Małgorzata Lebda - wiersze

 

Leon Wyczółkowski
Leon Wyczółkowski

 

 

przedwiośnie: pierwszy oblot

 

obserwujemy słupek rtęci (słońce przywróciło skórze ojca

kolor mahoniu) do wiader wlewamy wodę wkładamy słomę

i idziemy w pasiekę poić owady

 

ojciec otwiera ul pokazuje matecznik i czerw pszczoły

są agresywne przez warstwy ubrań dosięgają naszych ciał

musisz być uważna i wsłuchiwać się w natężenie ruchów

 

w domu przykładam do napuchniętych miejsc szare mydło

we włosach czuję powolne ruchy owada

 

 

czerwiec: krew

 

zastaję siostrę w kuchni z głową pochyloną nad zlewem

z nosa cieknie jej gęsta krew czerwona linia prowadzi

przez deski podłogi do wersalki odchylam jej czoło

ścierką przecieram usta

 

do sieni wchodzi ojciec z pokrwawionym zającem

bierze w dłonie twarz mojej siostry widzę jak krew

zwierzęcia i krew mojej siostry mieszają się

 

 

twarz: lekcja malarstwa

 

pod lasem umarł stary przyjaciel ojca

odwiedzaliśmy go zimą jego dłonie przypominały

szpony drapieżnego ptaka na gliniane spodki nalewał

spadziowego i klaskał widząc oklejone słodkim twarze

 

szeptał bowiem jak przekonywał ojciec w jego gardle

zamieszkało złe więc jeśli się modlić to za to jego gardło

a przeciw temu co tam mieszka

 

to od niego dostałem pierwszy rój mówi ojciec kiedy

wspinamy się polami aby ostatni raz dotknąć jego dłoni

 

w zimnej izbie przyglądam się zasuszonej twarzy

przyjaciela mojego ojca myślę o malarskich zapędach

śmierci o tym w jaki sposób wydobywa cienie

jak ostrożnie rozdaje barwy

 

 

sierpień: róż

 

nagie kobiety oglądamy na dachu kombajnu

pozostawionego na skraju wiśniowego sadu

gazety należą do naszych braci zostawiamy

je tam na noc

 

rankiem wdrapujemy się na maszynę

rosa zajęła papier i ciała kobiet

przypominają teraz różowe

mięso świni

 

 

las: wejście w chłód

 

w las wychodzimy przed wypuszczeniem krów

ojciec odpala klubowego zaciągam się psy wybiegają

przodem po chwili w naszym kierunku biegnie sarna

dopadają ją na katolikowym polu wracają we krwi

 

za dziołami wchodzimy w chłody bagna podobno

to tu topiono partyzantów natrafiamy na gniazdo

kani

 

na werandzie wyciągam ojcu kleszcza

spod piersi następne w kolejce są psy

 

 

nawojowskie lasy: wścieklizna

 

wynoszą ją z lasów osowiałe lisy ich powolne ruchy

zapowiadają kres teraz możemy przyjrzeć się ich lśniącym

oczom bowiem podchodzą pod okna to wszystko musiało

zacząć się w nawojowskich lasach

 

nasze psy na jesieni nie przyjęły szczepień są dotknięte

mroźnym rankiem znajdujemy je w sadzie już chłodne

naokoło widzimy wygrzebane łapami głębokie dziury

 

 

Małgorzata Lebda

Matecznik, WBPiCAK Poznań 2016

 

Pin It