Jacek Dobrzyniecki - Wiersze

 

Ryszard  Tomczyk
Ryszard Tomczyk

 

 

* * * (A nie taka mi jesteś, gdy cię trzymam w dłoni)

 

A nie taka mi jesteś, gdy cię trzymam w dłoni

za mała do orzecha, za duża do świata

przez drzewa dotykana, wiatr unosisz w palcach

 

I nie taka mi byłaś, gdy cię deszcz otoczył

zatrzymana przez piasek, zasłuchana w zieleń

że oczy otworzyłaś, mgła opadła w trawy

 

Ale taka mi będziesz, gdy cię zamknę w jaśmin

rozsypana na plaży, we mgle migocąca

igłą sosny nad rzeką narysujesz ciszę

 

Już się nie stanie - nadchodzi październik

skradzione palce pochwyciły ciszę

tuła się jesień, jeszcze w nieśmiałości

stygną powoli liście jarzębiny

 

Tak cicho mówisz - że to nie epilog

że jeszcze rzeka zapuka do okien.

I dzwoni klamka trącona niechcący

 

Pod mostem cisza - piasek zamilkł prawie

i tylko ryba podnosi powieki

spłoszona gałąź wystrzeliła w niebo

 

Pod pomnik strachu ludzie znoszą wieńce

 

 

SEN O UTOPIENIU SREBER

 

Dokąd piegża cię niesie, tam łopaty łosi

jeszcze wróżą poranek, zanim nie zakwitnie

bursztynowy pąk słońca w rozstrzeleniu powiek

z nurtów zastygłych ulic jesień się podnosi

 

Mężczyźni schodzą w ziemię, srebra toną w stawie.

Rzęsa zabliźnia rany. Staw faluje zmierzchem.

 

Sen gęstnieje nad ranem, piegża pióra stroszy

szpary lufcikom dane podchodzą ulicą

czekam, kiedy od wschodu niebo sczerwienieje

po zwrotnicach tramwajów rdza się rozpanoszy

 

 

ŻOLIBORZ

 

W trzy dni po Jom Kipur

 

Więc to ci dają? Pejzaż rumowiska

trawę pożółkłą od moczu pijaków

odór kurczaka na kaflowym piecu

dziecko zwieszone w wymiotach z kołyski

 

Więc to zostaje? Może jeszcze człowiek

w palcie wytartym, z pustymi oczyma

pełznie ku schodom na lasce oparty

przepraszająco wszystkich uśmiechnięty

 

I jeszcze jeden: sunie ku przyszłości

kłapiąc protezą stołków przy kolanach

 

Więcej nie żądaj. Starczy i do jutra

na sen spokojny w parku pod kasztanem.

 

 

UWERTURA

 

Januszowi D.

 

Zakładam ciszę. To będzie początek

a potem skarga

suszonych prosiąt w foliowych torebkach

zabrzmi po trosze

 

To nas wyzwoli. Owszem, niewątpliwie

przyjdzie zastukać w ciemną toń szuflady

brzęknie łyżeczka

na znak odpowiedzi

 

I będzie finał

i orkiestra tutti

wpłynie na powrót w milczący poranek

 

Pod koniec można

szary gest spowiedzi

Potem znów cisza i niemy fortepian

 

 

KRAJOBRAZ PRZED ŚWITEM

A kiedy wreszcie zgasną łzy czereśni

wtedy się zjawią świadkowie Jehowy

ze szpilką w dłoni, pietruszką za uchem

będą nawracać fasady kościołów

 

Kopnięta piłka toczy się przez jesień

cytaty z Biblii zasychają w kurzu

mało nas będzie na Zielone Świątki

po końcu świata w dogrywce historii

 

Odejdzie wiśnia, spalą się kasztany

zniszczą zegary Świadkowie Jehowy

ostatni diabeł przycupnie gdzieś w rowie

i przez pomyłkę pokłoni się Bogu.

 

 

Z poematu "Szczurzy Karnawał"

 

I.
Do piekła wejść nie próbuj. W piekle miejsca nie ma.

Nic więcej nad złudzenie, że jeszcze zostało

trochę wolnych foteli. Mylisz się, kochanie.

Bilety już sprzedane - musisz zostać w niebie.

 

A zatem Ci opowiem, czego nie zobaczysz

Być może ktoś odejdzie, lecz nie miej nadziei,

za drogo to kosztuje, aby rezygnować.

Pieniędzy nie zwracają - interes zbyt dobry.

 

Spektakl się więc zaczyna. Wszystkim ciepłe bułki

rozdali bileterzy w czerwonych kubraczkach,

i, choć przepadli cicho, można kiwnąć palcem

odnajdzie się w ciemności nagły błysk latarki.

 

Ściany się łuszczą ciszą. Płonie cień zapałki.

To moment, nic nad chwilę, drgnięcie sekundnika

Lecz można chwycić okrzyk, usta rozlatane,

oczy zdobione strachem, palce drżą na wietrze.

W gardle zamarza ślina, pulsuje niemota.

Jak pięknie zęby dzwonią - tak w zimowy ranek

dźwięczą sanie pod lasem pędzące ponową.

 

Okna pękają cienko, o szyby mróz dzwoni,

dachy kwitną soplami, śnieg zastyga w drzewach.

 

Nic więcej nie potrzeba - to przyszły wisielec

nabiera porcję strachu na język wyschnięty.

Kiedy mu pętla muska twarz tak pieszczotliwie

czuje zapach staranny mydła na konopiach.

 

I spektakl idzie dalej: to był tylko prolog

Choć można w nieskończoność studiować zapałkę,

trzeba spojrzeć ogólnie: deszcz zgasi ognisko

 

Nie bój się. Nic strasznego Ciebie nie dotyczy,

mimo, że nie ominiesz paru przykrych zdarzeń.

Zamkniesz oczy. Nie dojrzysz. Najwyżej usłyszysz

jak stearyna kapie z pękniętego znicza.

 

Marmur jest niezrównany, jeśli o dźwięk chodzi

szczególnie ten ciosany w prostopadłościany.

Można zastukać laską, lecz lepszy jest płomień

który rezonans daje w wyrytych literach.

 

Czasem jest jeszcze portret (brąz - obowiązkowy)

w owalu, jak w jajeczku kurczak wielkanocny

en face w legitymacji, pieczęć z formy wieńca

a dane osobiste - znicz uwierzytelni.

 

Mrok zapadł - plama światła spływa wolno z muru

jak olej, co się leje na spodnie żołnierza.

Benzyną nie wywabisz - zieleń wypłowiała

chciwie połyka barwę, tłustą świeżym błyskiem.

 

Tak, że to żadna groza: ot, zwyczajny napis,

farba się trochę łuszczy, złazi tynk ze ściany.

Już każdy uszlachcony herbem czarnobiałym.

 

Gaśnie z krzykiem zapałka - ciemności sen płoszą.

 

 

IV.

Bileterzy zmienili kubraczki na fraki,

tną po oczach zielenią i żółcią cytryny,

roznoszą dzwonka śledzia z cebulą pospołu,

choćbyś nie chciał, wziąć musisz, inaczej - obraza.

 

Litery. To rzeźbione, to znów malowane,

czasami kute w brązie, w marmur powtykane.

Tyle mają szczerości, co płacz na pogrzebie.

 

Spadkobiercy czekają. Czasem z zapomnienia

tęsknotę ktoś poczuje, serce załopocze

zanim ręka w kieszeni nie spotka monety.

 

Tak, dobra jest cebulka z kotletem na stypie.

Stół, jak klepsydra, czarną obwiedziony ramą.

Smutek wchodzi pod rzęsy, gdy kotlet przeżuty.

Głodny żałować może tylko swego głodu.

Dzieci gryzą lizaki, wzlatują nad stołem,

lśni powaga i świeżo wyczyszczone buty.

 

Łysina pani domu odbija talerze,

każdy przyozdobiony gałązką jedliny,

jutro będzie szczypiorek, kawa, chleb ze smalcem.

Za tydzień znów pójdziemy marmur wyszorować.

 

Więc portrety rodowe na wysoki połysk,

galeria w meblościance, Foto-Nasierowski.

Wujek stoi na baczność, a babcia na spocznij -

- niezbędne dopełnienie kolekcji kryształów.

 

Tak, kogoś tu brakuje, lecz za przykry widok

dzieci krzyczą po nocach, wisielec się buja,

zresztą lepiej nie mówić, nigdy go nie było.

 

Znicza też nie zapalaj. Wystarczy zapałka.

 

 

XII.

Do piekła wejść nie próbuj. W piekle miejsca nie ma.

Zresztą wchodzić niedobrze, nie ma stąd odwrotu.

Stoją dzieci w mundurach lub po cywilnemu,

paszportu Ci nie dadzą, bilet też nieważny.

 

Wielki książę wygładza przetłuszczone włosy.

Wuj wisielec wesoło grzechocze pod płotem.

Szczury zdrowia i szczęścia życzą na odjezdnym,

dokładnie oczyściwszy twoje nogi z mięsa.

 

Gasną światła. Świt idzie, zbliża się do miasta,

przez nagrobki strzelają poranne promienie.

Bileter Ci podaje kanapkę ze śledziem.

 

Do piekła wejść nie próbuj, choćby można było.

Lepiej zostań w tym kraju, gdzie jesteś, kochanie.

Krucjata się skończyła. Pozostały tylko

podrygi głuchoniemych chłopców i dziewczynek.

 

Jeszcze czasem zapałka może sparzyć palce.

Znicz dogasa. I nawet nie ma czym zapalić.

Do piekła lepiej nie wchodź. Za dużo tu miejsca.

Twój fotel sam pozostał. Wokół niego - cisza...

 

 

Piosenki

 

SEN MANDARYNA

 

Jest gdzieś jezioro w zagajniku
z wodą zieloną i trzcinami
i jest wysepka na jeziorze
z domkiem dla kaczek i kaczkami


Śpi tam mandaryn wśród paproci
nie budź go - zasnął na godzinkę
śni on, że kaczka mandarynka
dziobie złocistą mandarynkę

 

Tymczasem słońce się schowało
i księżyc wzszedł pomarańczowy
i wisi w gwiezdnym migotaniu
na chińskim niebie granatowym

 

Więc gdyby zbudził się mandaryn
spojrzał by w niebo zadziwiony
że to już noc i że sen jego
został do końca już prześniony

 

Lecz śpi mandaryn. A na niebie
księżyc się puszy i wydyma
złocisty niczym mandarynka
ze snu chińskiego mandaryna

 

 

BALLADA WILGOTNA 

 

Ukryjemy się w krzewach, zapadniemy w ziemię
Twarze schowamy w trawach, pokrzywach i ostach
Rozpłyniemy się w zieleń, w tętno nerwów liści
Zamigoczemy w cieniach, znikniemy w porostach

 

I gdy zamkniemy oczy, na zawsze świat odejdzie
Nie będzie celów ani dróg
I gdy zamkniemy oczy, wtedy nas nie będzie
Zapomni o nas nawet Bóg

 

Dadzą nam dom przytulny zatęchłe mokradła
Sitowie nas obejmie miłosnym uściskiem
Otoczą lepkim zmrokiem sklepienia korzeni
Szczupak podpłynie cicho, trąci chłodnym pyskiem

 

I gdy zamkniemy oczy, na zawsze świat odejdzie
Nie będzie celów ani dróg
I gdy zamkniemy oczy, wtedy nas nie będzie
Zapomni o nas nawet Bóg

 

Zostaniemy tuż obok, w każdej kępie trawy
W każdym liściu pokrzywy, w łupinie buczyny
Spróbujemy przeczekać aż do końca czasu
W bezruchu cicho trwając w azylu rośliny

 

I gdy zamkniemy oczy, na zawsze świat odejdzie
Nie będzie celów ani dróg
I gdy zamkniemy oczy, wtedy nas nie będzie
Zapomni o nas nawet Bóg

 

 

Jacek Dobrzyniecki (1964-2017) tworzył wiersze, piosenki, dramaty, muzykę. Nigdy specjalnie nie zabiegał o publikację swoich utworów i pewnie tylko dlatego nie jest powszechnie znany. Był duchowym synem Stanisława Grochowiaka, do którego często się przyznawał i podobnie jak Jego mistrz negował tradycyjne poczucie piękna. Stąd w Jego poezji elementy turpizmu - nurtu epatującego brzydotą, groteski, odważne zestawienia sacrum i profanum. Jednak jest to przede wszystkim poezja pełna muzyki, wewnętrznego rytmu, delikatna i drapieżna zarazem, kunsztowna w obrazowaniu, elegancka.

Na stronie Jacka Dobrzynieckiego (herrmannelig.pl) możemy przeczytać: "Piszę od blisko trzydziestu lat. Czy to dużo czy mało? Być może mało, jeżeli patrzeć przez pryzmat tzw. osiągnięć twórczych. Wydałem jeden tomik, zdobyłem kilkanaście wyróżnień i nagród w konkursach...
Ale też są osoby, dla których to, co napisałem, było piękne. Które chciały mnie wysłuchać, dla których to, co napisałem, było ważne. To znacznie więcej niż odnotowanie w almanachu petitem na ochnastej stronie w prawej szpalcie, w 10 wierszu od dołu...
Lubię czytać głośno swoje utwory, Czasem też biorę gitarę do ręki, nie jestem wirtuozem, ale niektórych wierszy nie sposób przekazać bez muzyki - stąd piosenki. Pisywałem też teksty dla innych - i to niekoniecznie li tylko poezjośpiewane." 

Sam poeta miał niebanalne poczucie humoru i dystans do rzeczywistości. Prowadził antykwariat  i jak podejrzewam, nie od razu wypuszczał co ciekawsze egzemplarze. Niewątpliwie był erudytą, człowiekiem wielu zainteresowań, otwartym i twórczym. Był jednak nade wszystko bardzo dobrym człowiekiem. Zapraszam do zapoznania się z twórczością Jacka Dobrzynieckiego. 

Agnieszka Herman

Pin It