Andrzej Wołosewicz - 7 wierszy w Listopadowej Tonacji

chelmonski powoz
Józef Chełmoński

 

 

Przed podróżą

 

ta sprawczość lękliwego serca –

 

schodzę po zwykłe rzeczy do spakowania przed podróżą

(czy to nie w niej przez całe życie wciąż jesteśmy?)

 

piwnica moja oświetlona racjonalnością Watta

którego tylko jedno „t” oddziela od poety

gdy obraz Mamy mnie dopada

 

śmiertelny i bezkształtny

 

i dreszcze które mogę oddalić jednym zawróceniem

 

ta lepka sprawczość lękliwego serca –

 

w widziadłach sennych

wystarczy bać się najgorszego

by się natychmiast pojawiło

 

 

Jeszcze

                        Przyjaciołom

 

ściągamy  z różnych stron jak ptaki

przed ostatnim odlotem

 

w uszach jeszcze dzwonią

niekończące się rozmowy

na tematy absolutne

 

i wspominamy gniazda rodzinne

wtedy jeszcze ciepłe

 

i choć sny nasze

mniej już kolorowe

 

to jak Potarganym Aniołom

zaczarowane dorożki jeszcze

strzelają nam z bata

 

i jeszcze nam niejedno

wywróży się w głowach

 

zanim odlecimy

Bóg wie gdzie

 

 

Być może wtedy

 

klękałem z rodzeństwem do cowieczornego różańca

pod nieznoszącą sprzeciwu kuratelą babci Ani

 

ból kolan był bardziej nieziemski niż sama modlitwa

a czas niemiłosiernie wlókł się wieczność całą

 

to być może wtedy miałem z nią prawdziwszy kontakt

niż na późniejszych studiach filozoficznych

 

być może wtedy

 

 

Kwitnące trumny naszych przyjaciół

 

trumny moich przyjaciół

zakwitają wspomnieniami chwil

które gubiliśmy nad Wisłą

 

trumny moich przyjaciół

zakwitają o każdej porze roku

 

rozkład i zgnilizna z memento

z prochu jesteś i w proch się obrócisz

nie dotyczą naszych zmarłych

 

świadomość doskonale pacyfikuje

to co naprawdę się z nimi dzieje

 

trumny naszych przyjaciół

wygładzają zmarszczki czasu

spychając w wieczne zapomnienie

żółć życia która nas zalewała

 

trumny przyjaciół mam w oczach

kwitną w moich trzewiach i głowie

o wszystkich porach dnia są przy mnie

nie chcą mnie opuścić

 

nie chcą opuścić mojej pamięci

wierniejsze od najwierniejszych psów

zakwitają i przywołują mnie radośnie

 

 

Słyszę kroki śmierci, która nie chce mnie wyprzedzić

 

śmierć nie chce mnie wyprzedzić a przecież jest moją metą

nie mogę dobiec do mety która wciąż jest za plecami

musi mnie kiedyś wyprzedzić dlaczego droczy się ze mną

wciąż pozostając z tyłu wciąż poza polem widzenia

 

śmierć nie chce mnie wyprzedzić a przecież słyszę jej kroki

słyszę je coraz wyraźniej dlaczego więc droczy się ze mną

jak długo będzie to robiła zanim mnie wyprzedzi

zanim zobaczę ją w błysku przebłysku ostatniego spojrzenia

 

którego już nie opiszę

 

 

Życie się zabliźnia

 

moje życie się zabliźnia

jak tężejąca krew zabliźnia ranę

przez którą coraz szybciej czas wycieka

taki los człowieka

 

pamięć w nas jak liście na drzewach

na krótko na  sezon ledwie

co miało być było i nic więcej

nim legniesz w trumience

 

potem już tylko sen czasami

przybliży bliskim twoja postać

jak fotografię w barwach sepi

śmierć nie krzepi

 

 

Wyznanie filozofa u schyłku życia

 

nie pytaj o sprawy ostateczne

męczy mnie już udawanie

że coś o nich wiem

 

spójrzmy raczej w  kierunku

zachodzącego słońca

milknącego dnia

 

tam wszystko widać lepiej

nasze wczorajsze sny

i przedwczorajsze rozmowy

 

odbijające się echem od ściany

narodzin i ściany śmierci

w poszukiwaniu wyjścia

 

o które pytasz

a ja już nie chcę udawać

że wiem

 

 

Pin It