Bożena Kaczorowska - wiersze

 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

 

Wiersze z drugiego tomiku Bożeny Kaczorowskiej

pt. „Akty niedonoszone” ( wyd. Anagram,, 2016)

 

 

Pomimo za i przeciw

 

Skrobię rybę

 

Ryba krwawi pod nożem

brudzi talerz tym wszystkim

co jeszcze ma w środku

 

Olej skwierczy

gotowy do namaszczenia

 

Dotykam językiem satyny jej ciała

Przełykam ten ofiarny „baranek” posiłku

Jej śmierć czai się teraz we mnie

 

Oddycham morzem

Opadam na dno

 

Zatrzaśnięta

w kołysce

bursztynu

 

 

Był początek będzie koniec

 

Uczymy się życia a potem

nikt nie jest gotowy!

 

Przykryte trzeba odsłonić

otwarte zamknąć

Przyszedłeś „stamtąd”

więc wrócisz jakby do siebie”

 

Zima ścina lustro jeziora

Połyka fale zaszywa je w tataraku

 

Z nami jest chyba podobnie

Z lodu nie zrodzi się miłość

Mróz otwiera białą fobię kartki

 

Wszystko co było nie wróci

rozpycha się teraz w innym miejscu

Podskakuje niczym spławik w przerębli

 

Rozhuśta się kiedyś to wszystko

Jeszcze się wyleje!

 

Zobaczysz

 

 

 

Leśniczówka w rozlewisku

 

                                                          Poetkom z praskiego „Melonika”

 

Zdystansowana intelektualistka

czyta wiersz o pustym łóżku

i zimnej pościeli

 

Ma wypieki na policzkach

 

Krzywi się w pół zdania jakby wolała

od nas towarzystwo książkowych moli

 

A w gablotach wypchane ptaki

rozstawiają do nas swoje skrzydła

szczerzą się wilcze kły i nie drgnie

nawet czujne oko sarny

 

Wznosimy toast za zwycięzców

podziwiamy trofea

 

Intelektualistka czyta kolejny wiersz

a ze stołu schodzi pusta butelka

po której bawimy się już wszyscy

 

wypchanym ptaszkiem

 

 

Posejdon przechadza się deptakiem

w towarzystwie Trytonów

 

                                                                   Zbigniewowi Irzykowi

 

Samoloty są wysoko a jaskółki

kołyszą druty wysokiego napięcia

(w kołdrze zamknięte ciepło poranka)

 

Na deptaku pomniki byków i delfinów

 

Spacerujące Trytony zlizują chłód

z owocowych sorbetów

 

Jakże słodko płynie czas

gdy tamburyn treli

powtarza sekwencję godów:

cyt cytu – cy tat! Koncertują

upojone słońcem świerszcze

 

Dla równowagi stają tu pociągi

Kuszą turystów kuszetkami

 

A dworcowym barze

Posejdon – nawija spaghetti

na trójząb widelca

 

I w letnim sosie macza

długą brodę zmierzchu

 

 

Przystanek Woronicza

    (Królikarnia)

 

Ulica długa jak Marszałkowska

Szyny uginają się choć to tylko

upał roztapia asfalt

 

Wisi nad nami sznur

i każdy może pociągnąć

 

Motorniczy nie wyjdzie

i nie da po pysku

 

Bo motorniczy to dzisiaj

wątła dziewczyna (zaraz po studiach)

 

Po tamtej stronie torów ogródki działkowe

Kiedyś o zmroku całowaliśmy się tam z języczkiem

 

Gruszki rwane na dziko palce w syropie ciszy

Trzeba tylko minąć ulicę i zejść nad stawy

Trzeba odkodować ptaki

 

 

Akty niedonoszone

 

Co nam zostanie z kamyka szlifowanego w serce?

 

Może szum rzeki albo wspomnienie sierpniowego

słońca zatopionego w bursztynie skóry

 

Tędy biegła droga a tam leży noga świerszcza

porzucona w ferworze walki

 

Patyku wielofunkcyjny Proco jaszczurko

wijąca się w zaciśniętej dłoni chłopca

 

I ty piaszczysta polano!

 

Jesteście tylko aktami donoszonymi

niewinnych zabaw dziecięcych

 

Śladem rozkruszonym

 

w tajemnicy czasu

 

 

Pin It