Bohdan Wrocławski - jeden wiersz (Piotr i Wołodia)

 

 wroclawski fot walter

 

 

Zaczynam rozumieć dostrzegać

minęło coś

czego nie potrafiłem i nie potrafię do końca zdefiniować

jakiś przypadkowy deszcz z nutą wagnerowską

bardziej rytmiczną niewybrzmiałą

szukający swego miejsca w naszych radościach i trwogach

próbujący oczyścić oddech z krzyku

pękających od huraganu drzew

 

wtedy między jedną i drugą strofą powiedziałeś mi

że nasze wspólne spacery z Wołodią Wysockim

po Saskiej Kępie

ustawiczna staranność w otwieraniu stale zamykających się drzwi

są już niczym

 

i choć powietrze nasiąkało zapachem

bimbru i dymu z papierosów

które przebijały się na przemian z wierszami Andrieja Wozniesieńskiego

 

to nadal byliśmy pod wrażeniem własnej nieobecności

 

zatem teraz znów powiesz że nic z tego nie wynika

ani z naszej łagodności

ani niechęci

nadal połamane gałęzie tarasują 

główną arterię dociekań i ulic po których już nie chodzimy

 

przechodzisz na drugą stronę w to miejsce

gdzie strumień światła rozpuszcza się w przypadkowych kałużach

i przerażony ich płynną brudną konsystencją

milknie w momencie w którym

Piotrek Kuncewicz opowiadał o swoim pobycie w Kazimierzu

 

Wiesz w wyjątkowo ciepły wieczór piliśmy wino na tarasie

słońce tak zachodzące słońce

swoim milczeniem tworzyło wyjątkowy obraz natchnienia

zabawy

Maria pełna tej najcieplejszej wyniosłości

charakteryzującej ludzi dobrych i mądrych

trzymała w dłoniach filiżankę unosząc ją ruchem pełnym

godności

i kojarzącym mi się z Anną Kareniną

 

To dobrze lepiej niż dobrze nadal jest w nas łagodność pól

nurtu rzek odnawiających swoją kondycję w wodospadach

ta rola Hamleta którą w sobie noszę winna mieć więcej umiaru

mniej napięć mniej elektryczności

Wołodia rozłożył ręce do lotu w deszczowe chmury

 

odpryski docierające dziś do mnie

są jak czyjaś pierwsza miłość 

wyjmowana ze starego pamiętnika

niczym insulinowy wstrząs

 

Milknę 

próbuję odnaleźć w sobie coś co może mnie na dłużej usprawiedliwić

zatrzymać na środku drogi

wyznaczyć sens

stale jednak wracam na peryferie gdzie wszystko

gubi się w szalonym rytuale drwiny i nieobecności

 

Nadal pachnie kapiącym do bańki ciepłym jeszcze bimbrem

i dymem z papierosów

Pin It