Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

Zapamiętanie

 

 

gładkość róży

wilgotność róży

błysk

 

ciemność lepka od słów

od prawdy i kłamstwa

pełnia nieba i ognia

 

palą się adresy

drogi tak drogie

że nie do przejścia

 

za nami przed nami

 

padają lasy

kamień się rozpływa

 

kryształ kruchy jak miłość

 

w ciasnych korytarzach

 

róża

deszcze

grom

 

 

 

*          *          *

                          Bądźcie podobni bogom i zwierzętom

 

                                                                                         Goethe

 

 

 

uczę się psiego i kociego

by rozumieć

nieznane zakamarki świata

 

jestem wyżej od bogów

(by zobaczyć bogów

starczy mi zwykłe lustro)

 

aby wniknąć w zwierzę

przeglądam się w drzewach

doświadczam dramatu sianokosów i polowania

wznoszę się ponad wszelkie dekalogi biorę

w siebie mowę i wyobraźnię zwierząt

 

słucham hejnału wilków

homilii psów i kotów

staję się wyznawcą pierwotnego

 

Znaku

 

Gestu

 

Słowa

 

 

 

*                     *                   *

 

 

stwarzam

stwarzam świat

stwarzam ulice budynki miasta

stwarzam ludzi

małych

dużych

mędrców

idiotów

twarze szczęśliwe

przerażone

stwarzam ciszę i zgiełk

stwarzam wszystko czego nie było

nie ma

nie będzie inaczej

 

– czytam

 

 

 

Z tamtej strony

 

 

patrzą na nas przez powietrzne kurtyny

widzą ruchome cienie

rozpoznają sylwetki

nic nie mogą zrobić

może tylko wsiąść

 

do naszych myśli

pośpiesznych

i uporczywie patrzeć

bo wyłącznie poprzez patrzenie

istnieją

 

z szybkich pociągów – mknących znaczeń

wyrzucani po kolei

na ciemnych przystankach

zamglonych stacjach

 

zliczają naszą pamięć

 

dodają do własnej ciszy

 

rzeźbią  siebie

 

 

 

Do czasu

 

 

istniejemy – póki

jesteśmy potrzebni

 

- do ścięcia drzewa

zabicia zwierzęcia

 

- do sadzenia drzewa

karmienia zwierzęcia

 

- do czyjegoś bólu

albo znieczulenia

 

może dla kogoś mamy być przeszkodą

oddalającym się niebem

przybliżającym piekłem

 

ciężkim oddechem lub zawałem serca

pod górę drogą spiralną

która prowadzi w mylnych kierunkach

 

ścieżką donikąd

lub znikąd aż tutaj gdzie

życie nas jeszcze żyje

 

i wciąż nie wie

po co

 

 

 

Zanikanie

 

 

odchodzą ode mnie rzeczy pamięć

ich nie wskrzesza wirują

niczym śnieg na bezustannym wietrze

rozstajnej drogi – tak rozstają się

ze mną rzeczy i pamięć –

nic ich nie zatrzymuje błysk

czasem wydobywa już nieprzydatne

nazwy nazwiska

obrazy dźwięki

 

 – pozbywamy się

świadomości

 

żałobnicy światła

odchodzimy

od samych siebie –  –

 

 

 

Przedmieścia

 

 

piekło estakad

składów

martwych domów

 

blaszany czas na złomowiskach

niepotrzebny

żyjącym pod chwilą słońca

 

obłęd wysokich konstrukcji

wiadukty w połowie urwane

magazyny rozpadających się książek

i twarzy

 

wieczysty chłód opuszczonego miasta

które

wyrywa się pamięci

ucieka wyobraźni

 

 

 

Uwalniam się

 

 

wolę psy

wolę koty

wolę wszystkie czworonogi

a także robaki

 

od ludzi –

padlinożerców

koprofagów z obłędem w oczach

skaczących sobie do gardeł

w sklepach mięsnych

na ulicach

wszędzie

 

istoty futrzane

mają przejrzyste światło nieśmiertelności

(nie powiem nic o „duszy”

bo to ulubione słowo

podstarzałych grafomanek)

 

tak uwalniam się

od ludzkich kontekstów

konwencji

 

i nie mam (w) sobie nic

do wyrzucenia

 

 

 

*                     *                   *

 

 

cień – spadające ostrze –

gilotynuje świat

 

czy świat

żyć może bez głowy?

 

zapewne jeszcze pełniej

skoro w słońcu na nowo

jego ciało zmartwychwstaje

 

i liczne śmierci – których żałujemy –

czają się pomiędzy tym co przeszło

a niekończącą się teraźniejszością

przychodzą w cudzym przebraniu

jeszcze pod inne adresy

 

 

 

*  *  *

 

mogłoby mnie nie być

ale ja w to nie wierzę

 

nie znam swojego początku ani końca

z czego więc wyprowadzić pewność

że jestem albo mnie nie ma

 

gdyby mnie jednak nie było

tobym uwierzył

 

że jestem

 

w odległościach?

w krętych kanałach drewna?

w cząstkach powietrza?

w atomach pustki?

 

nieistnienie –

najtrwalsza forma obecności

 

 

 

*                 *                *

 

 

wyprowadzam się z nie mojego świata

z pełnej insektów planety

ze słów

obrazów znaczeń

klimatów

 

z samego siebie

chust weroniki

z coraz bardziej znikających twarzy

 

twojej i mojej

ziemi pod stopami

 

z parszywej codzienności

z wyobrażonego nieba

 

- topi się w gorącym blasku

syczy w bezdennej ciemności -

 

podpalam

 

nienawidzę

 

niszczę

 

biorą mnie wszyscy anieli

i wszyscy diabli

 

 

 

Przeciwne

 

 

odbite w szybie światło boga

światło kobiety

zderzenie czołowe oto dwa

światy zdruzgotane wzajemnie

leżą któryś z nich

przeżyje lub oba

znikną wykluczą się

nie będą domem ani świątynią

poznaniem wstrząsem

olśnieniem

nawet legendą

o przeciwnych

a miłujących się żywiołach

Pin It