Dwadzieścia pieśni Wołodii Wysockiego w przekładzie Adama Ochwanowskiego

 

wysocki piesni

 

 

 

Bańka po biełomu...

 

Dołóż matko do ognia, nie żałuj drew
Niech się w parze wytopi mój los
Gniew - bezradny, pamięci - serdeczna krew
A do pieśni niech przyzna się głos

 

Patrz: pod sercem gorącym - jednostki kult
Z drugiej strony - Marina - en face
Do białości rozgrzany, niech skwierczy ból
Strumień światła, co dawno już zgasł

 

Rozpal matko kamienie na biel , na biel
Choć do czerni przywykłem i łez
Może wreszcie opadnie historii pył
Nowej wiary przybłąka się pies

 

Bladym świtem kolbami wybili drzwi
Miast się zacząć, zawalił się świat
I z Syberii na Sybir wywieźli mnie
Na kolejne dwadzieścia pięć lat

 

Za mą wiarę młodzieńczą, miłości krzyk
Nowe życie darował mi sąd
Za nadzieję płonącą, choć z zimna drży
Za naiwność i dziejowy błąd

 

Rozpal matko kamienie na biel, na biel
Choć do czerni przywykłem i łez
Może wreszcie opadnie historii pył
Nowej wiary przybłąka się pies

 

Zimny barak - w nagrodę - kolczasty drut
I kajdany dzwoniące u nóg
Śmierć niewinnych przyjaciół, bolesny głód
Podarował sowiecki mi Bóg

 

Tatuaże na piersi przeżyją mnie
Choćby nie wiem jak zmienił się świat
Z lewej strony Stalina zdradziecki wąs
A po prawej po miłości ślad

 

Rozpal matko kamienie na biel, na biel
Choć przywykłem do czerni i łez
Może wreszcie opadnie historii pył
Nowej wiary przybłąka się pies

 

Konie narowiste

 

Nad urwiska stromym progiem
Szatan rzuca kości z Bogiem
Czy mnie jutro znajdą na dnie
Kiedy konie zmylą drogę

 

Pod chmurami deszczowymi
Palą się Ikara skrzydła
Konie mają pusto w pyskach
A mnie szarpią za wędzidła

 

Nie pędźcie konie na zatratę
Nie uginajcie się przed batem
Bat to nie jest wasz król
Choć zadaje wam ból

 

Cóż to za konie los mi daje
Co kark zginają przed nahajem
A ja jeszcze wam chcę
Pieśń wyśpiewać we mgle

 

Refren:

 

Koniom trzeba dać pić
Wiatr smakować i żyć
Furman - brat, ale bat
Ma do tego by bić

 

Chociaż twardy jest lód
Choć przyjazny jest bród
Moja pieśń zamiast nieść
Zimnych czepia się grud

 

2.

 

Wiem, za chwilę, pewnie zginę
Wir mnie porwał na głębinę
Ja już śmierci się nie boję
Poczekajcie moje konie

 

Chociaż bat się na was gniewa
Pieśni za mnie nie wyśpiewa
Przecież nawet na dnie
Pieśń wyśpiewać się chce

 

Co się dziś konie stało z wami
Że strach szaleje pod saniami
W oczy sypie mi śnieg
Powstrzymajcie swój bieg

 

Czemu tak pędzicie konie
Co jest z wami nie tak
Czy podkuto was źle
Czy odwagi wam brak

 

Refren:

 

Koniom trzeba dać pić i.t.d

 

3.

 

Ech, Aniele farbowany
Jak bandyta, z lisim pyskiem
Nie popędzaj moich koni
Kiedy wiszą nad urwiskiem

 

Narowiste moje konie
Pędzą ślepo, bez pamięci
Król jest nagi - chociaż w szatach
A brat bratu powróz kręci

 

Bo tu się wszystko może zdarzyć
Bo tu nie wolno nawet marzyć
Dawno spłonął już stóg
Igły nie znalazł Bóg

 

Bo tu wszystko - nie tak
Tu powietrza mi brak
Gdy mnie życie ma gdzieś
Niech ostanie się pieśń

 

Refren:

 

Koniom trzeba dać pić i.t.d

 

Słuczaj w restoranie

 

Drzwi do knajpy otwarte. Przywitał mnie gwar
Pachnie wódką i duszno od dymu
Przy stoliku samotnie - siedzi kapitan
Mogę usiąść - spytałem. On skinął

 

Papierosa wyjmuje i mówi mi: pal
Ja, dziękuję - "Kazbeków " nie palę
Pełną szklankę podsuwa i prosi mnie: pij
A ja wódki nie odmawiam wcale

 

Galopują kolejki, na stoliku tłok
Bohaterska fantazja nas bierze
Bud zdarow - więc pijemy za życie, za zdar
I klepiemy pijackie pacierze

 

Wali pięścią kapitan, kołysze się stół
Dzikim krzykiem w krzesełko mnie wbija
Ja pod Kurskiem za ciebie chodziłem na bój
Abyś dzisiaj gorzałę mógł pijać

 

Chciałbym widzieć jak idziesz w ataku na czołg
Popatrz durniu, na piersiach mam blizny
Moja młodość na wojnie została, byś ty
Z wolnej dzisiaj korzystał ojczyzny

 

A ty kto włóczykiju? Skąd ojciec ? Skąd ród ?
Czy nie wstydzisz się swojej rodziny
Jesteś swołocz i cham, tylko wódę byś chlał
I łzy kapią mu z rudej szczeciny

 

Ja milczałem, choć wspomnień ogarnął mnie szał
Bo po prawdzie, gdy on był kapralem
Ja na polu, pod Kurskiem, gdzie toczył się bój
Jedną kulę pod żebro dostałem

 

Ile można wytrzymać, gdy trafia cię szlag
Więc uniosłem się wreszcie honorem
Zamknij dziób kapitanie, to było nie tak
Ty na pewno nie będziesz majorem

 

 

Taganka

 

Cyganka rzekła mi: Przed tobą ciężkie dni
Przed tobą wiele lat spojrzeń zza krat
Nie wiem czy wyjdę stąd na upragniony ląd
Mój okręt tonie już jak w sercu nóż
Nie wiem czy wyjdę stąd na upragniony ląd
Mój okręt tonie już jak w sercu nóż

 

Refren:

 

Taganka, to z samotnością wielka gra
Taganka, to uporczywa w oku łza
Taganka, to zwiędły życia mego kwiat
To o przegranym życiu pieśń, melodia krat

 

Kochana dobrze wiem, już nie spotkamy się
Nie będzie wspólnych ról - dzieli nas mur
W piątek zobaczę cię - mój o wolności śnie
W piątek zobaczę cię - mój o wolności śnie
I wiem, nadejdzie czas - ostatni raz

 

Refren:

 

Taganka, to z samotnością wielka gra
Taganka, to uporczywa w oku łza
Taganka, to zwiędły życia mego kwiat
To o przegranym życiu pieśń, melodia krat
Taganka, to szary koc, więzienny strój
Taganka, trzyma w ramionach talent mój
Taganka, to za kratami wolny ptak
Codzienny apel, klucza zgrzyt, goryczy smak

 

Maja cyganskaja...

 

Sen nerwowy dopadł mnie - pijany bradiaga
A do łóżka mi się pcha, prawda całkiem naga

 

Będzie lepiej - szepce mi - trzeźwiutka gierojka
Może wódka dobra jest - lecz gorzka zapojka

 

Ech, raz jeszcze raz, jeszcze razy wiele
Nie tak chłopcy miało być. Nie tak - przyjaciele

 

W gębie sucho, chce się pić i ręce dygocą
I cóż z tego, kiedy znów dzień się kłóci z nocą

 

Dzień jak co dzień, noc jak noc, Bóg ucieka z nieba
Kościół zszarzał, no bo w nim, nie jest tak jak trzeba

 

Ech raz, jeszcze raz...i.t.d.

 

Bluszcz do góry wciąż się pnie, olcha lgnie do wiśni
I nie ważne kto z kim śpi, ważne czy się wyśpi

 

Olcha z wiśnią w oczach schną, miast się czepiać nieba
Bo w ogrodach licho śpi. Nie jest tak, jak trzeba

 

Ech, raz jeszcze raz...i.t.d

 

Chcę odwracać rzeki bieg i drogi prostuję
Lecz na końcu każdej z dróg - topór pień całuje

 

W lesie rzeczy rośnie strach, tanieje odwaga
A pod Kurzą Chatką śpi stara Baba Jaga

 

Ech, raz jeszcze raz...i.t.d.

 

Nawet konie mylą bieg, nie słuchają bata
Choć na świat otwarte drzwi, nie chcę tego świata

 

Bar - w kościele, kościół śpi - do baru przypięty
Nie tak chłopcy miało być. Nie tak Boże Święty!!!

 

Ech, raz jeszcze raz ...i.t.d.

 

 

Pieśń o żołnierzu, co nie powrócił z boju...

 

Dzisiaj wszystko nie tak, życie leży na wznak
Boli pamięć i drży z niepokoju
Zgasło słońce, śpi las i zatrzymał się czas
Bo nie wrócisz z ostatniego boju

 

Garniec marzeń i sny, wspólne noce i dni
Dłoń braterska, co chroni od znoju
Kiedy pleni się zło, nagle pytań jest sto
No bo ty nie powrócisz już z boju

 

Wspólny pacierz i grzech, czasem łzy, czasem śmiech
Smak nadziei, gdy nie ma spokoju
Choć nakryty jest stół, nie chce stopić się ból
No bo ty nie powrócisz już z boju

 

Kiedy nas dziki los rzucił na wojny stos
Chcąc poetę zamienić w gieroja
Papierosa ci dam, to jest wszystko, co mam
Ale on nie powrócił już z boju

 

 

Durackij son...

 

Koszmarny sen obudził mnie i wrócił zaraz
Wszystko co złe kąpało się w grzechu oparach

 

Wabiłem los na złoty trzos i w kłamstwie żyłem
Wyparłem się Boga i was, wszystkich zdradziłem

 

Konopny sznur i pełny wór bezczelnej blagi
Przyszpilił mi ręce do drzwi na czas odwagi

 

Gdy błysnął nóż, stłamsił mnie tchórz i dałem nogę
A potem znów wracałem, by szerzyć niezgodę

 

Kłaniałem się złodziejom w pas, wdzięczyłem draniom
I chociaż mnie ogarniał wstręt, śniłem to samo

 

Nastawał dzień, sny gonił w cień. Codzienna praca
A w nocy znów bałem się spać, bo sen powracał
Cóż to za znak, po śladach snu przecieram oczy
I boję się, że może to jest sen proroczy

 

Ach, gdyby mógł wszechmocny Bóg dotknąć mej głowy
Aby ten sen, jak dobry dzień, był kolorowy

 

Pomysłów sto, jak zabić zło, a jasność wskrzesić
Aby nasz czas, jak gęsty las, dobrem zalesić

 

Gdy nie da się, nawet we śnie, powstrzymać lęku
Nie ważne to, co mi się śni, lecz to co w ręku...

 

 

Dajtie sobakom miasa...

 

 

Dajcie pieskom mięsa kęs, pijakom gorzałę
Może jest w tym jakiś sens, choć nawyki stare

 

Wrony strachów boją się, można sypać ziarno
Młodym dajcie stały kąt, jasność - gdy jest czarno

 

Mnie pozwólcie godnie żyć, wśród normalnych ludzi
Psy, o mięso nie żrą się, wódka czoła studzi

 

Gdy wron sytych słychać gwar, plon do góry pnie się
Zakochani burzą mur, miłość warkocz plecie

 

Na kolana upadł Bóg, przed zamkniętą bramą
Razem z nami modli się - zawsze o to samo

 

Można upiec z ziarna chleb, do żniw się sposobić
Mnie dziś spadła wolność z chmur. Nie wiem co z nią zrobić...

 

 

Pogawari chot ty so mnoj...

 

Jak ja do ciebie mówić mam i w którą trącić strunę
Aby pod nocy ciemnej dach - księżyca wpuścić łunę

 

Ech raz, jeszczio raz, jeszczio mnogo mnogo raz
Ech raz, jeszczio raz, jeszczio mnogo mnogo raz...

 

Dzień do gardła rzuca się, noc kugluje snami
Ech, gitaro przytul mnie, gdy jesteśmy sami

 

Ech raz, jeszczio raz...i.t.d.

 

Puste pole przyjmie nas i daleka droga
Serce powie troskom: Precz! Chociaż w oczach trwoga

 

Ech, raz jeszczio raz...i.t.d.

 

Olcha się do góry pnie, a na dole wiśnia
Choć Cyganka chciała mnie, za innego wyszła

 

Ech, raz, jeszczio raz...i.t.d.

 

Miałem żonę, no i cóż, nawet mnie kochała
Spróbowała z innym raz, w świat powędrowała

 

Ech, raz, jeszczio raz...i.t.d.

 

Głowę wam odrzuca w tył - pocałunek pierwszy
Ale potem wchodzi w krew - jak słowa do wierszy

 

Ech raz, jeszczio raz...i.t.d

 

 

Pieśń o przyjacielu...

 

Gdy przyjaźni się pleni cud
Obiecanek i wyznań w bród
Kiedy w oczy ci mówi ktoś
Żeś przyjaciel i gość

 

Zabierz w góry na próbę go
Gdzie odwagi się boi zło
Wypróbujesz, czy jest to chwat
Co przyjaźni jest wart

 

Kiedy lina obsunie się
I na ścianie się robi źle
Kiedy nogi utracą grunt
I zawiśniesz we mgle

 

On, choć krwią mu nabiegnie skroń
Przyjacielską ci poda dłoń
Nawet w przepaść by z tobą wpadł
Wiesz - przyjaciel i brat

 

Gdy ma facet oblicza dwa
Dla poklasku chojraka gra
Gdy ci ktoś chce ożenić nóż
On ucieka jak tchórz

 

Ty przed nosem mu zamknij drzwi
Bo on niewart serdecznej krwi
A na drogę mu powiedz - cześć
No i miejże go gdzieś...

 

U niejo wsio swajo...

 

Ona ma w życiu fart i coś więcej niż wszystkie
W okno jej wbijam wzrok, patrzę jak na artystkę
Za to ja, na poddaszu, gdzie kąt mam u ciotki
Płonę w ogniu jak ćma, razem ze mną - miłosne ciągotki

 

Wczoraj litra i piwo z windziarzem wypiłem
Kilka o niej istotnych szczegółów zdobyłem
Teraz wiem, kiedy szczelnie zasłania firanki
Wchodzi w rolę i w nią - znany aktor z Taganki

 

Kumpel mój, co od dawna pracuje w policji
Zdradził mi kilka o niej ciekawych delicji
Starszy brat gra w Spartaku na bramce
Ojciec zaś w ministerstwie oblicza finanse

 

Powiem jej, że brat gra jak Jaszyn, przed laty
Że minister finansów, to kumpel jest taty
Potem jej słodko w oczy popatrzę
I opowiem, jak grałem Hamleta w teatrze

 

Ona ma, ona ma zagraniczne firanki
Meble też, niech to szlag, za dolary lub franki
A ja mam w mojej ciasnej zagrodzie
Stary stół, krzesła dwa, no i kurz na komodzie

 

Lecz to nic, ni chira, los na loterii kupię
Choć mnie los, choć mnie los, do tej pory, miał w dupie
I choć świat twarz ma dziką i wredną
Pierwszy raz wygram Wołgę, na pewno...

 

 

Nu o cziom z toboju gawarit...

 

O czym ja rozmawiać z tobą mam
Jesteś głupia, szkoda strzępić słowa
Pójdę do chłopaków wódkę chlać
Gdzie uczona toczy się rozmowa

 

Tam poważny i gorący spór
Kto ma słabą, a kto głowę tęgą
Z kim się nie da, a z kim można żyć
A monopol myśli jest potęgą

 

Tam filozof z chamem - za pan brat
I z tematu żaden z nas nie zboczy
Mądrych pytań czasem bywa sto
Kto postawi, kto po wódkę skoczy

 

Ty mi rano dajesz w szklance kwas
A mnie jest potrzebne zrozumienie
Poziom intelektu dzieli nas
Podnieś lepiej swoje wykształcenie

 

 

Byłem duszą szemranego towarzystwa...

 

Ja byłem duszą niskich sfer
Każdy bandyta o tym wie
A wszystkie dane z moich akt
Na pamięć znało KGB

 

Wodziłem na ulicy rej
Znała mnie dworca mroczna brać
A szef tajniaków - Tokariew
Nie mógł przeze mnie w nocy spać

 

Wiedziałem dobrze, kto jest kto
Kto robi kieszeń, a kto włam
Kto na ulicę dziwki pcha
No bo nie byłem święty sam

 

Kłaniali mi się wszyscy w pas
Nie było mi z tym wcale źle
Ale ktoś z naszych skurwił się
I sprzedał mnie do KGB

 

Na dołku posadzili mnie
Naczelnik świecił lampą w twarz
I pytaniami dręczył mnie
Jakie alibi dupku masz

 

A ja spokojnie mówię mu
Po co ci ze mną cały kram
Niewinny jestem, niby Bóg
I Areszt Śledczy w dupie mam

 

Nie odroczono sprawy mi
Wysoki wyrok wydał Sąd
Chociaż papuga - człowiek mój
Ze łzami mówił, że to błąd

 

Twórczą karierę złamał mi
Mój nieudolny Anioł Stróż
I cóż, że byłem duszą sfer
Gdy sfery te nie mają dusz

 

 

Wódka na jednego...

 

Gdyby wódka chciała tylko mnie, jak cudownie by było
Ale pali się zwykle we dwóch
Ale pije się zwykle we trzech
Dla jednego, to śmierć i mogiła

 

Wiązał chłopaków czas
Błotna pieśń - co nie dzieli
Póki ze swoich gniazd
Nie odlecieli
Jeden - tu, drugi - tam
Do odległych bram

 

Gdyby żona chciała tylko mnie, tak jak od wieków było
Ale bywa, że dzieli na dwóch
Ale bywa, że dzieli na trzech
Dla jednego, to śmierć i mogiła

 

Wiązał chłopaków czas
Błotna pieśń - co nie dzieli
Póki ze swoich gniazd
Nie odlecieli
Jeden - tu, drugi - tam
Do odległych bram

 

Ilu jeszcze was - tu, a nie gdzieś
Moją błotną chce śpiewać pieśń
Kto całuje wolności próg
Kto ma łańcuch u nóg
Jeden - tu, drugi - tam
U odległych bram...

 

 

Recydywista

 

W każde święto i w niedzielę, nie poluję na portfele
Taką w życiu mam zasadę, no i już
Nagle milicyjna glista krzyczy: To recydywista!!!
I kajdanki mi zakłada prawa stróż

 

Nie gorączkuj władzo się
Ja nazywam się Siergiejew
A kto jest recydywistą
Nie wiem, może tamten wie

 

Milicyjna wyższa władza za lenistwo nie nagradza
Psy w niedzielę muszą wykazywać się
Robią wielkie polowania na złodziei, kurwy, drani
Drogocennym zatem łupem stałem się

 

Mówi do mnie : Siadaj pan
Zapal - proszę - taki szpan
Podpisz się pod protokołem
Że złodziejski miałeś plan

 

Słońce świeci w tą niedzielę, na ulicach ludzi wiele
Ja pod celą, jak w kościele, nudzę się
Major co mnie przesłuchuje chciwym okiem mnie szacuje
Statystyczne słupki widać podnieś chce

 

Przyznaj się, bo dam ci w ryj
Ileś razy w tiurmie był
Nie pamiętam towarzyszu
Pamięć słaba, chcesz to bij

 

Major zaczął liczyć coś, widać skrupulatny gość
Mnożył, dzielił, odejmował, marszczył nos
Już wyroków dziesięć miałeś, wszystkie brachu odsiedziałeś
Jest niedziela, a ty robisz mi na złość

 

Podał kartkę. Podpis złóż
Ja Siergiejew, złodziej jestem notoryczny
Podpisałem, no i już

 

Odetchnąłem z ulgą, bo - trochę polubiłem go
I choć wlepią mi odsiadki kilka lat
Do siedmioletniego planu wyłapywania chuliganów
Wniosłem także swój nieznaczny wkład

 

Tatuaż

 

Kochaliśmy się na zabój w tobie, Walu
Czystych uczuć nas, do ciebie, łączył rój
Twoją twarz, na piersi swej, wydziargał Losza
Ja schowałem w sercu wizerunek twój

 

Gdy ostatni pociąg czekał na rozstanie
I łzy w oczach miałaś, Walu, tak jak my
Przysięgaliśmy ci miłość nasza Walu
Aż do kresu, do ostatnich naszych dni

 

Sam już nie wiem, kto ma lepiej, a kto gorzej
Co realne bardziej jest, co jeszcze nie
Wizerunek, Walu, twój na piersiach Loszy
Czy miłości sztylet w każdym moim śnie

 

Gdy mi, Walu, brzydną sprawy tego świata
Żyć się nie chce, szczęście błąka się we mgle
Losza, pierś odkrywa, naprzeciwko siada
I do wizerunku twego modle się

 

Nie tak dawno, mój przyjaciel z Akademii
Co do malowania talent ma
Na mej piersi, z piersi Loszy, kopię zrobił
Teraz, Walu, mamy wizerunki dwa

 

I choć z Loszą łączy mnie dozgonna przyjaźń
Gdy potrzeba życie oddać, to mu dam
Mój tatuaż jest piękniejszy i wierniejszy
Chociaż Losza myśli, że jest taki sam

 

Biję kobiety...

 

Przedziwne wyroki feruje nam los
Wzorcowo chowała mnie matka
Lecz, gdy mi stuknęło siedemnaście lat
Wpieprzyłem kobiecie
A potem już poszło jak z płatka

 

I choć na początku mi było nie w smak
W mym życiu skończyły się żarty
Trzaskałem po pyskach, aż lała się krew
Jak osioł uparty
Raz drugi, raz trzeci i czwarty

 

Wzdychałem do jednej, brzydziłem się zdrad
Płomiennym uczuciem darzyłem
Drogerię francuską polecił mi brat
Perfumy kupiłem
Finanse na szwank naraziłem

 

Nie znałem ja kobiet, bo skąd miałem znać
Kto kompot, w miłości, kto śliwka
Te same perfumy zakupił jej gość
Niejaki Gołubiew
I wszystkim chwaliła się dziwka

 

Jak wilk syberyjski poczułem zew krwi
Przez moje zdradzieckie katusze
Gołubiew zabity - krzyknąłem jej w twarz
I ciebie uduszę
Ze zdzirą rozprawić się muszę

 

Drżącymi rękami złapałem za krtań
A wcześniej łyknąłem troszeczkę
Nie będziesz honoru mi plamić, więc giń
I z prawej i z lewej
Walnąłem ją pięścią w maseczkę

 

Na dziwki miejscowe upiorny padł strach
Bo tłukłem je wszystkie, jak wiecie
Lecz choćbym je długo i namiętnie bił
Nie zaznam spokoju
Bo jest ich zbyt dużo na świecie

 

Ja nie liublju...

 

Nie lubię plotek, które łamią życie
Nie lubię krzyku nadgorliwych służb
Nie lubię zimnej rękojeści bata
Buńczucznych pieśni i fatalnych wróżb

 

Nie lubię, kiedy człowiek - nie brzmi dumnie
Gdy do medali pierś wypina łgarz
Nie lubię, gdy się święta z dziwką swata
Gdy chcą mi strzelać w plecy, albo w twarz

 

Nie lubię bajek, co pachną cynizmem
Durnych zaszczytów, też nie mogę znieść
Nie lubię, kiedy plują na ojczyznę
Bo w moją duszę mogą napluć też

 

Nie lubię, kiedy rozpacz gardło ściska
Nie lubię książek, co się kończą źle
Nie lubię chałtur prawdziwych artystów
I szefów, którzy poganiają mnie

 

Nie lubię świty i durnych statystów
Umyślnych kresek w witrażowym szkle
Nie lubię białych i czarnych rasistów
I śmiesznych haseł w narodowym tle

 

Ja nienawidzę, tych co się staczają
Mierzi mnie sztuczność i maskowy bal
Nie lubię tych, co się na wszystkim znają
Tylko Chrystusa męki jest mi żal

 

Nie lubię, kiedy słabość tłamsi siłę
Gdy się dobiera do mnie zwykły lęk
Kiedy mi każą farbować siwiznę
I gdy bełkocze, zamiast śpiewać, dźwięk

 

Nie lubię aren i klaszczącej tłuszczy
Choć im sprzedają pospolity chłam
I nie polubię, nie polubię wcale
Gdy kicz się cieszy z pozłacanych ram

 

 

Pieśń skończonego człowieka

 

Głowa na noże z sercem biją się
Bo miały zgodnie żyć, a żyją źle
Już nic mi w piersiach nie zapiera tchu
Stężała krew, opadła brew, nie czuję bzu

 

Nie chcę się bronić, chcesz to kop i bij
Chce ci się kochać, nie chcę, sama śpij
Nie chcę znać pytań oswojonych z dniem
Czy ja go pierwszy mogę, czy on mnie

 

Ja na koniu, dla konia i z koniem
Lecz nie ma dróg, dla moich nóg
Bo nie ma mnie

 

Nie studzę zębów wodą, no bo nie
Nie wiem, kto zaczął, kto zakończył grę
Czy szatan rządzi światem, czy też Bóg
Pękła cięciwa, nie ma strzały, spłonął łuk

 

Nie chcę wyjaśnień, zmieniać nie chcę nic
Kto jest ważniejszy aktor czy też widz
Przy dużym kącie, mały ginie kąt
Po dużym błędzie, mały - to nie błąd

 

Ja na koniu, dla konia, i z koniem
Lecz nie ma dróg, dla moich nóg
Bo nie ma mnie

 

Pas popuszczony, czy zapięty pas
Biegnący w przód, czy w tył i dokąd - czas
Czy stoję w oknie, czy otwieram drzwi
Czy widzisz mnie, czy oko z ciebie drwi

 

Milowe buty, już nie cisną mnie
Marzenia stare, w cudzym drzemią śnie
Na bliznach, bandaż, nie przepuszcza krwi
I nie jest ważne, kto odejdzie - ja czy ty

 

Perswazji nie chcę, niepotrzebny ksiądz
Pieszczoty brzasków, zachodzących słońc
Czy deszcz zacina, czy szaleje wiatr
Ja nie chcę wiedzieć, kto na górze, a kto spadł

 

 

PIEŚŃ O LOSIE

 

Mój los, jak stary, ślepy pies, waruje w dzień i w nocy
Bezradny, jak w ognisku ćma, do duszy mi się pcha
Cóż, że kamieniem straszę go, próbuję napluć w oczy
Ociera pianę z pyska mi i dalej za mną gna

 

Czy ranki czy zmroki
Rachuje mi kroki
Czy głód mi doskwiera
Czy blednie mi twarz
Odbiera mi mowę
I serca połowę
Nie daje mi śpiewać
Choć bardzo się chce

 

Nie szkoda psubrata
Zasłużył na kata
Ja chętnie zapłacę
Nawet stówki dwie

 

Już tyle razy chciałem go podrzucić do sąsiada
On staje na dwóch łapkach, bezradnie skomli, drży
Wtedy bezradność ściska mnie, no i dokarmiam gada
A on, gdy się nasyci przy budzie długo śpi

 

Wiem wtedy, że żyję
Tańcuję i piję
Sam szczekam i wyję
I olewam was
Lecz sen jego chronię
Przed ludźmi go bronię
A rano, jak nigdy
Smakuje mi kwas

 

Nie szkoda psubrata
Zasłużył na kata
Ja chętnie zapłacę
Nawet stówki dwie

 

Bywają dni, że szklanki dwie wypijam dla odwagi
I jemu nie żałuję też, niech się napije gad
On wtedy taki zwyczaj ma, że do pustego warczy szkła
A w mojej głowie kwitnie fortuny wielki świat

 

Byłbym w Nowym Jorku
Limuzyną w korku
Ubierał się w norki
I koniaki chlał
Podarte mam buty
Łeb ciągle zatruty
Z pieniędzy wyzuty
Wyrzutek i cham

 

Nie szkoda psubrata
Zasłużył na kata
Ja chętnie zapłacę
Nawet stówki dwie

 

Zdarzyło się niechcący, że za dużo mu nalałem
Stracił kontrolę Los i w Fatum zmienił się
A ona przeklinała, kopała i warczała
Skoczyła mi do gardła, zaczęła dusić mnie

 

Mnie ciężko i blado
Precz z łapami babo
Bo palnę cię lagą
I szlag trafi cię
Nie łap mnie za szyję
Nie łap mnie za szyję
Nie łap mnie za szyję
Bo ja śpiewać chcę

 

Nie szkoda psubrata
Zasłużył na kata
Ja chętnie zapłacę
Nawet stówki dwie

 

Pin It