{jcomments on}

Wiersze Tygodnia -
Bohdan Urbankowski

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Matka Boska Katyńska

W popękanym, żylastym marmurze
Matka Boska
z oficerem zabitym w Katyniu
jak z niemowlęciem na kolanach
gładzi policzek, podtrzymuje
głowę z otworem w potylicy, płacze
jakby wiedziała
jakby wiedziała, że tam
gdzie on się ocknie po śmierci
tam także śmierć
śmierć i obóz.

Jako w niebie
Tak i na ziemi

Dlatego powróciła.
Teraz - któryż to raz -
głaszcze twarz umarłego
- wypogadza się jak twarz dziecka...

Panie, Panie czemuś mnie opuścił
Nie ona szepce te słowa
Nie wiatr w pokrwawionych gałęziach

Te słowa nigdy nie umilkły  

Pirna 1968



Odyseja polska

Żaglowiec wykuty w lodzie i w śmiertelnej ciszy
wypływa z wód Jenisieju dokąd?  w jakie sny?

Na pokładzie
czwórkami
stoją żołnierze Września
obrońcy kresowych strażnic
skrwawionych brzegów  Niemna.

Czwórkami jak mała armia szarych, ołowianych  żołnierzyków
harcerze z Wilna, którzy teraz
powinni biec ze śmiechem na ślizgawkę
niosąc łyżwy a nie
te - zbyt ciężkie przecież - plecaki.

Czwórkami
białobrodzi - jak z opowieści o starych kapitanach -
marynarze Pińskiej Flotylli, których los
raz jeszcze rzucił na prawdziwe wody oceanu.
Nad ich głowami
na zawsze już utrwalona w skamieniałym wichrze
ta pieśń, której słowa
śpiewali aż do końca, do zdrętwienia ust
że Polska
nie zginęła. I oni
też ocaleją. Zespawani
marznącym deszczem w jedną
lodową bryłę, pokryci
białym bursztynem śmierci - oddechem Boga.

Bezgłośnie bezpowrotnie
zamykają się wrota Jenisieju. Biel i cisza.
Bóg który nie potrafił ocalić żołnierzy
mógł i uczynił jedno:
ocalił ten żaglowiec
jedyny z flotylli śmierci.

Będzie odtąd wędrować przez morza i sny
przez opowieści przy zasłoniętych oknach
przez stulecia.



TRYPTYK POLSKI:  

APEL POLEGŁYCH


Oto jesteśmy. My - bohaterowie.
Znów spoceni ze strachu. Na cieniutkich nóżkach
niesiemy do was brzuchy odęte od brukwi
i puste oczy w czaszkach. To już cała prawda
wydarta życiu z gardła.
Poznaliśmy sztukę
kradzieży chleba, wydawania bliskich,
wstrzymania moczu na nocnym apelu
szarpania się o pryczę i materac trupa...
Dla was ją ocalamy, wam jak kamień w pysku
przynosimy. Bo może przyda wam się sztuka...

Oto nas macie. Jak psy tresowane
pomykamy pod murem znowu słysząc werble -
Uczcijcie naszą wielkość -
bo największa zbrodnia,
która uczyła nazbyt kochać życie -
już poza nami. My już znamy prawdę
o sobie samych. Teraz przychodzimy
z całym bezwstydem śmierci. Tak jak który ginął
wdeptani w popiół na placu Majdanka
strzałem w tył czaszki zabici w Katyniu.

Przychodzimy jak zawsze - zwabieni werblami
i płaczem żywych.
Jak zawsze za wcześnie,
z nieprzydatną mądrością. Z grymasem na twarzy
błogosławimy waszą żywą miłość - -
byście nas zostawili z naszą nienawiścią.



WARSZAWA 1944.  AKADEMIA

Tak, oni mieli szczęście. Wtedy każdy szczeniak
rodził się prosto na scenicznych deskach
byle jęk mógł się zmienić w nowy refren hymnu
a nie sprzątane trupy - kamieniały
w osobliwe pomniki  –
Ale sztuka życia
to pozostać na scenie gdy uprzątną truchła
i zbierać brawa. No cóż: życie nie jest
dla chorych i dla ckliwych. Choć ma urok
bezsprzeczny miłość, której każdy gest
musiał być dobrze odmierzony
bo mógł ostatnim być, choć jeszcze wzrusza
szara sylwetka chłopca biegnąca naprzeciw
czołgów - z butelką zapaloną w ręku,
choć nawet efektownie brzmi to, co on krzyczy
na tematy ojczyzny nim padnie na bruk - - -

Te głosy i odgłosy nie mogą zagłuszać
dzisiejszej prawdy: świergotu tramwajów
psalmu domowych garów...
Te szeregi zmarłych
idące przez ruiny jak antyczny chór -
muszą zostać w ruinach!
Przybyliśmy po to
aby załatwić z nimi nasze porachunki -
Cóż można zrobić zmarłym, co im jeszcze zabrać
- śmierć tylko. Kości oskrobać z legendy
aż będą tylko białe, tylko trochę śmieszne
jak zbyt kuse protezy...
Po czym bić brawo, żeśmy ocalili życie
Tak jak umiemy – przed wielkością śmierci.



Śmierć Piłsudskiego

Mówili: byłaś pawiem narodów, papugą...
Gorzej - ty byłaś dziwką! Piękną i szaloną,
dziwką, która nie idzie przez świat, ale tańczy,
nie myśli, lecz się śmieje...
Tym, co Cię kochali
plułaś w twarz - też ze śmiechem. Lecz tym, co Cię bili
umiałaś lizać łapy. Słać listy miłosne
do Moskwy, do Berlina, skamlałaś u drzwi
żeby wpuścić raczyli... A gdy Ci kazano
swój własny pomiot jak suka rzucałaś
gdzieś wśród łagrów Syberii...
Tak, umiałaś walczyć
jak dziwka z pazurami skakałaś do oczu
z pazurami na czołgi... Zdychałaś w konwulsjach
na każdym progu domu. A potem ze śmiechem
szłaś do łóżka zwycięzcy... Kto Ciebie zrozumiał,
kto potrafił tak kochać, by chlasnąć Cię w twarz - -
o Polsko! Polsko!
noc stoi u granic
noc nadchodzi milczącym, krwawym korowodem - -

Wiem, że nie będziesz wierna. Ale bardziej boli
lęk: komu starczy siły, by być wiernym Tobie?


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

Kruszwica – śniadanie na trawie

Śniadania kochanków
są jak śniadania ptaków
okruchy wczorajszej bułki
pomiędzy okruchami obłoków
kropla słońca

Kawa pita z jednego kubka
usta
przytykam do miejsca
którego
dotknęły przed chwilą Twoje wargi

A obiady, a kolacje kochanków?
- na obiad zawsze za wcześnie
na kolację – szkoda nocy – Kochana
już gwiazdy
już nas wołają

nasze ciała już biegną ku sobie
biegnijmy i my




SAKRAMENT NASZ



1. Ślub

Orszaki, bukiety, obłoki, płynące w stronę ołtarza
gotyk przebija sklepienia jak muzyka organów - -

- Ksiądz wznosi ręce, błogosławi
kolejne oczy, usta
kolejną parę -  nie nas

Ukryci w bocznej nawie
u stóp cuda czyniącego Chrystusa
nieśmiało przytulamy się biodrami
ściskamy do potu ręce -

wtem
trzepot skrzydeł
białych czy złotych
tylko my słyszymy
ktoś mówi:
możecie się pocałować

Chrystus rękę odrywa od krzyża
czyni nad naszymi głowami
znak miłości

Krople krwi
spadają na nasze wargi



2. Wesele

Jezioro – nie wiadomo skąd –
muzyka – też chyba stamtąd
tańczymy na jej brzegu
tańczymy póki nie zniknie
razem z jeziorem
razem z nami



3. Noc poślubna

W ciemności
jesteśmy tylko zagubionymi dłońmi

dwoma
szukającymi się oddechami

płynącymi ku sobie
coraz szybciej
strumieniami krwi

wargi  –
gorące i wilgotne

miejsce
między rozchylonymi nogami
które nazywam tylko
dotknięciem ręki

a jeszcze czulej –
pocałunkiem



Erotyk dla następcy


1.

Przeprowadź ją przez pokój
niby ścieżką wśród lasu
na stole
zapal różę
dobrą jak nocna lampka

potem
rozbieraj ją delikatnie
z obronnych gestów
z zaciśnięcia rąk
drżenia ramion

Otul szeptem

A jeśli kiedyś
wybiegnie nagle z pokoju

biegnij za  nią
nie pozwól
ukryj jej twarz
w swych wielkich rękach

mów słowa dużo słów
te wszystkie
których nie pamiętałem
których się wstydziłem

Proszę cię
ty którego nienawidzę,
który przyjdziesz po mnie
by z jej drobnych piersi
zdrapać ślady mych rąk
rozchylić jej kolana
proszę cię
bądź dla niej dobry


2.

Nie wiesz
że będziesz kochał mnie

że powie ci słowa
wypróbowane ze mną

że w jej włosach
poczujesz mój oddech

na jej brzuchu
napotkasz nocą
moje ręce.


I jeśli czasem
wciągając cię w siebie
aż do zachłyśnięcia

pomyli nasze imiona -
nie myśl o mnie z nienawiścią

tak
to ja ją uczyłem
nie wstydzić się
imion krzyku nagich ciał

to ja
czasem jeszcze mówię do ciebie

Wtedy
myślałem
że mówię tylko do niej



Dlaczego

*


Jak żyjesz, Kochana?

Jak żyjesz
wśród coraz zimniejszych ścian
ulatnia się z nich wilgotna
woń naszych ciał

Czy Ci nie chłodno?

Jak zasypiasz
nie na mojej
piersi
nie opleciona gałęziami
moich rąk, moich nóg
kto poprawi
opadającą rękę – nim zemdleje

Jak wracasz z niespokojnych snów
bez pocałunków, które jeszcze się śnią
a już budzą
każde włókienko Twego ciała
każdą żyłkę

Jak wędrujesz labiryntem głuchych ulic
nie trzymając się mojej ręki

Jak wchodzisz po zmęczonych schodach

Jak żyjesz kochana
beze mnie?

Dlaczego żyjesz?

Pin It