Beta Kieras - wiersze

 

Erno Erb - Lwowskie przekupki
Erno Erb - Lwowskie przekupki

 

 

trening

w temperaturze pokojowej wdycham dobre powietrze
wydycham związki nieorganiczne zbyt osobiste
żeby łączyć się na nowo w parę rozmowa o naturze zła nabiera rozpędu
zahacza o sawannę gdzie ludzie lwy zjadają ludzi słabiej umięśnionych
co jest konieczne i wynika z szeroko pojmowanej miłości
do wszystkiego drapieżnik też prowadzi bogate życie
uczuciowe między posiłkami a syty okazuje
wrażliwość na bujność traw i smutek marabuta

w poszukiwaniu wspólnego języka
silniejszym wyczerpuje się cierpliwość
na pierwszym ostrym zakręcie w ból który w ich mowie
brzmi mniej płaczliwie i krótko więc zaczynają się śmiać
z niezrozumiałych dźwięków bo śmiech radzi sobie
z podziałami gdyby każdy wprawiał się w nim od dzieciństwa
można by rozlewać mleko po całym wszechświecie
choroby przebiegałyby pogodnie jak gra w berka
zdradzani wyskakiwaliby z jednej komórki w drugą
do wynajęcia a głód a strach byłyby tylko po to
żeby ćwiczyć mięśnie twarzy

już dość
to nie tak
a jak
nie wiem nie wiem jeszcze nikt nie wymyślił lepszej wymówki
niż Wisława Szymborska

nie wiem jak dojść do siebie i gdzie to jest
nie wiem czy kiedykolwiek tam byłam
nie wiem po co żyję ale spróbuję żyć
wbrew prawom przyrody tak jak się urodziłam
z podatnością na cudze łzy
bez zgody na cokolwiek zwykło się zdarzać
w najgłupszej z wiar że zabijanie wymknęło się Bogu
spod kontroli

 

 

dlaczego nie

gdybyż śmierć się śniła przez podziemne kuchnie
pod zielenią wód gdybyż jej się chciało zaprowadzić
ciebie mnie tam gdzieśmy mieszkali odkąd pamięć
nauczyła nas wybierać z kart dobry adres dzień
najszczęśliwszy do przebycia jeszcze raz i jeszcze
raz gdybyż śmierć drogi nadłożyła zamiast wracać
po kolejny worek żeby porzucić go na środku nocy

chciałabym zasnąć aż do tamtego domu do widoku
z okna wszystko mi jedno z której strony patrzeć
na ogród albo na stół dębowy i zajęte krzesła
zapomnieć jak bardzo bywałam dorosła jak przed miłością
odżegnana przez życzliwych ludzi czyniących mi zmarszczkę
na czole godziłam się z życiem byle jak byle z kimś wstawać
z martwych ze strachu z głupiego strachu

gdybyż śmierć się śniła w oczach wciąż zajętych innymi
oczami gdybyż nie zostawiała nas na przedwieczność
oddzielnych rozbudzonych po światach zaświatach


pokruszonych

 

 

bezcień

kiedy mówisz dobranoc śmierć przychodzi
staroświecka niańka w jednej dłoni trzyma sen
lekarstwo gorzkie drugą usta zakrywa
żeby przywabić ciszę.

trzeba się rozstać zostawić świerszcze i kroplę
wina w kieliszku uwolnić chwilę z ramion
przekręcić w oczach srebrne klucze

zasypiam późno i szybko
tak powinno się umierać

 

 

***

boisz się że oślepniemy z tej jasności
i będziemy fruwać po omacku
że raj to Heathrow tylko większe i lepiej oświetlone
przeciw terrorystom a my w tym raju - uwolniona zawartość
skórzanych walizek

nie mam nic do gadania
jeśli oclony bagaż rozrzucą w powietrzu
to trudno ale chciałabym usiąść na jakimś brzegu
wsunąć stopy pod fale czekać aż słońce zajdzie mi
pod skórę i przywabi wszystkie cienie

 

 

afirmacja

miłość do siebie wybito matce razem z okiem
więc wybrała mężczyznę który widział niewiele
zdrową skórę szerokie biodra piersi białe i pełne
mogła jeszcze rodzić a nowe dziecko było potrzebne
najlepiej drugi chłopiec żeby wychował się do zadań specjalnych
na lądzie albo na morzu w powietrzu gdyby Bóg pozwolił

byłam trzecia  równie nieudana jak poprzednie ale żywa.
mój ojciec Odys pisał zza wielkiej wody fantastyczne historie
dla oczytanych nim kobiet później przybijał do brzegu
matkę i mnie na końcu chciał coś powiedzieć umierający
zawsze chcą coś powiedzieć dlatego trzyma się ich za ręce
i puszcza łódkę w niepamięć żeby płynęła lekko bez winy

miłość do siebie wybito mi raz i jeszcze raz, i jeszcze
wyrwano z włosami nie znajduję metafory obrazu słownego na tyle
by można mu było zaufać toteż opowiadam jak było
bez niezbędnych w poezji niedomówień a  może jest inaczej
może za wiele poezji się stało jak na zwykłe życie
kawał naturalistycznej prozy

wiem tylko że można kochać po wszystkim
bez tej poprawnej gabinetowo samoakceptacji
od której jabłka przestają się marszczyć i unikają brunatnych plamek
aż do zimy tak jak kochałam matkę gniewnie odsuwającą od siebie piękno
żeby nikt nie wypatrzył szklanego oka jak ona kochała wbrew przykazaniu
z naciskiem na bliźnich zabliźnianych bliźniejących nie wiem zresztą
czy wbrew może jak siebie samego  jest porównaniem podpowiedzią
gdy bez jakiejś miary nie sposób zobaczyć

 

 

Hej, Mamo,

rok temu słońce wchodziło pod skórę i topniałam, a teraz tyle chłodu mam w sobie, że zanim wybiorę z szafy ubranie, muszę przyjrzeć się ludziom za oknem

ciepło stało się wspomnieniem do oglądania, wierzę w nie, ale nie czuję, podobnie z radością - robi mi się zimno, kiedy sobie przypomnę, jak drwi z krzywdy, jak hałasuje w dniach żałoby

postarzałam się, wiesz, mogłabyś uczyć się ode mnie goryczy,
mam twarz całkiem rozczarowaną, wypłukaną z kolorów, jakie
przepływają przez skórę, kiedy krew jeszcze krąży w okolicach
serca, nie umiem się śmiać od jesieni i oczy mam obce jakby ktoś
z nich mnie wypatrzył całkiem

jeśli się spotkamy, trzeba będzie ustalić, która z nas jest dzieckiem

boję się, że utoniemy we łzach

 

 

suczy wiersz

ślepnie pies potyka się na schodach
i muszę go nieść tak dobrze zna moją twarz
że trafia wciąż jęzorem w nos albo do rąk
gdy potrzebują go pogłaskać

śni coraz dalej niechętnie wraca z pieskich mórz
czasami wybudzany pokazuje kły ale wybacza strach
bo wie że widzę mniej a jeśli już zobaczę to nie wierzę

taki na opak mamy czas to ja na niego czekam
pod zamkniętymi drzwiami i daję głos żeby zaszczekał

 

 

drzewostan

wycięto mi migdał na żywo bo pamiętam
ból wycięto drzewo za oknem później las
za torami drzewo wchodziło w sny sąsiadów
chorowali z ciekawości las zajmował miejsce
pod budowę centrum handlowego zrobiło się jasno
odkąd zniknęła góra

wycięto mi matkę zapomniałam jaka była
zanim wstawiono łóżko z dzieckiem myślałam
że to dziecko umarło a umarła kobieta
za mądra za ładna na przewijanie
ojca wycięłam sama raz się przyśnił
żeby przesłuchać

wycięto fragment jak wskakujemy
do pociągu w ostatniej chwili i zostałam
z pękniętą struną gitarę anieli wzięli

a później mnie powycinano żeby wkleić
inne zdjęcia jeśli się uchowałam na którymś
to z wąsami brodą strasznie śmieszna

ale nie z korzeniami
nie

 

 

przez wiersz

jest wieczór i mała lampka rzuca na nich
światło z dawnych obrazów nie patrzą w lustro
naga kobieta trzyma w ręku białą koszulę
mówi coś do mężczyzny a on odpowiada
nie widząc małych piersi wciąż krągłych bioder
z których poruszeń brały się kiedyś duże mokre
i ciepłe dzieci

gdyby zniknęła szukałby głosu
miarowego oddechu jak szum morza
podchodzący w ciemności do okna żeby uśpić
wszystkie te dźwięki wybuchające w głowie
kakofonie zapowiadających się chorób
albo wybryków białka pustoszących pamięć
wokalizy śmierci gdy jeszcze trzeba naprawić dach

jest wieczór i mała lampka rzuca na nich
światło z dawnych obrazów patrzę w lustro
mężczyzna siedzący na brzegu łóżka
słucha nagiej kobiety jej słowa nie przenicują świata
na mniej zużytą stronę nie ocalą przed sztormem
starej spróchniałej łódki ale płyną spokojnie
przez wzbierającą noc i docierają do lądu

układam oboje

 

 

choćby sam Budda pękał ze śmiechu

to wszystko było
było

zagony szczawiu kuszące jak rozmowy o seksie
weranda pełna dzieci kobiety mężczyźni tak ślepi
że zakochani do śmierci jeden raz
gniew słuszny i krótki jak letnia burza deszcz łez
tęczowe zajączki na barokowych twarzach świętych
gdy długa nudna msza i przylepiony do podniebienia
kawałek opłatka na zaś

to wszystko było
było

nie do rozróżnienia ja czy ty
aż ludziom się myliło kto komu umarł
barykadowanie drzwi
gdy świt przychodził po ciebie

to wszystko będzie
będzie

matka pachnąca Soir de Paris z tamtym mężczyzną
który wciąż czekał choć ojciec wypalał łąki na jej sukienkach
i my na schodach w jedno zdarzeni
i inne pospiesznie kończone historie jakby się Bogu spać zachciało
od szczęścia

teraz jest wiersz
stary wierny pies który wierzy że po niego wrócą

 

 

wyłącznie osobiste powody

hej schizofrenio

jestem

słyszę czego nikt nie miał na myśli
pamiętam co mówili chociaż nie powiedzieli
nie podoba mi się co się podoba
czytam co już czytałam choć jest
niepowtarzalne i krzyczę ścianom do uszu
niepokojące wyrazy

śmieszy mnie to co wzrusza
przeraża wąskotorowa kolej rzeczy
landrynek boję się jak trucizny
ukłuta robię z igły widły i tracąc zmysły
niebywałe mylę z banałem

piszę wiersz a w Berdyczowie rzeka wzbiera
mruczą na mszę pokutną za obłąkaną duszę

witaj

przy tobie jest co się wydaje
i wolność odzyskują twarze piękne niepiękne
przerażające bo prawdziwe jakby je pijany malarz
ukradł śpiącym

 

Pin It