Bohdan Wrocławski - jeden wiersz (Wśród odwiecznej pięciolinii)

 

wroclawski fot walter

 

 

Usiadłem na skraju leśnej przesieki jakbym otwierał starą szafę

w skrzypieniu drzwi ciemnej i wilgotnej czeluści ścian starałem się

odnaleźć siebie wczorajszego

 

dzięcioł nadawał morsem swoje kreski i kropki

nie mogłem odczytać sensu i głębi brzmienia

być może zbyt starannie zaszyfrowała je w zapisie nutowym historia

czasami odgadywałem na pięciolinii ósemki i pełne nuty

 

tak tańczy czarna Afryka bolesna od skarg bezsensownych nadziei

z agresją nie do zrozumienia i zaakceptowania

słyszę tam-tamy wzdłuż Montmartre i całej Dzielnicy Łacińskiej

 

poniżej granicy odwiecznych snów z wysokości wzgórza schodzi

biskup Saint Denis zasłania oczy batystową chusteczką

razi go dźwięk źle wyprawionej skóry niedbale napiętej na

drewnianych obręczach tam-tamów

 

zaczyna pachnieć ścierwem i śmiercią

 

staram się uciec od tego krajobrazu rozumie to i dzięcioł

przerywa swoje stukanie i pełnymi nerwowości ruchami skrzydeł

okrąża zawieszoną nad moją głową chmurę

 

jest między nami jakiś cień porozumienia doszukania się

biologicznych prawd na zawsze wpisanych w głąb lasu

jego łagodny ból pełen cierpliwości i odwiecznego natchnienia

 

z całą pewnośćią boli to i mnie kiedy podpieram się leszczynowym

kijkiem

w podróży do brzegu niepokornego morza

 

i znów na starej pięciolinii między ćwiartkami nut odczytuję ostatnie

słowa Cypriana Kamila mówi do mnie a być może już do nikogo

oprócz Zaleskiego że jest najbardziej samotnym człowiekiem na kuli

ziemskiej nikt nie stara się odgadnąć jego prośby o przykrycie

płaszczem

tamte słowa wystygły spopielone między krzakami czarnego bzu

którego ostatnie jesienne kiście spadają w dół ciemnią popiołu

 

staram się w nim wypisać czyjeś imię być może własne

ale chłodna bryza dochodząca z nieodległego przecież morza

wciąż i wciąż rozwiewa wszystko wzdłuż odwiecznej pięciolinii

 

rozumiem dostrzegam znów wyminąłem się z samym sobą

muszę zażyć tabletkę odczekać aż odejdzie ze mnie ból

 

siadam zatem na wilgotnym piasku plaży wrzucam do sztormującego

morza tabletkę przeciwbólową i czekam starając się wytłumaczyć

Josefowi Conradowi to co pominął

 

każdy sztorm wyjącego morza zapisuje się na bolesnej pięciolinii

niczym opadająca gwałtownie batuta dyrygenta

 

prawdopodobnie i on i ja wiemy o morzu zupełnie co innego

tak jak jeszcze co innego wiedział Vincent kiedy gwałtownymi

uderzeniami pędzla unerwiał morski pejzaż chcąc przez moment

odnaleźć siebie w jego samotności i oddechu

 

towarzyszyło mu niezwykłe zniecierpliwienie – zachodziło słońce na

zachodniej grani pejzażu musiał się spieszyć zanim ostatni promień

nie zgaśnie w bezbarwnej magmie zmierzchu

 

powoli krok po kroku wróciłem do domu

 

przez otwarte okno z nieodległego przecież lasu dochodziło nerwowe

puk puk kropki i kreski wystukiwanego alfabetu

którego nikt nigdy nie potrafi odczytać z wiecznej pięciolinii.

Pin It