JEAN-MICHEL MAULPOIX

   w przekładach Krystyny Rodowskiej

 

rodowska krystyna

 

 

Anima

I ( fragment)

          

   Ślimak na swej zielonej drodze medytuje każdym ruchem  czułków o wyśnionej krainie, którą ledwie widzi. Do przodu popycha go wspomnienie: zanurzony w trawie, odchodzi w stronę morza. Czasem ogarnia go desperacja: jakże dłuży się ta droga przez ogród, pośród liści sałaty i kapusty. Wtedy chowa się do środka, by w głębi perłowej muszli nasłuchiwać odległego szumu fal na ogrodowych ścieżkach.

 

 

   Połykany przez śmierć, ślizgający się wśród traw wąż, wydaje z siebie przeciągły świst. Sunie, z tym chrzęstem niezliczonych łusek i powiek, w którym można się zapamiętać, aż w końcu zwinie się i zaśnie w długim tunelu swych pierścieni.

 

 

   Gdy się go spłoszy, jeż, ukryty pod płaszczem swoich twardych kolców, zwija się w kulę. W obronie własnej kłuje, ale spojrzenie ma łagodne. Żywi się ślimakami, jaszczurkami i ptasim drobiazgiem.. Nie boi się jadu węża. Rozglądając się czujnie dookoła, poluje i wyrusza na spacer nocą. Latem, o świcie, można się na niego natknąć: przejechany przez samochód, leży nieruchomo na autostradzie. Małe prozy są do niego podobne. Krótkie, najeżone zdania, które potrafią się bronić, lecz cóż z tego, gdy śmierć po północy da im prztyczka

 

 

   To są słowa, które się cyzeluje przy pomocy lupy. Wzorki rdzy na żelaznych klamkach, broniących dostępu do ogrodu. Łuszczy się farba z krat. Skrawki kory błękitnej  wśród trawy, na kamykach czerwone plamki. Gdy furtka zaskrzypi, zbudzi się pająk.

 

 

    Potrafi całymi godzinami chodzić po mieście, na chybił trafił, uzależniając trasę od widoków, od odgłosów ulicy, od kolorytu, albo po prostu od fali przechodniów, której pozwala się ponieść, gdy poruszają się jakby żwawiej i lżej. Chodzenie działa na niego pobudzająco. To już nie on idzie i decyduje, lecz oko i kroki sylwetek, którym towarzyszy. Dla jakiegoś kosmyka włosów przechodzi na drugą stronę ulicy. Zatrzymuje się przy kilku butikach; w jednym, u stóp wzgórza świętej Genowefy, sprzedaje się noże, w jeszcze innym – stare książki z okresu symbolizmu, obok apaszek i wieży  Eiffla nad brzegiem Sekwany. Na rogu jednej z ulic, jego historia dobiega kresu: niebo pęka, to już prawie morze. Niekiedy wyłania się przed nim targowisko, gdzie handluje się rybami, owocami, słychać krzyki, zapachy mieszają się ze sobą ,jak na prowincji. Innym razem, trafia na szkołę w czasie przerwy: po tamtej stronie przystają, słuchają, wypatrują czegoś, zawsze przez kratę ogrodzenia.

 

 

    To. Nikt nie wie, co to jest. Może nic, jak oddech. Kroki niczyje. Głos znikąd. Gesty bez ramion. Bez rąk. Oko pozbawione spojrzenia. Nic tylko pamięć. Bez wspomnień. Albo same wargi. Ubrania bez ciała. A przecież nie tracą formy. Szelest spódnicy na schodach. Pukanie do drzwi. Początek miłości. Albo zdania. Które trzeba dopiero napisać. Jest głodny i łaknie. Pożąda. To wszystko musi nareszcie przemówić.

 

 

      Było to któregoś wieczoru,  już po szkole. Wystarczył jeden zastrzyk. Osunęła się na bok, znieruchomiała bez jęku. Potem trzeba ją było wsunąć do worka i wykopać dziurę w ziemi pod świerkiem, poza domem. Przez cały ten czas, dziewczynka płakała w kuchni.

   Ten, kto nigdy nie dźwignął trupa, nie zna wagi własnego ciała.

 

 

   Siedzą na ławce i patrzą sobie w oczy, urzeczeni. Trzymają się za ręce, zwilgotniałe w uścisku. Głaszczą się po włosach, muskają rozchylonymi wargami, zaciskając przy tym powieki, jakby każde z nich chciało całować to drugie własnym wnętrzem. Zapuszczają się daleko, poza rejon słów.

   A później, w restauracji, przy zapalonej świecy, opowiadają sobie różne historie, w których jest mowa o morzu, o białym domu pośród winnic, o śniegu, o zapachach, o pamięci świata, którą przeglądają niezmordowanie, jak jesienny katalog ciepłych ubrań i zabawek.

 

  

   W jego sercu panuje rozgardiasz. Wszystko w nieładzie. Pełno porozrzucanych kartek, jak w domu po włamaniu. Nie sposób odnaleźć tu śladów miłości. A właśnie tego się szukało: owego niepojętego skarbu, na który złożyły się uciułane dzień po dniu rozkosze i cierpienia, a który stał mu się czymś tak drogim a zarazem nieznośnym, że schował go starannie w najskrytszym zakątku biblioteki, tam, gdzie trzyma swoje własne książki.

 

                        

[ Nigdzie nie znajdziesz ]

 

 Nigdzie nie znajdziesz stosownego nieba

 Ani ziemi co czeka na twoje kości

 Ani ciała które cię wyzwoli

 Ani duszy w którą mógłbyś się ubrać

 Żyjesz w szczelinie

 Między garstką prochu a bogami

Włożyłeś palce między drzwi

Twój krzyk nie obudzi nikogo

 

  

[ Bezgraniczny jest smutek ]

 

 Bezgraniczny jest smutek nieba

 A twoje zmartwienia są śmiechu warte

 Naucz się cierpieć więcej niż możesz

 Człowiek nie jest miarą wszelkich rzeczy

 Pamiętaj o śnie którym zasnęli bogowie

 Morze czeka abyś się w nie rzucił

 Zanurkował w tym co niemożliwe

Cała reszta jest śmiechu warta

 

 

[Przybliżenia, szukanie]

 

Przybliżenia, szukanie na oślep

 I który to już raz linoskoczek

Stawia stopę, jedną po drugiej

 Przyciągnąć do siebie niebo

Otworzyć przestrzeń jak dojrzały owoc

 Z krwawiącym słońcem pośrodku

 Tyle sposobów aby się zatracić

 Anioł czy pływak nurza się w błękicie

 

  Wiemy ze słyszenia,  że istnieje miłość.

 

Siedząc na skale, bądź  z rękoma na karku leżąc na łące wypełnionej brzęczeniem owadów, pod osłoną czerwonego parasola, innym razem zaś klęcząc w chłodnym

półmroku kościoła, czy ślęcząc w czterech ścianach pokoju, przykuci do wiklinowego krzesła, z głową pochyloną  nad prostokątem białego papieru, marzymy o ujściach rzek wpadających do morza, o wzburzonych falach, przybojach, o raptownych ciszach na morzu, o przypływach i odpływach. Wsłuchujemy się w nigdy nie milknący śpiew morza, wzbierający i opadający w naszych głowach, tak jak powraca i odpływa ta osobliwa tęsknota za niebem, za miłością, za tym wszystkim, czego nigdy nie dotkną nasze dłonie.

 

  „Materia nieba ma w sobie przedziwną czułość”.

 

  Lazur nieba w niektóre wieczory nabiera odcieni starego złota. Pejzaż jest ikoną.

Wydaje się, że o zachodzie słońca niebo, już całe w szczelinach, zdobędzie się na to,

by chociaż przez chwilę uwierzyć w swój błękit. Niespodziewanie rozjaśnia się, podczas gdy noc szuka sprzymierzeńca w morzu.

 

Tajemnica przemieszcza się z jednego na drugi kraniec horyzontu.

Nie sposób opisać, z czego utkana jest ta chwila, ani jaki ma kolor. Coś w rodzaju namawiania się szeptem światła z ciemnością, coś z gestu czy z dobrej intencji. Nieznane jest gotowe zatroszczyć się o wszystko; każdy wiedziałby, że żyjąc na tej ziemi, jest na swoim miejscu, że to miejsce jest właśnie dla niego, że nawet nieszczęście jest tutaj tylko błędem w sztuce, przeoczeniem, które wkrótce zostanie naprawione, albo, że to po prostu nieokrzesane maniery szczęścia, które już się rysuje na horyzoncie i którego niebo wieczorne nie zwolni z raz danej obietnicy.

 

 

Nie sądźcie, że cały ten błękit nie wie, co to ból.

 

Morze nie jest naiwnym obrazkiem, przyszpilonym nad łóżkiem w pokoju, między

pluszowym misiem a ozdobami za grosik

 

Od kiedy serce przestaje nam żywiej bić, wyglądamy przestrzeni w ulicznych kałużach; chłepcząc z nich naszą małość, chcemy ofiarować naszemu pragnieniu namiastkę nieba. Niekiedy wpatrujemy się usilnie w oczy istot do nas podobnych, w nadziei, że odnajdziemy w nich morze i utoniemy, bodaj na chwilę.

Ocieramy się całym ciałem o inne ciało, w pościgu za niebieskim błyskiem elektryczności i pięknym zygzakiem piorunów.

 

Wymieniamy z daleka sygnały dymne.Wymachując ramionami, zostajemy sami na bieżni, przeżuwając wilgotny kurz niewidzialnych łez. Jesteśmy tutaj na chwilę: kilka słów, parę zdań, tak niewiele pod gwiazdami, tylko tyle, obok całej reszty. Z błękitem na wargach, az do ostatniej godziny. Bezbarwnym, skażonym głosem zaklinając śmierć, zajmując się umieraniem, słuchając bez lęku, jak trzeszczą kości nieba i morza.

 

 

Kraniec świata jest gdzieś tutaj, blisko, za linią morza, gdzie pieją koguty ,

a wśród rumowisk i pastewnej kapusty szczekają ogromne  psy. Można sobie wyobrazić tam anioła, który nocą kopie grządki. I ani jednej twarzy w oknach , gdzie koty liżą sobie łapy w nieskończoność. Zielsko kwitnie na dachu dzwonnicy.

 

Tylu kamieni brak w murach domów, że aż chciałoby się tutaj żyć. Choćby z powodu

tej szkoły z otworem w glinianej ścianie, wybitym przez gniazdo jaskółek, okiennic, które nie otworzą się już nigdy. I niebieskich uliczek morza, po których chodzi się bardzo wolno, by nie spłoszyć jakiejś tajemnicy.

 

 

 Horyzont z łupków i żużlu

 Bezmiar nagle się kurczy

Grymas morza wzdętego od starych mebli

Czaszek, dryfujących ciał, zetlałej pościeli.

 Oto co zostało z Genezis i z poronionych knowań bogów.

 

 Niebo w swoim skafandrze śpi jak zwierzę.

 Pełne morze wypuszcza sforę psów

 Śmierć biega na spotkania, życie jest złudzeniem

                                                                          optycznym.

 

 Dziewięć dni na morzu, zupełnie jak w kościele.

 

Sam na sam z bogami, z ich nieobecnością. Ich niewidzialne dłonie opierają się na moich ramionach. Sam jeden wobec błękitu. Zanurzony w niedzieli morza. Upojony przestrzenią jak pijak. Zachłystując się trwogą i ufnością. Pragnący wciąż dodawać niebo do nieba, słoną wodę do morza . Płaczący, obmywany przez otchłanie. Szczęśliwy, bo wyzbyty siebie.

 

  Na pełnym morzu lubię zapalić sobie papierosa. To taki mikrokoskopijny , czerwony        punkt na tle błękitu. Żarzy się, skwierczy, ogrzewa. Znaczy po prostu, że istnieję. Jestem ziarnkiem, bryłką człowieczą, cząsteczką duszy we łzach, gotową uklęknąć albo zniknąć.

 

 

Zostanie z nas tylko jakiś gest znikomy,  coś na kształt modlitwy.

 

Ani ciało, ani ramię nie zadrżą, jeżeli, to nieznacznie. Może tylko koniuszki palców, jak  w chwili, gdy mają dotknąć ukochanej twarzy. Niczego jednak nie dotkną, a na pewno nie będzie to ciało, czyjaś ciepła cielesność, lecz śmierć, napotkana po drodze, wraz z jej nieważkim orszakiem pajęczyn , rozciągniętych na śniegu.

 

  Dłonie człowieka są puste, toteż, aby lepiej poczuć tę pustkę, trzeba je złączyć,   obwieść pustkę konturem. W ten sposób znajdzie się miejsce dla milczenia, zakątek ciała, w którym można będzie czekać, krucha kaplica z ciała i krwi. Tam się czeka cierpliwie, aż milczenie przemówi. Język jest także kościołem.

 

Kiedy nie czas już na wiarę, pozostaje oswoić się z widokiem pustej ściany i wyludnionych rzędów ławek. Przestańmy polować na boga: zadowólmy się obserwacją nieobecności. Świat daje nam czas na bycie śmiertelnym; jeszcze wciąż chce się odradzać na czystej kartce. Zachowuje pozory przyszłości: lekkie osuwanie się nieba, wykruszanie błękitu. Czas czekania i przemijania.

 

 

Dusza.

 

Tego się nie da powiedzieć inaczej.

Ot, słówko ulotne. Tyle, co otworzyć i zamknąć usta. Złapać w powietrzu strzępek błękitu. Z niewiadomego powodu. Nic, tylko bezgłośne pytanie. Uparta prośba o coś. Myśl, że milczeniu o tym należy się także jakieś słowo. Temu czekaniu na coś, trosce. Już  raczej zaznaczyć prowizorycznym konturem zmartwienie, niż dać imię nadziei. Nic do zyskania, nic do stracenia. Zwyczajnie, jeszcze jedna dziura w języku. Czuje się tutaj przeciąg. Czyjś drżący oddech. Ten sam, który nas trzyma przy życiu i który zostanie nam odjęty, gdy tylko nauczy się od nas paru zdań. Gdy wyczerpiemy już całe słownictwo miłości. Wkrótce już zostaniemy sam na sam z tym słowem. Zdyszanym , szybkim. Na wskroś sierocym. Słowem-korytarzem. Nie wymawiamy go nawet szeptem, ono nie śmie pojawić się na naszych wargach. Boi się języka, jak dziennego światła. Nie ma powiek. Nie zna łez, ale cierpienie, jakie z sobą niesie, trafia w samo sedno. To cierpienie pyta, chce wiedzieć. Wyczerpuje się w twarzach. Szuka sobie miejsca.

 

 

Ze zbioru Domaine public

( fragment)

                                                  Poezja stawia opór  jak ściana

                                                Poezja jest sytuacją bez wyjścia

                                             Poezja jest sportem wyczynowym

                                          Poezja jest osobliwą prozą

                                      Poezja to big-bang myśli

                                   Poezja jest innym imieniem nagości

                                Poezja czyni z miłości użytek publiczny

                            Poezja daje znak sensom . Poezja ma swoje do powiedzenia

                        Poezja wyraża to co jest. Poezja nie poprzestaje na tym, co jest.

                    Poezja nosi stringi. Czarny trójkąt na czarnym trójkącie.

                        Poezja kiełkuje na przecięciu myśli i emocji.

                           Poezja nie chce być mistyczną przewodniczką dusz.

                           Poezja mówi ciemnym językiem który zmierza do objaśnienia go.

                           Poezja ma przy sobie własne dementi. Nie daje się nabrać swoim

                                                                                      urojeniom.

                              Poezja jest językiem w którym nasze racje istnienia nie straciły

                                                                                       zębów.

                                  Poezja, ilekroć język chce sięgnąć oczywistości.

                                           Umysł robi salto mortale w języku.

                                                  Drzwi się nie zamykają

 

 Morze w Essaouira

 

 

   Pośród bezmiaru pól, ten przedziwny, zawoalowany horror.

Maroko, to kraj pozbawiony obrazów. Karbowana kraina z terakoty. W domach bardzo mało okien. Za to drzwi obite gwoździami, zakratowane. Wszystko tam przypomina fortecę, intymność skryła się głęboko. Niewiele do oglądania, wszystko do odgadnięcia: fasady domów są zwrócone do wewnątrz.

 

   Ale tam, na wybrzeżu, pomrukują chrapliwie fabryki morza.

Ich blaszane powierzchnie, w szaro-zielonkawych odcieniach. Ich sine srebro. I krwawe wybroczyny. Skomplikowana i bezproduktywna maszyneria morskiej piany.

Morze, to olbrzymie legowisko, podpełza ze wszystkich stron: nie uda mu się przybrać postawy pionowej. Tak długo już marzy, by się trzymać prosto, lecz błękit nieba ciągle je przytłacza !

 

   Nieustannie przybijają fale do brzegu, z takim samym uporem jak zapis na kartce papieru, co także podrywa się do lotu  na leżąco,  zywiąc się odległościami, które się  nie poddają. Zapis, zmierzający do zakończenia, ale wciąż na nowo rozpoczynany na stronicy , podobnej do wody ujętej w brzegi, .gdzie tkanina rozdziera na sobie błękit, a ścieg zdań ją obrębia.

   Na ziemi i na niebie, przelatując z jednego kraju do drugiego, wciąż od nowa zabieram się do pisania, wyruszam w podróż i wracam, burzę i odbudowuję, zdzieram zelówki na peronach, patrzę przez kraty, dobijam się do zamkniętych drzwi, liżę stopy warownych fortec, staram się dowiedzieć o tym czegoś więcej, nadstawiam ucha na szum odległości, ale dociera do mnie tylko przybój zdań. Podróże, podobnie jak słowa, nie potrafią wydrzeć milczeniu jego tajemnic.

Przejaśnienia i wydychanie dymu z papierosa; takie są rytmy morza.

 

 

 Warszawa

 

   Polska: kraj jabłek, srok, pisanek i drewnianych ptaszków.

   Ludzie tutaj splatają bukiety z suchych kwiatów i kłosów zboża, które malują w żywych kolorach. Rzeźbią także statuetki i lubią przesiadywać nad brzegiem Wisły, by popatrzeć, jak płynie czas. Lubią punkty obserwacyjne i położone wyżej krańce parku, nie tyle nawet dla rozciągającego się stamtąd widoku ( drzewa i w oddali rzeka), co dla chwili spokojnego odpoczynku w tych miejscach; spojrzenie zanurza się w sekretnych myślach, których biegu nic nie zakłóca.

   Lubią także place, okolone domami o nieco ciężkiej architekturze, ściśniętymi  jeden obok drugiego, z fasadami w różnych kolorach, zdobnymi niekiedy we freski i złocenia. Nie brak w mieście  spokojnych pomieszczeń, gdzie drepczą gołębie, podczas gdy mieszkańcy zażywają słonecznych kąpieli, siedzą na tarasie przy talerzu z sałatą, z kieliszkiem czerwonego wina w ręku.

   Niektórzy grają na akordeonach, inni dmuchają w drewniane flety, wyczarowując z nich bardzo melancholijne melodie, by poczuć w ustach i pod palcami, jak łagodnie uchodzi czas.

   Odnalazłem tutaj swoje dzieciństwo, raz na zawsze, wydawałoby się, utracone. W mieście tym, niegdyś zrównanym z ziemią, odbudowanym kamień po kamieniu, wyposażonym w iluzoryczną dawność, odnalazłem brzmienie drogich mi głosów, niespodzianki w nieznanym mi języku. Znajome gesty, intonacje śmiechu, sposoby chodzenia, milczenia. Wszelkie rodzaje form życia, dawnych i nowych. Skąpane w dziwności, jak nasze wspomnienia. I dalekie od nas, podobnie jak one, nieosiągalne, a przez to wzruszające... My z dawnych czasów, a może tacy, jacy nigdy nie istnieli, my – jakimi widzieliśmy siebie w marzeniach,  wskrzeszeni w tych niezrozumiałych słowach, w fizjonomiach innych niż nasze. My – z głębi zapomnienia, odnalezieni w innych ubraniach, przemawiający w tajemnym języku pamięci.

   Tego się nie spodziewałem. Nigdy do tej pory nie pomyślałem, że owe podróże, podobne do ucieczek, w gruncie rzeczy przybliżały mi moje dzieciństwo. Nie wyobrażałem sobie, że potrafię je oswoić, nareszcie uczynić zrozumiałym, i to bez melancholii, że dostrzegę w nim raczej jakąś obietnicę, jakies pragnienie. Na tej odległej ziemi istniały szlaki, którymi niegdyś bezwiednie podążałem. Kształty miłości, które kiedyś przeżyłem w marzeniu. Inne żywoty, które – odkrywałem to dopiero teraz – miały posmak mojego własnego życia.

 

   W monumentalnym holu hotelu „ Europejskiego”, marzyłem o jakimś pokoju i o drzewie. O ustronnym miejscu, gdzie mógłbym pochylić się z góry nad przebytymi drogami. Uchwycić pra-przyczynę tylu nakładających się ścieżek. Książka, do tego potrzebna była książka: pozbierać te wszystkie trasy, przejrzeć raz jeszcze zapiski.. Ale tym razem zrobić to bez ruchu. Przy stole, w pokoju. Starając się zrozumieć, ku czemu kiedyś odszedłem.

 

 

 

NOTA

JEAN-MICHEL MAULPOIX (rocznik 1952) – poeta, krytyk, ese­ista, historyk literatury iwykładowca uniwersytecki. Doktoryzował się z „liryzmu” w poezji– pojęcia, które w wersji„nowy liryzm” albo „liryzm krytyczny”, przyjęło się we francuskiej krytyce literackiej dzięki jego książkom eseistycznym. Prowadzi wykłady z poezji na Uniwersytecie Paris X-Nanterre, gdzie powołał do życia, pod swoim kierownictwem, „obserwatorium poezji współczesnej”, skupiające grupę badaczy literatury. Od przeszło dwudziestu lat stoi na czele zespołu redakcyjnego kwartalnika, wychodzącego najpierw pod tytułem „Re­cueil”, a od roku 1995 „Le Nouveau Recueil”, publikującego najnowszą poezję ,  prozę francuską i obcą, eseje krytyczne, fotografie artystyczne, wydającego interesujące numery monotematyczne imonograficzne. Od czerwca 2004  do   2007 r.był Prezesem Maison des Ecrivains w Paryżu, nie jedynego, ale być może najbardziej liczącego się stowarzyszenia pisarzy we Francji, mającego swoją siedzibę w zabytkowym pałacyku przy ulicy Verneuil 53 w dystyngowanym VII arrondissement.

Maulpoix uprawia głównie prozę poetycką, utrzymaną w poetyce fragmentu, „zapisu w stanie zawieszenia między prozą a wierszem, między niebem a ziemią”, który – według tego poety – najlepiej odpowiada stanowi ducha „nowego liryka”, szukającego po oma­cku właściwego języka i artykulacji dla swoich tęsknot i rozterek. Charakterystyczną dla niego formą są małe prozy poetyckie ujęte w ramy cykli, które składają się na poszczególne tomy. Bodajże jeden tylko tomik Dans L’interstice (1992), zawiera wyłącznie wiersze pisane w formie stroficznej, od której później w zasadzie odszedł.

W kolejnych książkach eseistycznych, takich jak La voix d’Orphée (1989), La poésie malgré tout (1995), La poésie comme l’amour (1998), Du Lyrisme (2000), Le poète perplexe (2001), nieustannie drąży temat „nowego liryzmu” w poezji francuskiej, którego sam jest najgłośniej­szym przedstawicielem, obok poetów takich jak James Sacré, Guy Goffette, Pierre Lemaire, czy znacznie starsi, jak Lionel Ray, Pierre Oster.

Maulpoix rewaloryzuje poetykę fragmentu, łącząc myślenie krytyczne z darem poetyckiej metaforyzacji problemu. Fragment – powiada – „ nie jest porażką, ani poślednią formą literacką; świadczy raczej o dalekowzroczności literatury. Wie, ze została mu resztka niewinności i nadziei, niewiele form do wykorzystkolor bębitnyania. Mówi, że „wszystko trzeba będzie rozpocząć na nowo”.Polsce Czy ta dramatyczna sytuacja poezji w wariancie francuskim jest słuszna, to rzecz do dyskusji.

Najważniejsze jednak w świecie poezji prozą Jean-Michela Maulpoix okazuje się wywłaszczenie z metafizyki i nostalgia za utraconym nieodwołalnie Bogiem ( czy bogami). Ulubionym i eksploatowanym w nieskończoność toposem jest morze i cała związana z żywiołem wody metaforyka, w której kolor błękitny przywołuje tęsknotę za przegnanymi z języka słowami i desygnatami słów takich, jak „ dusza”, „ miłość”, czy „ wieczność”.Zapamiętane z prowincjonalnego dzieciństwa obrazy i metafory „ kościoła” pojawiają się w tej pozbawionej złudzeń poezji nader często.

W dorobku poetyckim Jean-Michela Malpoix znalazły się m. in. następujące tomy pr            oz poetyckich : Un dimanche apres-midi dans la tete ( 1984), Ne cherchez plus mon coeur ( 1986), Les abeilles de l’invisible ( 1990), Une histoire de bleu ( 1992), L’instinct de ciel ( 2000), Pas sur la neige ( 2004) i ostatnio L’hirondelle rouge ( 2017)

Wcześniej został zaprezentowany w Polsce przez Aleksandrę Olędzką-Frybesową dość pokaźną liczbą przekładów fragmentów jego wcześniejszych książek w wydanej przez nią antologii Współcześni poeci francuscy których nie znamy ( 1994).

Z mojej autorskiej antologii: Krystyna Rodowska,  Na szali znaków – Czternastu poetów francuskich, Biuro Literackie, 2007.

Pin It