{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Leszek Żuliński

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Klamka nocy

do niedawna codziennie myślałem o miłości,
od niedawna codziennie myślę o śmierci

ten moment, kiedy dzień przeskakuje w noc
jest nieuchwytny; zaczyna się odpływ,
z wody wyłaniają się kamienie, zbutwiałe
porosty, śmiecie; leżą na mokrym piasku,
potem już na suchym, który przesypuje się
przez palce, przez pamięć, wypełnia wszystkie
miejsca puste; dawniej było ich mało,
teraz się panoszą,
pustoszą dysk,
dezintegrują rejestr;
władzę przejmują wirusy,
robaki, ich mutanty, czekają,
by dokończyć dzieła;

monitor gaśnie,
klamka nocy zapada.


Afekt

w stanie afektu dopuściłem się czegoś...
(Witold Wirpsza)

to było jak zapalające się ognisko. najpierw iskra od dołu,
potem mały płomyk, w końcu wysokie jęzory ognia.
ona płonęła jak Joanna d’Arc; skwierczała jej skóra, włosy
unosiły się dymem, kurczyła się i zwęglała, choć zawsze
była jasna niczym promień w krysztale górskiego powietrza.
farba na jej konterfekcie pękała i podsycała płomienie; słowa gasły
i fruwały czarnymi bibułkami po całej okolicy. to wszystko
mroziło mnie do szpiku kości. teraz siedzę nad kupką popiołu,
w afekcie stawiam domki z zapałek, może tam się pojawi jak ikona
w drewnianej cerkwi, choć lepiej nie, bo znowu bym wskrzesił ogień
i w obłoku siarki podsycał swoje szaleństwo.



Na próżno

mam cię pod powiekami. szczypiesz i pieczesz,
choć nigdy cię nie widziałem

mam cię w arytmii serca, panoszysz się tam
bezczelnie

mam cię w nocnym oddechu – śnią mi się głazy
i pióropusze ognia

rozsuwam kotary duszności, otwieram okno dnia,
rani mnie widok, którego mnie pozbawiasz

na siebie
na nas
na próżno



Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

Jak Afryka

im dłużej cumuję w jej północnych portach,
tym bardziej boję się zejść na ląd. spoza kotary lian
i wysokich traw wyłaniają się ścieżki zaplątane w supeł,
ruchome piaski chrzęszczą pod stopami,
wielka kula czerwonego słońca stoi w miejscu
i oślepia świat, odgłosy tropikalnych lasów,
echa tam-tamów, dymy płonących sawann –
to wszystko woła i ogłusza; wiem, że powrotnej drogi
nie będzie, usmażę się w tym tyglu ludożerstwa,
a moje białe kości zasypie pustynia.

ale na południu kuszą zielone palmy, ogorzałe wysepki
nadziei, instynkt przetrwania. na płaskowyżu Tuaregów
widziałem ją, usta miała zasłonięte przed wciskającym się
wszędzie piaskiem. w śniegach Kilimandżaro
brodziła boso, może chciała powiedzieć, że zawsze można oddychać,
zawsze można iść dalej. była jak Afryka, uczyła mnie survivalu.
i zawsze znikała. jak fatamorgana, która kusi, ale się nie staje.



Ziemia wyczekana


urodziłaś mnie w bocianim gnieździe,
zawieszonym w próżni. stamtąd majaczysz mi
konturem lądu. płynę do niego przez wykroty oskomy,
żar leje się z nieba, wysoka fala moczy pióro, słona woda wywija
powieki na drugą stronę ciebie. tam jesteś cielesna
i stawiasz moje żagle, ale droga daleka, czasu mało,
odyseusze palców błądzą jak beduini w piasakowej burzy,
niepewni drogi. ale rozsypujesz się, uciekasz jak
wędrująca wydma; klepsydra wybija godziny bez czasu.
to jest podróż do końca, pozbawiona kresu. jednak
wyczekam cię. liczę na pomyślne wiatry, które
nas zderzą. wtedy przyjdzie tsunami, wbije mnie w twój
ląd... zatrzęsie się ziemia, wstaną oceany, my schowamy się
w sobie. w piramidzie słów, które nas ocalą.


Cele

szamoczemy się w naszych celach. za dużo ścian,
za mało okien. podłoga skrzypi, za chwilę zapadnie się.
przez małe okienka krzyczymy do siebie. głos nie dochodzi
lub niknie w jazgocie dnia. w blaszanych kubkach naszych ust
zamarzają słowa. drepczemy w kółko, nasłuchujemy,
czy drzwi się otworzą. rygiel trzyma mocno. zaczynamy wierzyć,
że świata już nie ma, istnieje tylko nasza monada

pojawiasz się jeszcze, ale nie rozumiem, co mówisz,
nie rozumiem, co chcę powiedzieć; czasami gołąb lub wróbel
usiądą na parapecie, ale po chwili fruną. w moim dożywociu
jest tylko Czas. on się wlecze, stojąc w miejscu; biegnę do ciebie,
lecz to jest tylko sen niedorzeczny jak kara śmierci lub życie za długie,
by cokolwiek dobiegło do celu.



Fatum

...i znowu siła odpychania wygrywa. słowa tworzą byty,
one zastępują świat realny. krążymy w sensach
oderwanych od desygnatów; fikcja panoszy się jak nowotwór,
proteza zastępuję zdrową nogę; jesteśmy tam, gdzie nas nie ma,
nie ma nas tam, gdzie powinniśmy być. cały ten jazz gramy
na trąbkach Eustachiusza, świat oglądamy przez odwróconą lunetę,
trzymamy się ścian, które burzymy, wypuszczamy z rąk to,
co powinniśmy zaciskać i trzymać na uwięzi.
potem patrzymy na te latawce i żałujemy, że daliśmy im tyle wolności.
od czy do? tego się nigdy nie dowiemy. zwalimy wszystko na fatum...

a ono zarechocze z radości, jak dżin wypuszczony z butelki,
którego nie ma dopóty, dopóki go nie nazwiemy.



Kino

...wstaje mgła. za chwilę zaczniemy ślepnąć w blasku słońca.
w tej jasności nic nie widać. rzeczy są tak wyraźne, a jednak
ukryte. więc zaczynają nam się zdawać. dorysowujemy
im kształty, dopisujemy wyobrażenia, pociągamy za niewidzialne
sznurki, aby je ożywić. siedzimy przed ścianą jaskini jak Platon,
na niej pokazuje się świat. za plecami dzieje się prawda
rzeczywista, jak za drzwiami kina. a tutaj mrok i szelest
papierków. cukierek smakuje i działa jak placebo.



Pin It