Bohdan Wrocławski – jeden wiersz (Zapach jabłek)

 

wroclawski fot walter

 

 

Nic innego mi nie pozostało – odgadywanie znaków czasu

które już nie istnieją

wcześniej wyobraźnia usunęła je z krwioobiegu

w cień zagubionych  antykwariatów położonych

na zupełnych przedmieściach

miedzy brudem ulic i natchnieniem starego malarza

błądzącego po peryferiach

najsilniejszych artystycznych uniesień

 

i mimo że rano budzi mnie cudowny zapach jabłek

pozostawionych wieczorem na biedermeierowskim stoliku

w  porcelanowej wazie

oplecionej wizerunkiem Ewy i węża – to przecież

nadal nie potrafię pozbyć się z pamięci dróg pełnych kurzu

 

pyłu oblepiającego każdy nerw 

stukającego niczym dzięcioł

w próchniejący pień

 

to właśnie stamtąd powraca natrętna muzyka

pełna ciepła rozmawiających z sobą instrumentów

 

na przewalonej taczce do przewożenia trupów

siedzi esesman gryzie jabłko

miarowy chrzęst wydobywany z jego szczęk

przeciska się do mojej wyobraźni

jest tak natrętny że nie mogę go odrzucić

 

i jest silniejszy niż kilka szybkich strzałów

 

upadku ciał w błotniste podłoże

rozbryzgów wody

która chaotycznie uderza w moją głowę

pochyloną nad starą książką

 

W uniwersyteckiej bibliotece pani pokasłuje

powoli wygaszając światła

rozumiem

powrót w zimowy chłód ulic jest nie do uniknięcia

mrok krąży w żyłach ale i uspokaja

niczym morfina dotykająca

każdego nerwu z osobna

 

już wiem że pamięć ma w sobie pasję archeologa

jest nazbyt skromna wobec miejsc

do których musi powracać

 

dociera do niej wiara

że każdy poród oprócz tryumfu niesie

za sobą ból

i zdarzenia

których nigdy na progu domu w jego czerni korytarza

dostrzec nie potrafimy

 

tymczasem mimo chłodu zaczyna padać deszcz

ulica pustoszeje

staram się szkicować jej smutek

jakieś zakamarki w które można się skryć

przed trwającą wiecznie obławą

czyjeś włosy

bielejące w ciągu kilkunastu minut pełnych napięcia i strachu

czyjś oszałamiający szloch

czyjś śmiech pełen radości

szept modlitwy

krzyk tryumfu zwycięzców

ślady stóp na piasku

rozmazywane przez sypiący piaskiem wiatr

wzdłuż pustej jesiennej plaży w Kątach Rybackich

 

Dostrzegam barkę 

próbującą z ogromnym wysiłkiem wrócić do brzegu

 

zapewne to jedno dramatyczne zdarzenie

z obrazu Ajwazowskiego

jest warte mszy

 

Bajkał zamierał

kilka barek wypełnionych ludźmi

 

tonęło w ogromnym spokoju

 

na brzegu

na przewróconej do góry dnem łodzi siedział człowiek

w błękitnym mundurze enkawudzisty

z lornetką przy oczach obserwował agonię setek

potem wziął jabłko wbił w jego miąższ złote zęby

i z wielką starannością

oczyścił je aż do ogryzka

 

Czułem pulsowanie każdego nerwu

roztrzaskiwanego przez złote zęby

 

każdą literkę samotność słów

które w tym momencie stawały się nieobecne

 

tak mogą umierać poematy i gubić swoje kształty

obrazy namalowane ręką starych mistrzów

 

i mimo że stale chcę powrócić

do młodzieńczych szaleństw

odwiedzając kartka po kartce

wszystkie zapamiętane pory roku

 

to wiem

 

jesienie stają się chłodniejsze

pamięć coraz natrętniejsza

pełna wykrotów blizn słonego smaku krwi w ustach

dni suchych jak koraliki drewnianego różańca

 

i zapachu jabłek leżących w starej  porcelanowej wazie

 

 

Pin It