Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

Rozmowa

 

Przekornie obdarzyła w ból, matka natura

Te postaci co szepczą, a mogłyby głośniej

uskarżać się, zawodzić, lub aby coś wskórać;

zamknąć słowa w kadencję i przestrzeń w przenośnie.

 

Czasami się odzywa niespokojne echo

(czegoś, co już zmartwiało w pełnym zapomnieniu),

i monolog zostaje niepewną pociechą,

a dialog się zasupłał i w inny świat przeniósł.

 

W takim bólu znajduję nieporadność myśli,

w zbytniej powściągliwości, nie trafianiu sedna,

że sensu nawet nocą nie pojmiesz, nie wyśnisz,

(z monosylab chłód  ciągnie i trudno je zjednać).

 

Niezwerbalizowane myśli nic nie znaczą,

Słowa mogą coś kończyć lecz mogą też zacząć.

 

 

Rozdygotanie

 

Zgubiłem cię tak, jak się gubi drobne,

czasami adres, numer telefonu.

Wiem, że to strata, lecz nie jest mi chłodniej,

w stres nie popadam, nie użyje dronów,

by cię szukały po wszystkich zaułkach.

 

Patrzący z boku, będą pewnie gadać,

że drań i łobuz, że z kwiatka na kwiatek,

a ja się nie mam zamiaru spowiadać.

Wcześniej niejedną przypięto mi łatę

(z innych co prawda powodów - niestety)

 

Zresztą już dawno odniosłem wrażenie,

że chcesz się zgubić (sama wiesz najlepiej).

Gdzie? Bez znaczenia. Zwykłym majaczeniem

dociekać miejsca – w hotelu, czy w sklepie,

lub w innym miejscu i o obcej porze.

 

Nie pilnowałem, wychodząc naprzeciw

kurtki, portfela, czy tylko kieszeni.

Niechaj się zgubi, co pragnie odlecieć,

zwłaszcza gdy późno i nie można zmienić

biegu  spraw dawnych, czy choćby wczorajszych.

 

Lecz gdybyś jednak chciała się odnaleźć,

rozgrzać choć trochę własnym przytuleniem,

daj znać przez jakąś najbliższą centralę.

Wiesz. Przemyślałem. Na pewno się zmienię,

bo mi bez ciebie świat się zachachmęcił.

 

 

List do Pani Romy

 

Czy życie mi się śniło, czy było naprawdę

/ Walther von der Vogelweide /

 

Tak wciąż się dzieje (skąd to znam?), na przekór planom i marzeniom,

że poznajemy kruchość szkła i żadne kleje nic nie skleją,

a zwarta całość (czemu, jak?) rozpada się na wiele wątków

i żeby znaleźć nowy sens, trzeba zaczynać od początku.

 

Do ładu jakoś trzeba dojść, ze sobą samym, moja droga,

owinąć w ciszę nocy, dnia, we własnych się ułożyć nogach;

pokłócić z drugim swoim ja, niech zastrzeżenia nam wyłoży,

może ma rację, może nie, lecz nie zaszkodzi się ukorzyć.

 

Gdy nie ma świadków, potrzeb brak, by sztucznie w czyjąś wchodzić rolę,

złym wizjom trzeba zadać kłam, rany zostawić do zagojeń,

i w taką jasność sensów wejść, świeżych i wolnych od powtórzeń,

że się rozpali wiosna w nas, a wszystko będzie kwitło dłużej.

 

A gdy osiągniesz taki stan, wszystko na miejscu poukładasz,

Zaproś mnie kiedyś w wolny czas: świece, kominek, śmiech i alasz.

 

 

List do Marzeny

 

Muszę pisać dość szybko, choćby z tej obawy,

że wzrokiem mi uciekniesz na fałszywą stronę

i biec będziesz uliczką, chodnikiem dziurawym,

w zaułki gdzie wciąż skrywam własne niepokoje.

 

Coś zapewne przemilczę, lecz jedno ci powiem

(niech trwa w nas ta nostalgia wiosennych uniesień),

znów zakwitły przy domu wyrosłe magnolie,

a powój wielobarwny coraz wyżej pnie się.

 

Nadto wciąż ożywają z lat dawnych starocie,

rzucone na poddasze, ukryte w szufladach

i znajduję w tym nawet wiele różnych pociech;

przeglądam, powspominam i czasem pogadam.

 

Zaklinam rzeczywistość zawsze w czasie przeszłym,

o aromat lat dawnych dbam, by nie wywietrzał.

Cóż, że się nam drogi cokolwiek rozeszły:

przecież dzieli nas tylko tkanina powietrza.

 

 

Neurasteniczność

 

Wciąż wyrywam się z siebie i zbaczam nagminnie

w rejony poszarpane nagłością wydarzeń

jakbym  czuł, że odnajdę jakieś życie inne,

którego nie zmyślili różni arcyłgarze.

 

Wciągam się w przypadkowość radosnych  zaśpiewów,

gdzie miłość jest zbyt szybka by coś z niej ocalić

i pośród przypadkowych  budzę się noclegów,

budując z blizn zebranych  własny minimalizm.

 

Pochylam się ku rzeczom skazanym na przeszłość,

na margines wydarzeń i taką samotność;

że tylko stół koślawy,  rozespane krzesło,

maski nieużywane - zapatrzone w okno.

 

 

Urodzinowy list do Zuzanny

 

Na pewno już nie wierzysz  w  samotne księżniczki,

Wzdychające za młodym, zuchwałym rycerzem.

Czasy też dziś nie służą postaciom epickim

I w minioną czarowność nikt nas nie zabierze.

 

Choć myślę, może warto, stale w sobie nosić,

Sploty tęsknot z dzieciństwa, coś z bajkowych marzeń

I pilnować by nikt ich nie zranił, nie spłoszył;

Takie łątki na ciemno-krwistym nenufarze.

 

Nie to jest najważniejsze, że nosisz buławę

Własnego przeznaczenia (i to dość świadomie),

Ważne, byś omijając kurz życia i zamęt

Dostrzegała żar lodu, czy zbyt zimny płomień.

 

Dzisiaj wszystko przed tobą, świat w jasnych zamgleniach

Jeszcze pąk bawi oko przed barwnym odkryciem,

Lecz słońce wszystkie kwiaty wydobywa z cienia

Na łące przeogromnej. Mówią o niej – życie.

 

 

 Tęsknoty i ułudy

 

 Annie Grabowskiej

 

„…wiem, ze nie dotknę ramionami nieba…”

/Safona  B.App. 8/

 

To wiersz dla ciebie - jeśli chcesz. Na wargach osiadł smak tymianku;

choć całowałem tylko deszcz, mijając dziarskich bawidamków,

 których rechotem dławił się czas zasypany tuż przed progiem,

za którym stojąc (czy to źle?) zdejmowaliśmy  z siebie trwogę.

 

Próżne uczucia, gdy już wiem, ze każdą  miłość można zburzyć,

Jednak się da wyłowić sens (lecz wtedy trzeba kochać dłużej

o trzy zdrowaśki, dzwonu dźwięk); drzewa z koroną rozkołysać,

w mrowisku zgubić obcy cień,  usłyszeć czego nikt nie słyszał.

 

Ten stół, to krzesło obok nas - o życiu pewnie chcesz pogadać,

a ja dostrzegam tylko blask, który cię oplótł jak ballada

którą śpiewałaś  pośród skarg, zanim w dorosłość tak okrzepłaś,

że chętnie bym cię w dłonie brał i odrobinę oddał ciepła.

 

Lecz nie znajduję w sobie sił - zamiast budować, tonę w zgliszczach

i miłość już się nie chce tlić, żadna tęsknota się nie ziszcza.

Więc może lepiej wzburzyć krew (krzew się odwiecznym ogniem pali);

coś trzeba oddać, by coś mieć - coś zgubić, żeby coś ocalić.

 

 

Wieczór w Pradze

 

Roztańczyłem się. Noc bladła.

Tam, do diabła

- wzrok już mnie całkiem omamił:

Ile deszczów, ile śniegów

wiszących nad latarniami?

A to trzeba takiej chwili

z chwil tysiąca:

jakiś pomnik się pochylił

jakby pląsał,

wyszczerzyły się radośnie maszkarony:

mało takich, jak ta dzisiaj, chwil szalonych.

 

A ten śnieg co zawisł cicho

grozi palcem,

jakaś jejmość rozdawała dziś kuksańce,

a ten deszcz to w końcu nie wie

czy ma padać

(jest nadzieja, że ze śniegiem się dogada),

więc latarnie poczekają biało-złote.

Jakieś dziewczę w ciszę wdziera się z chichotem.

I rozbija się ten chichot wprost o ściany,

o latarnie, o spóźnionych, o zawianych.

 

A we mnie wszystko wciąż tańczy,

radość się ślizga w buciorach

i płyną latarnie Wełtawą

prosto pod most Karola.

 

 

Ballada dla starszych

 

Już na to za późno,

by z rączym się ścigać bachmatem.

Ponury to żart

lecz codzienność bezczelnie z nas kpi;

a mnie się wciąż śni

że beztrosko popijam gdzieś „latte”

i dziewczę tuż, tuż

(co do dziewcząt, zwyczajnie, mam fart).

 

Cokolwiek by nie rzec

jesienne tkwią we mnie nastroje.

Ławeczka i park,

lecz po diabła, gdy lepszy jest gin;

bo mnie się tak śni

że to jeszcze nie koniec upojeń.

Orkiestra wciąż gra,

na parkiecie króluje znów twist.

 

Więc nie ma potrzeby

Co rano ustawiać pasjansa.

Czartowi nie w smak

nasza rześkość, czy drobny gdzieś flirt;

bo mnie się wciąż śni

z nowym dniem budująca się szansa

i żaden krok w tył,

no bo kiedy, jeżeli nie dziś.

 

 

Pin It