Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

Świecenia

 

Nastąpił wyciąg światła z konta lampy,

stoi w kącie za karę, bo niedokładnie zapala się

do roboty na rzecz oświetlenia pokoju.

 

Tylko jego część przyjmuje święcenia kapłańskie,

dostępuje oświecenia, które głosi lampa –

kościelna wieża. Reszta pokoju to ciemnogród,

 

ale dość dzielenia – tam gdzie stoi (jak na demonstracji),

nie stało żadne ZOMO. I po niej choćby potop, który

czasem ją nawiedza w postaci muszek, ciem –

 

myślą, że lgną do Arki i już nie wracają

stamtąd na tarczy (aż muszę ten talerz – jej głowę

wycierać, nie tylko z kurzu, ale i popiołu).

 

Wtedy zastanawiam się: ile ich ginie w ten sposób,

podczas lektury o ludzkich zbrodniach w imię

banału. Choćby nocy, której pstryknięcie

 

robi dzień, aż zapala się lampka: mayday,

bo kto śpi ten nie wykonuje żadnych wyciągów

i pracownicy korpo są na bezrobociu w pracy.

 

 

 

W kubku

 

szczoteczki zwrócone w przeciwległe strony,

jak Słowacki i Mickiewicz na szkolnych portretach.

 

Każda w swoim narożniku, jakby to był ring –

tworzy własną niepowtarzalną pastę. To historia

 

Tutsi i Hutu wrzuconych do jednego wora,

całujących się jak Breżniew i Honecker,

 

gdy nikt nie patrzy. Bo skąd to branie pod włos –

nagle, stanie jedna przy drugiej niczym na porannym

 

apelu? Potem mylisz się i bierzesz nie tę, co trzeba,

nie wiedząc, że oto spełnia się jej marzenie w temacie

 

poświęcenia, bo każdy chce być gdzieś wyniesiony,

jak Kolbe, choćby na chwilę, na wysokość ust:

 

mimo że tu jest tylko Colgate, krew na dziąsłach –

noc do wyplucia, ręce do umycia, szczoteczka

 

wbita w kubek jak flaga zbójeckiego kraju;

w którym czystki zębów odbywają się przy pomocy

 

licznych posiłków ściągniętych dopiero tutaj.

 

 

 

Bohater naszych czasów

 

Znaleźć skradziony puchar

przed mistrzostwami świata –

Anglia '66, i z tej okazji zostać

zaproszonym na bankiet wspólnie

 

ze swym panem; być najsłynniejszym

mieszańcem w tamtych czasach,

traktowanym niemal jak człowiek (w nagrodę?),

by rok później zostać zmuszonym

 

do zniżenia się do poziomu zwykłego psa,

który ginie dławiąc się śliną podczas pościgu

za jeszcze zwyczajniejszym kotem

(kot, choć sprowadził go z powrotem,

 

pozostał anonimowy). Żeby dziś

wszyscy wiedzieli kim był Pickles

i jaką zapłacił cenę za stanie się nim.

 

 

 

Mała epoka

 

                                               Danielowi Madejowi

 

Siedzę pod kocem, rzecz jasna

na łóżku i mam podkrążone nogi.

Wyglądam na takiego, co zbudował

Mur Chiński, bo koc pochodzi z Państwa

 

Środka. Tędy idzie mrówka,

tuż pod murem, idzie do roboty,

choć mur już ukończony. A żeby tradycji

strzelania do robotników stało się

 

zadość, strzelam w nią palcem,

jakbym strzelał z łuku. Żartuję,

nie jest to wcale Mur Chiński,

a zakłócenie pochówku pod murami

 

Kremla. Bo dla tej mrówki jestem

Stalinem, który jeszcze

spod ziemi, jak ja spod koca,

potrafił pstrykać na swoje ofiary.

 

 

 

U nas w NASA

 

Herbata wyzuta z tożsamości kubka –

okazał się otwartą przestrzenią. Nagle.

Pod taką nazwą mógłby istnieć Kosmos.

 

Wynaradawiaj Kosmos, tak jak rozlewasz herbatę.

Przeprowadzaj czystki komet, meteorów,

niech spadają. Na Księżyc, jeśli nie mogą na drzewo.

 

Zabezpieczaj się. Głowice nuklearne

to rodzaj plemników, które wiedz,

że dopną swego.

 

Jednocześnie szukaj kontaktu

mając go na ścianie. Wypatruj latających talerzy,

które do latania nie potrzebują wściekłej kobiety.

 

Gdy go już nawiążesz: agituj.

Możni Wszechświata czekają,

by zasilić szeregi Młodzieży Wszechpolskiej.

 

Tak właśnie będzie wyglądał koniec:

nie w stylu Fukuyamy czy Fukushimy.

 

Wszyscy będą się wywyższali,

to kto w końcu sprzątnie tę herbatę?

Naciśnie spust szmatki?

 

 

 

Pochwała leżenia

 

Lubię leżeć. Chodzić w ten sposób

zamknięty w klatce oddechu,

od jednego końca świata do drugiego

(oto świat dwóch światów, co za ustroj-

stwo), by głową, nogami witać się z

mitycznymi smokami – strzegą sennych granic

i zieją ogniem pochodzenia okiennego,

odkąd Słońce to Ilustrowany Kurier Codzienny

 

prenumerowany w lipcu i w sierpniu.

Wtedy ranny leżę na tratwie płynącej

przez ocean potu i rozciągam się właśnie,

jakbym szedł przez Step Akermański –

łóżko ma pustynny kolor i czasem piasek

z chipsów obwieszcza ruiny starożytnej cywilizacji.

A ja, na wpół nagi, „cudzoziemiec na Ziemi

morderców” przewracam się na bok, jakbym umywał ręce,

 

budował palisadę z pleców i uciekał myślami,

które coraz śmielej zaglądają do studni snu. Wody!

Kto poda szklankę, którą postawiłem o jeden most za daleko?

Dostrzegam ją z brzegu, latarnię morską,

jak świeci przykładem głupoty – rozbitka

coraz cięższego – rośnie wszerz i w górę;

niebawem zdobędzie szczyt sufitu,

z którego rozpościerać się będzie pejzaż gnojnej góry;

 

książek, ubrań, nie-

umiarkowania w jedzeniu i piciu. To grzech

dojrzewać do wiecznego leżakowania?

Kiedy wkoło każą dojrzewać do pospolitego ruszenia

tyłków w celu stania się: kim, czym? Innym

przypadkiem? Przypadek? Nie

sądzę, że moje łóżko jest jak ciało;

niech więc ci, co już wstali walczą ze smokami.

 

Podczas gdy ja ziewam, jakbym zionął ogniem.

 

 

 

W Poznaniu

 

                                               Mateuszowi Dworkowi

 

Zgubiłem Czapskiego w monopolowym,

Czapskiego w monopolowym zgubiłem dziś.

 

Byłem na nieludzkiej ziemi i na półce za drutem

widziałem furgony piw, które nie zostaną kupione.

 

Zgubiłem Czapskiego w monopolowym,

Czapskiego w monopolowym zgubiłem dziś.

 

W kolejce stał pewien Rosjanin, a ja czułem

na sobie jego wojenny, hybrydowy oddech.

 

Ekspedientka chciała mnie wylegitymować,

jej nachylone piersi osaczały jak totalitaryzm.

 

Pies, który się przybłąkał i migiem wyszedł,

jak po angielsku może wyjść pies rasy spaniel.

 

Czapskiego w monopolowym zgubiłem dziś,

to była wymiana więźniów, razem siedem piw.

 

Czapskiego w monopolowym ktoś znalazł dziś,

będzie go czytać do spółki z browarem.

 

Jawnej policji wpadnie w oko na wolnym

ogniu, gdzie będzie skwierczał, aż przestanie.

 

Skują go, zawiną wspólnie z Czapskim

i obaj wylądują na nieludzkiej ziemi,

 

by polski los mógł się jeszcze raz dopełnić.

 

 

 

Traktat o monotonii patrzenia

 

1.

Pada deszcz. Nie starcza deszcz? Po co dodawać,

że pada. To oznacza, że chyli się ku upadkowi,

a w kryzysie jest masa kropel.

 

A deszcz przecież jest szybki, zadziorny,

jest w ruchu, w gazie, na kurwie, i nie widać,

by padał ze zmęczenia, skoro pada już

 

od dobrej doby, odwalając kawał mokrej roboty,

więc skąd to pada? Bo przecież z każdej strony

nie pada już żaden deszcz, to świeci słońce.

 

Żaden? Czy deszcz może być którykolwiek?

Może w słowie deszcz zawiera się odpowiedź

na roszczenia kropel? Czy deszcz im wystarcza, tak

 

2.

jak nie starcza słońce? Kiedy to, że świeci

jest już wiadome nawet po zachodzie,

a Zachód jest sprośny, nieruchawy, więc pada jak,

 

no właśnie? Przecież nie pada jak deszcz,

nie świeci jak słońce, może świeci jak księżyc

cudzym blaskiem („człowiek zgasł, księżyc świeci”)

 

i na przykładzie jego kraterów pokazuje,

jak bardzo jest dziś wyjałowiony.

Bo pada na pysk. A pysk jest mokry,

 

dopóki nie pojawi się słońce

i nie wytrze go z deszczu? Słońce narodu?

Gdzie w takim razie zachować twarz

 

3.

za oknem? Które okno wybrać

w celu zachowania twarzy? Czy to

zależy od jej zachowania? Czy

 

zachować oznacza ukryć twarz w dłoniach?

Lecz w czyich dłoniach nadaje się

do ukrycia? Czy te dłonie są podatne na pogodę?

 

Deszcze niespokojne. Gorączkowe słońce.

I jak tu nie spróbować zajść w głowę.

Od której strony należy do niej zachodzić?

 

Puk, puk. Kto tam? Nikt nie przychodzi

do głowy, głowa winna być zakryta, kiedy słońce i deszcz

dobierają się do niej – choć są dopiero za oknem,

 

4.

ale po to są okna, by się do nich umizgiwać

krzycząc: o, słońce!, o, deszcz!

W zależności od pogody.

 

Pogoda dla bogaczy ma gdzieś słońce i deszcz,

im starcza pieniędzy na ciągłe słońce,

czasem śnieg, kiedy pojawia się kaprys

 

niezależny od pogody ducha. Bo

gdy nadchodzi czas na oddanie ducha,

w pogodzie dla bogaczy pojawia się deszcz

 

ze śniegiem (dwie strony medalu, co rozpętują burzę,

jak podział majątku jest piorunujący, to z dużej chmury

robi się mały deszcz). A po deszczu jest słońce,

 

5.

powtarzam: po deszczu słońce.

To powinno wystarczyć.

Powinno wystarczyć.

 

                                   Szklana pogoda

                                   to widok za oknem.

 

 

Biogram:

Rafał Różewicz – ur. w 1990 roku. Autor dwóch książek poetyckich: Product placement (2014)
i Państwo przodem (2016). Pochodzi z Nowej Rudy, mieszka we Wrocławiu.

Pin It