. trzydzieści dziewięć

i pół kilograma nie może chyba niczego zasłonić.

na pewno nie może zasłonić nieba, myślę

i odruchowo, palcami, przesuwam zdjęcia chmur.

różowych pól, na których nigdy nie postawię stopy.

 

słyszałam, że amerykańscy meteorolodzy

prognozują umiarkowanie deszczową wiosnę

i że chciałeś mieć ze mną dziecko. już się nie boję,

choć zamiast łóżeczka wybieram sobie trumnę.

wracam do niej myślami, wiję gniazdo,

którego nigdy nie ogrzeje miłość.

 

opuszkami palców przecieram dawne ślady.

szare krople wtopione w białe prześcieradła kartek,

nieskończone piosenki nie warte napisania. dopiero

teraz przestaję w cokolwiek wierzyć. kładę się

na klawiaturze, urywam połączenie –

 

tylko mnie nie przegap, kiedy będę odchodzić,

za szybą ściętą mrozem tkwi jeszcze jakaś twarz.

 

 

na kredyt

 

mrówki potrafią unieść ładunek przekraczający wagę

ich samych, biedronki żyją około czternastu miesięcy ‒

 

to tyle, ile wystarcza na poznanie człowieka i śmierć

przez zapomnienie. powiedziałbyś, że mam szczęście.

 

moje łóżko jest ciepłe, oczy jasne. po moich plecach

przechodzi tylko dreszcz podniecenia. powiedziałbyś

 

wszystko patrząc z drugiej strony szklanego monitora

stojącego pośrodku szklanego mieszkania. to miasto

 

jest przecież całe wzniesione z hartowanego szkła. my

w nim, jak te mrówki, dźwigamy emocjonalne bagaże ‒

 

karykatury miłości upychanej po cichu i po ciemku

w miejsca, do których i tak nikt by nie zajrzał. szkoda

 

społeczna nie wypełnia znamion przestępstwa. jest

znikoma jak szansa na zderzenie ze swobodną planetą.

 

czternaście miesięcy na niskim oprocentowaniu, czas

na zapoznanie się z realiami. okres kredytowania

 

zależny od punktu widzenia.

 

 

Sztuka odchodzenia

 

wyglądam za okno. dzik rozkopuje wnętrze mojego domu:

mój dom ma zielone liście, czerwone liście, żółte osobniki,

które córka nazywa słońcami. dziecinne skojarzenia budzą

 

mnie o poranku. wślizguje się wtedy, tak mała, pod kołdrę –

na jej krawędziach ptaki, na jej krawędziach kwiaty i nieme

usta otwarte w półuśmiechu. towarzyszy nam obraz Dalego.

 

przed ósmą sąsiad przyłącza się do życia: muzyka zza ściany

rozbudza nas, napędza. wbiegam w promienie, córka za mną:

liście tańczą za oknem na wietrze i wiem, że to dobry dzień,

 

by nie umierać. nawzajem krępujemy ręce w supły swetrów:

błękitny szew przywodzi na myśl uciekające niebo – wieczór,

który spędzimy na czytaniu. Karolcia znów znajdzie koralik,

 

Kubuś odleci z balonikiem i ja, gdy zamknę oczy, pójdę tam

bez ciebie – tam słońce prześwietla jesienne liście na złoto.

 

 

z t. Pandemonium (Wyd. Eperons-Ostrogi, Kraków 2015)

Miasta śnią

 

jasna pokrywa, otchłań, do której suki nie mają wstępu.

z daleka słychać trzask tłuczonego szkła, brzęk butelek,

których przed świtem nikt nie uprzątnie. cieć skarży się

 

na miasto. chce spać, wypchany przeciwbólowym prochem

sunie jak automat. mnożą się arterie ulic, tkanka budowli

pęcznieje. już świta, ostatnia chwila na przemyślenia

 

rozmywa się w gąszczu. ktoś przebiega z rozmysłem

znacząc drogę parującą ścieżką. pisk opon, szara strefa;

suka poderwała łeb goniąc za uciekającym motylem.

 

wydaje mi się, że należę do miejsca, którego puls niesie

przez kolejne stadia. układanka nabiera sensu wieczorem,

błyszczy, odbijając światła, oddycha swoim własnym rytmem.

 

rzucając odwłoki na zimne prześcieradła miasta śnią.

wy też jesteście ich snem.

 

 

z t. Pandemonium (Wyd. Eperons-Ostrogi, Kraków 2015)

 

 

Pin It