ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia

 

 

 

Tadeusz Zawadowski


W moim ogrodzie ii


Wieczorem kos na jodle odmawiał modlitwę
mrówka na liściu dziewanny uklękła
i zmówiła pacierz


z dala głos dzwonu
niczym odgłos burzy
wzywał jaskółki na wieczorne modły


Bóg chodził po ogrodzie
i rozdawał hostię
a w niebie aniołowie
wili wianki z mięty
jak paciorki różańca
pachnące nadzieją


i byłem taki mały
że mnie aż nie było

 


X X X


przyszła do mnie mama
była taka mała
że zmieściłaby się
na mojej dłoni


ale w niej trzymałem ciastko
które mi przyniosła

 


Rozmowa z trupem


Umarli póki są żywymi
nie zwracają niczyjej uwagi
śpią nocą aż do rana
piją kawę czytają gazety
całkiem jak żywi
Ani im w głowie że prawie umarli
ani im w głowie że to może jutro


Siedzę na ławce w parku
przy jutrzejszym trupie
a on mi opowiada co będzie za tydzień
jakby zapomniał o dacie pogrzebu
że trzeba gości zaprosić
przygotować stypę
Tak zapatrzony w dzisiaj
tak nieznośnie żywy
wydaje mu się że jutra nie będzie
a jeśli nawet przyjdzie to pod inny adres


Siedzę przy przyszłym trupie
on myśli to samo...

 


Po wszystkim


półki z książkami
zdjęte ze ściany


jakiś bezdomny
chodzi w moim swetrze


już po wszystkim

 


Późniejsze wczoraj


Nie ma już jutra
Wszędzie panoszy się późniejsze wczoraj
Chwila gdy piszę te słowa
Już do mnie nie należy
Tylko do przeszłości
Jest jak czarna dziura
Co zobaczy wciąga w siebie
Każdą myśl obraz ptaki mi powietrze
Drobinę kurzu i kamyk na drodze
Wszystko to z jej królestwa
Ja też z niego pochodzę
Napisano bowiem urodził się
Chodził do szkoły pisał wiersze
Wszystko w czasie przeszłym
Ani słowa o przyszłości
Tylko to co było
Należę do gatunku wymarłego
Jak dinozaury
Archeolodzy będą po latach dopasowywać
Moje zęby do żuchwy australopiteka
Lub innego prajaszczura


Późniejsze wczoraj już nam sie przygląda
Odmierza waży i wciąga na listę

 


Małgorzata Zienkiewicz


Gdy odlatują żurawie


mój notes telefoniczny powoli zamienia się w cmentarz
październikowe poranki przywołują pochody śmierci
czaszki bieleją w zagięciach pościeli
a bracia mgławicowi
nie szepczą o śpiącej królewnie


za szybą olcha konarami przegania chmury
liśćmi spadają z niej kochankowie
ziemia wchłania ich po kolei


klucz żurawi zamyka okno świata
malując okiennice na szaro
dzwony kościoła garnizonowego
nie głoszą zmartwychwstania
z tym trzeba aż do wiosny


wieczór zapowiada sprzyjające wiatry
wzlecę z nimi ponad głowy gwiazd
mistyczne figury zodiaków i świętych
aż stanę się pochodnią
w asyście Księżyca
który ciągnie za fale nawet Morze Martwe

 


Zaklinacz irysów


kiedy ze spracowanych dłoni wypuszczał uśmiech
słońce zlizywało mu pot ze skroni
pielęgnując irysy ściągał kolor z tęczy i zaklinał płatki


król kwiatów i producent winogron bez zmarszczek w życiorysie


wiosną czarował tkankę gleby
płodną od nadlatujących bocianów
tkał dywany z bratków
mamił chorobliwie wiotką maciejką
porastającą zbocza na wzór dzikiej koniczyny
i choć tulipany popijały z kielichów jego zdrowie
a wędrowne ptaki układały pieśni życia
nie doczekał lata
konał w rzędach konwalii gdy zabierali mu ogród
wciąż niedokończony
gorączkujący złudzeniami po świt


jeszcze powierzył mu żale
obmył stopy w porannej rosie
i powędrował przed siebie


znaleziono go w parku wrośniętego w jarzębinę

 


Gracje


Gracje
było ich pięć
pierwsza Ewa nie powstała z żebra Adama lecz z morskiej piany
falami rzeźbiła sylwetkę nim stała się Afrodytą
powiadano że między udami ma kopalnię złota
a talia osy paraliżuje żądłem
każde względem niej skąpstwo
druga dookreśliła położenie w stosunku do trzeciej
oraz innych bliźniaczych planet
na świat przyszły razem pod okiem Merkurego
stając się grzeszne jak Sodoma z Gomorą
choć zróżnicowane kolorem skóry
i zapatrzone w przeciwne kierunki
przekrzykiwały siebie zajadle
aż ta która lubiła być górą
zdarła gardło
czwarta wypadła z głowy Zeusa
lecz nie nazwano jej Ateną
tylko Zofią
tkwiła w sobie po uszy
a towarzysząca jej księga przemian i kamień filozoficzny
zakleszczyły głowę na amen
okresowo głupiejąc stwarzała zagadki
najczarniejsze z nich nosiły stygmaty szaleństwa
by ukryć brak rozwiązań


najmłodsza Małgorzata zamieszkała wśród nagich ścian
z mistrzem samozwańcem i klepsydrą
prześladowana przez jego obłęd
uciekła jak od złodzieja dusz
przygarnięta przez cztery gracje
od niedawna żyje w obrazie
bez meldunku
z miotłą u boku
w każdej chwili gotowa odlecieć

 


Wiosną rośnie mi coś na kształt trzeciego oka


od kiedy noszę smutek jak sól pod powiekami
coś ściska ramiona by nie wyrosły skrzydła
w głowie Camille Claudel stoi po kostki w wodzie i ekskrementach
stworzona z gliny i miłości o twarzy Adjani
błogosławiona szaleństwem pomiędzy szalonymi


czasem rośnie mi coś na kształt trzeciego oka
bo parą ślepaków nie prześwietlę ścian
nie przeniknę muru
nie uzdrowię własnej gwiazdy
chorej od pyłu na zgniliznę płuc


Claudel wychodząc z głowy
pomaga mi wylać z siebie płyn hamulcowy
i przywdziać buty Ikara
twierdzi że gorzkie gody umarły na suchoty
albo od cholery
że idzie wiosna


czeszę więc skołtunione włosy od naiwnych myśli
i czekam
może wciąż na Rodina

 


Liście jesieni


wiosną ze szczelin ziemi wylatywały ptaki
poniżej pępka umierała pieszczota
słowa obrane z czułości zamykały się jak kielichy kwiatów
powtarzałeś przewietrzsiebie przewietrzsiebie
zima odeszła
siedziałam jakbym grzała pingwinie jajo


latem przemierzałam Szeroką
wysypując piasek z kieszeni
uwolnione myśli wiązałam w supeł
szkielet miasta skwierczał w słońcu
gdy wyrosłeś w bramie
mówiłam lecz język pieścił tylko siebie
spojrzałeś na zegarek
kiedyś czas nie był widzialny


dziś Nat King Cole przyniósł bukiet jesiennych liści
te za oknem uciekają spod kontroli drzew
buchając kolorami od żółci po grafit
wiatr grając na nich nierówno ciska w piach


gromadzę cienie za plecami
zimowe zapasy z paru kochanków i kilku gramów miłości


zanim ptaki znów wlecą w ziemię

 


Marlena Zynger


Zniewoleni


zasoby są ograniczone
lub na ten czas niedostępne


stworzono więc
wirtualny świat
chłonny
alternatywny


spacyfikowano realne potrzeby
jak niegdyś faraonowie wykorzystywali naturalne zjawiska
by lud nieświadomy szedł na klęczkach


współcześni faraonowie
są nawet hojni


rozdają ziemię w grach
tudzież skarby i trony
ilość obojętna


pozwalają siać sadzić świętować zbiory
powiększać majątki


prowadzić krwawe wojny
rozkoszować się zwycięstwem


i dzielić się wszystkim
w każdej chwili
podczas zbliżenia w sieci


można nawet otrzymać od nich
w internetowej przestrzeni
nieskończoną liczbę żyć


do wirtualnego pakietu dodali gadżety
modny pośpiech samochody i komórki


zbuntowanym serwują prozac

 


Racja potrójna


trzy piękne
trzy inaczej uduchowione


trzy kobiety
jak trzy boginie Olimpu
mężczyźnie objawione
w ogrodzie Parysa


trzy gracje
trzy inaczej uwielbione


i jabłko dandysa
dla wybranki


trzy męskie namiętności
trzy jego kochanki
i trzy racje
wolą natury połączone
męstwa miłości i mocy obietnice


rozłączone przez zazdrość
córkę nocy
zemstę i pożądanie
a może los
bądź efekt tradycji lub wiary


i on
z jednym jabłkiem
dla stworzenia pary


on mężczyzna


z koniecznością wyboru
jednej ze swoich racji


on niedoskonały


z niepełnym poznaniem
skazującym ostatecznie
każdą decyzję jego na klęskę
a skutków wyboru
zawsze będzie mało


nie wystarczy wojna trojańska
samobójstwo i rozpacze


bo jakże rozdzielać całość

 


Jak w handlu


wszystko może być prawdą
nawet kłamstwo


dostępność rozkłada nogi
rozdaje wygodne
przyjemne w dotyku
płaszcze i maski


zaś relatywizm czeka
już od progu
z certyfikatem skuteczności w lewej
znieczuleniem w prawej dłoni


bo w sklepie z mirażami
wszystko jest możliwe


wychodzimy więc
z pożądanym uśmiechem beztroski
jak powielone Barbie i Keny


wydrenowani
czymś nasączeni
zamknięci


nieświadomi oszustwa


w biznesie bowiem
wszystko może się zdarzyć


nawet ludzki trup

 


Nadzieja


s a m o t n e m y ś l i p o e t ó w
rzucone za siebie rozmnażają się


s ł o w a o c a l a ł y c h
jak niegdyś kamienie Deukaliona i Pyrry


jeśli padną na właściwy grunt
s t w o r z ą l u d z i

 


Pocałunek


całuję zatajone marzenia


pieszcząc przymknięte powieki przewrotnie
niby mimochodem snu dotykam ustami
delikatnie kosztując


choć mogłabym zjeść


pocałunek bowiem jest balansowaniem
pomiędzy skrajnościami


zezwoleniem a powstrzymaniem
zamysłem a nieświadomością
dobrem a złem


muskam Twoją wyidealizowaną rzeczywistość
subiektywną kreację
mierząc się jednocześnie z empirią zastaną
ciepłą skórą nagrzaną pulsem oka
i promieniami słońca


i uwierz


mogłabym tak bez końca


 

 

Tadeusz Zawadowski

Urodzony 12 września 1956 r. w Łodzi. Współzałożyciel Klubu Literackiego „Topola” i Klubu Twórczej Pracy „Bez Aureoli”; członek Związku Literatów Polskich. Laureat ponad 200 międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów poetyckich. W roku 1997 Niezależna Fundacja Literatury Polskiej POLCUL FOUNDATION w Sydney (w kapitule zasiadali m.in. Jerzy Giedroyć, Gustaw Herling Grudziński i Jan Nowak-Jeziorański) przyznała mu nagrodę za działalność kulturalną. Laureat nagród literackich za całokształt działalności: „IANICIUS” im. Klemensa Janickiego, 2014; „Super Cysior 2015”, „FENIKS” im. Tadeusza Micińskiego, 2016. Jest autorem ponad 1000 publikacji w ogólnopolskiej i zagranicznej prasie literackiej oraz w ponad 200 antologiach literackich. Jego wiersze i teksty krytyczne były tłumaczone na język angielski, rosyjski, serbski, chorwacki, słoweński i grecki. Jest autorem 13 tomów poetyckich (ostatnio – 2014 r. – Kiedyś – Nagroda im. Ryszarda Milczewskiego – Bruno).

 

Małgorzata Zienkiewicz

Małgorzata Pospieszna-Zienkiewicz - urodzona 30 maja 1966 r. w Lęborku. Wiersze pisze od niedawna, publikując głównie na portalach internetowych. Z zawodu dziennikarka przez lata związana z prasą bałtycką i miesięcznikiem „Pomerania”. Autorka dwóch tomików wierszy Wariacje dla Fryderyka, 2011 i Szeptoduch, 2014 , a także pieśni i piosenek, między innymi do „Wesela Żuławskiego” (premiera w Teatrze Wybrzeże) oraz do koncertu „Płonąca Gwiazdo Przyjdź”, który odbył się w Nadbałtyckim Centrum Kultury, 2014. Wyróżniona przez wydawnictwo Zysk i spółka za projekt powieści Kara przytula się do drzewa. Od 1995 r. mieszka w Gdańsku. Nie bierze udziału w konkursach poetyckich.

 

Marlena Zynger

Ewa Bartkowiak, z d. Marczewska, ur. 25 grudnia 1972 r. w Milanówku. Poetka, członek Oddziału Warszawskiego Związku Literatów Polskich, ZAiKS, Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza, Słowiańskiej Akademii Literatury oraz Movimiento Poetas del Mundo; autorka czterech tomów poetyckich każdemu wolno mówić, czas śpiewu kobiety. odsłona pierwsza, do-tykanie/ tick-touching, dwa maty i wielu publikacji w pismach literackich w Polsce i za granicą; laureatka XIII Światowego Dnia Poezji UNESCO; Wiceprezes Stowarzyszenia Promocji Polskiej Twórczości; Redaktor Naczelna Kwartalnika Literacko-Kulturalnego „LiryDram”. Więcej informacji na: www.zynger.pl i www.lirydram.pl

Pin It