Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

 

Chłodna metryka

 

 

Jest we mnie

 

bezmiar nowego ciężaru.

 

To gorycz narodzin

 

w glinianym bezładzie.

 

 

Niedostateczny

 

z bezradności,

 

mierny z trwania,

 

ledwie zauważalna

 

zasada.

 

 

Moją obecność uzasadnia

 

niepewność.

 

 

Kiedy byłem dzieckiem kupiono mi książeczkę

 

- Czy umiecie się dziwić? Do dziś nie wiem.

 

 

Wykluł mnie

 

wiek krwi

 

oraz

 

patos lęku.

 

 

Ostatnia scena

 

 

Jest we mnie

 

ostatnia scena.

 

Esemes życia.

 

Słodki nawias.

 

Jest piosenka, sprzed lat

 

i odmrożone błędy bycia

 

gdzie indziej.

 

Chyba powinienem

 

być gdzie indziej...

 

 

Wykrada mnie

 

drogowskaz śmierci oraz pożółkły liść konieczności.

 

Jest cisza bez haseł i dźwięk dzwonu kupionego impulsywnie

 

na odpuście.

 

Jest wilgotna nostalgia, w której

 

wspomnienia zawsze znikają w jaskini

 

bez jutra i pamięci.

 

 

Za co dziś kupić

 

jutro i pamięć?

 

 

Jest we mnie niepokój

 

Piłata dni bezpłodnych,

 

które lepią się do rąk

 

jak cierpkie owoce losu

 

w bezlistnym ogrodzie.

 

(Kiedyś tu był ... raj)

 

 

Wciąż żyję na tratwie z demobilu,

 

którą płyniemy światu w gardło –

 

sobie w nicość i w tę

 

- ostatnią scenę.

 

Ach, jakaż będzie

 

ta ostatnia scena...

 

 

Bezsilność,

 

złudny hepi end,

 

Ty i ja

 

oraz krwiożerczy

 

plastik.

 

 

Kaskady niepokoju

 

 

Najpierw czułem, że słowa są zasłoną, za którą ukryłem

 

rany. Potem łudziłem się, że są orężem wieczności. Teraz

 

stały się ukojeniem, błękitem, a może tylko śladem

 

                                                                       losu Wszechświata.

 

 

Wiele razy umierałem, ale tak naprawdę nie poznałem

 

śmierci. Ukrywałem się przed istnieniem, nakładałem maski, odczyniałem

 

uroki oraz udawałem, że nie popełniłem wszystkich rozpoznanych zbrodni

 

            (tak zwanej) Ludzkości.

 

 

Najpierw nazwałem ból, ale nie chciałem być bolesną zorzą poranków.

 

Nie chciałem

 

być częścią świata, który się przecież

 

 

nie budził.

 

 

Teraz czekam. Właściwie od zawsze – czekam.

 

Łodzie już odpłynęły. Pełne goryczy

 

i niepokoju.

 

Na brzegu stoję sam, Słońcu zaglądam w twarz,

 

sobie w sumienie. Patrzę w noc, w poranek, w zadumę,

 

w pustą szklankę,

 

którą wypełniam

 

 

                        oddechem wodospadów.

 

 

Ogień

 

 

Wyrywam się w ogień,

 

który już nie płonie.

 

Spadają gwiazdy z gniazd,

 

a ptaki budują obszerne

 

kamienne jaskinie.

 

Jest nów. Wszystko co nazwałem

 

jest inne.

 

Rozpoznane

 

kryje się w wyprzedaży

 

naszych lęków.

 

Opisane

 

traci moc i znaczenie.

 

Ukochane

 

odzyskuje swoją szpetotę, a wszechświat

 

kładzie się na powiekach

 

i nie pozwala

 

zapomnieć

 

 

Znów płonie

 

tęsknota. Serce zamarza

 

na klucz.

 

 

Pożegnanie

 

Małgosi Bartyńskiej

 

 

To było dla żywych.

 

Ksiądz, przemówienia, kwiaty.

 

Wracaliśmy brudni od słów.

 

Słowa tuliły się do liści

 

wyczekując płomieni.

 

A kiedy zatliły się wspomnienia

 

było po wszystkim.

 

 

Wracaliśmy jeszcze ciepli

 

otuleni wiatrem,

 

wulkanem snu,

 

samotni,

 

ale niepewni, wygaszeni, ale nie

 

od środka.

 

 

Patrzyliśmy zachłannie

 

na krzyż,

 

na wszelkie stoczone

 

bitwy, a nawet na to

 

jak konał

 

łotr.

 

 

Kapsułki fatamorgany,

 

popijane histerycznym

 

śmiechem.

 

 

Złudnie żywi, tak, byliśmy żywi,

 

ale jak zwykle

 

odebrano nam

 

nieśmiertelność.

 

 

Jezioro

 

 

W naszym domu mieszka

 

harfa melancholii,

 

siostra smutku – mój boże –

 

jak to brzmi…

 

słoneczne wariacje, przeźroczyste sny.

 

I wichury snują się tu

 

oddechami. W naszym domu

 

jest jezioro. Ze źródła bajek, które opowiadasz mi

 

na dobranoc.

 

 

Widzę wnet w ciemnościach. To cud.

 

Zabalsamowany na jutro.

 

 

W tym domu

 

rosną stokrotki i rodzą się motyle,

 

nici coraz lżejsze unoszą się

 

do nieba, a niebo

 

wydarza się.

 

 

Nie bój się

 

będę jeszcze

 

rycerzem, który zabije smoka i który

 

nakarmi twoje spragnione usta.

 

 

Nie bój się. Nie ratuj

 

aż zapłonę,

 

nie skazuj

 

na lód.

 

 

Ulecz mnie – kaskadera goryczy,

 

która pieścisz wspomnienia.

 

 

Czy widziałaś

 

jak zamarza jezioro?

 

 

Próba dotykania z ratunkowymi dopiskami

 

 

W moim śnie

 

płoną

 

żywe zegary.

 

 

(z nadmiaru dobrobytu)

 

 

We tym śnie

 

o północy

 

dojrzewa południe.

 

 

(sterylnie higieniczne)

 

 

W tym śnie

 

nie już ma

 

bólu.

 

 

Nie tęskni się

 

za Koko,

 

nie płacze

 

nad kamieniem.

 

 

(przecież poszła do Ciebie – Haniu..., Małgosiu..., Ewo...)

 

 

W tym śnie...

 

 

Groby wstają i tańczą,

 

ziemia idzie do nieba,

 

a niebo jest chmurą,

 

a my znów dziećmi, a my,

 

my łatwopalni

 

 

tlimy się tak pięknie.

 

 

(to przecież

 

najdłuższy dzień roku)

 

 

Spóźnione pożegnanie

 

 (coraz częściej

odwiedzam cmentarze)

 

 

Nie dokończyliśmy tej rozmowy. A potem już

 

umarły słowa.

 

Kondukt kluczył, dławił się. Szedł chaotycznie

 

nad brzeg.

 

 

Wiosna przyszła o tysiąc lat

 

za późno.

 

Zostawiłaś

 

ledwie rozpoczęty pejzaż.

 

Zostawiłaś

 

jeszcze ciepłe pędzle.

 

Okruchy dusz i na wpół

 

opróżniony kielich.

 

 

(to było wino? czy wata cukrowa?)

 

 

Bo to nasza wina.

 

Nasza bardzo wielka wina,

 

że czas nas oszukał

 

i zadrwił z gości.

 

Wiosna milczała

 

a my niedokończeni

 

byliśmy ledwie szkicem

 

brudnopisu życia.

 

 

Zbyt mało rozmów, zbyt mało spojrzeń,

 

zbyt mało powietrza. Zbyt wiele zimy.

 

Jedynie głupota

 

to tłumaczy.

 

 

Rachunek sumienia

 

 

Wieczorem było ciężko zasnąć. Cały dzień

 

rozwarstwił się jak senne sznury aut i nowoczesność.

 

Telefon dzwonił, potem nagle zbladł jak światła i cienie,

 

a jego dźwięk

 

był wierszem dozgonnie nachalnym, jak słowa,

 

których przez pomyłkę jeszcze używamy.

 

 

Bezsenność kołysała biodrami, zakładała pętlę,

 

widziałem wyraźnie, kusiła błędami

 

na ulicach i w biurach, przestrzeni zaborczej i głośnej.

 

 

Cały dzień uczyłem się ciebie na pamięć i wszystkich wymówek

 

ze spalin oraz myśli zakażonych

 

teorią rozpraszania oczekiwań.

 

 

A przecież nie potrafię już niczego wchłonąć. Daremnie

 

recytuję ciszę i wymawiam opinie, których treść dawno

 

już straciła na znaczeniu. Przecież snuję się po zakamarkach

 

obietnic i wynaturzam jutro do garści tabletek:

 

 

na serce, na sen, na lęk, na poniedziałki, a potem bezdusznie

 

kładę ręce na ciało zbrukane

 

podświadomością.

 

 

Noc ścieli się bielą księżyca. Wydaje mi się, że słyszę jak idziesz,

 

jak wchodzisz, zamykasz bramę, podchodzisz do drzwi, do domu

 

wracasz, po ciężkim dniu, czekam, tęsknię, liczę minuty i puka wreszcie

 

sen

 

do beznamiętności tego domu, mojego domu

 

na środku oceanu, do którego już nikt nie zagląda i nie przychodzi

 

 

nawet noc.

 

 

 

 ANDRZEJ WALTER

WIERSZE WYBRANE Z TOMU „CIĘŻAR WŁAŚCIWY”

TORUŃ, WYDAWNICTWO ADAM MARSZAŁEK

2017

 

Pin It