Bohdan Wrocławski - jeden wiersz (Urodzony w nocy)

 

wroclawski fot walter

 

 

Prawdopodobnie ktoś kto urodził się w środku nocy

w momencie w którym wiatr przyciska oddech do ziemi

a stada średniowiecznych czarownic

opuszczają nas

 

zrozumie

 

nadszedł czas sztormu 

najbardziej intymne sny cofają się w głąb lądu

śpimy w  zdumieniu które charakteryzuje

niemowlęta z zaciśniętymi koło głowy piąstkami

 

nikt nie grzeszy grzech pierworodny

został zmazany lub zaginął tak

jak ginie echo wśród oszalałych

piasków pustynnych

 

powoli wymijamy się z naszymi pragnieniami

potrzebą biegania na bosaka po porannych trawach

osypanych rosą

chęcią trzymania kobiecych dłoni

przy swoich wargach

 

oddechem

starszym niż groty skalne na obrzeżach Pienin

 

w gruncie rzeczy

wiecznie budzi się w nas to

co jest najbardziej kruche

 

jakieś gesty na peryferiach cywilizacji

imperium rzymskiego odłupane fragmenty ceramiki

na których nie zdążyliśmy zapisać własnego imienia

z nadzieją że odczytają je inni

 

klucze bocianów

w ciągłej wędrówce między kontynentami 

cień nieuchwytnego natchnienia

które czasami odwiedza nas w dni świąteczne

 

ale przecież dostrzegamy to aż nazbyt wyraźnie

umierają wiersze

ich skrzydła trzepocą nerwowo

w poprzek naszej zadumy

i rozwieszonej w kącie pajęczyny

 

lub odwiedzają

pola bitew pełne rudych mchów

w ciszy tak skondensowanej

że nikt nie może jej odczytać

 

pragniemy powracać nawet wtedy

kiedy zamarzną w nas

wszystkie nie odczytane myśli

 

milczysz zafascynowany swoją obecnością

palce w głębinach odczytują ostrość wrzosów

traw nadbrzeżnych

pawich oczu na skrzydłach

schnącego od wiatru motyla

 

rdzy rozkładającej nasze wzruszenia

 

trzeszczą poszycia dachów pęka więźba

niczym bukiet rozlanego mleka

stygnie niebo osypane spróchniałym drewnem

 

w poprzek naszych ciał otwierają się autostrady

w  upalne poranki wysycha krwioobieg

alfabet zbyt ciasny abyśmy mogli w nim

zapisywać nasze zdumienie

 

być może

 

tymczasem spadł pierwszy wiosenny deszcz

na krawędzi dachu starego domu usiadł anioł

ruchem pełnym zniecierpliwienia

poprawiał opadające pióra

 

był garbaty

 

coś szeptał zbyt jednak odległego

od czasu w który zabłądził

abyśmy stojący na poboczu jego westchnień

mogli to odczytać i zrozumieć

 

jego twarz rozkapryszonego dziecka

nieskoordynowane ruchy skrzydeł

krople uderzające w rynnę ich muzyka

w środku gwarnego miasta

dotarły do mnie w tym czasie

kiedy niebo spurpurowiało

od wysiłku zachodzącego słońca

 

zrozumiałem nigdy nie uda mi się odlecieć

skrzydła nasączone wodą i niespełnieniem

w czasie zamieci śnieżnej przemarzły

strzępią się

z nich kolorowe sny fantazyjne piaskowe wydmy

zamki

 

ołtarze

składające się do wewnątrz rozgorączkowanego ciała

szkwał oczyszczający maszty

z resztek żagli i naszej zadumy

 

cóż można czcić bardziej od własnego pogaństwa

i barbarzyństwa

 

milkną w nas pałace Rzymu

błagania gwałconych kobiet  dym pożarów

oczyszczający ulice z zarazy

galerie pełne

wyobraźni starych mistrzów

 

cóż można czcić bardziej od własnej niechęci

 

być może nic nie znaczące skrzywienie warg Hamleta

kłus małych tatarskich koników

dochodzący do naszych pragnień

ze środka średniowiecza

 

stosy palonych przyzwyczajeń

cywilizacji osieroconej z naszej godności

ciał niebieskich wypalonych przerażonych

brakiem światła i tlenu

 

wiecznie krążących wokół obojętności wszechświata

 

jak my spadający ze szkolnych tablic

w głąb własnej dorosłości

 

wiecznie szukający miłości i spełnienia

Pin It