ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia

 

 

 

Marek Wawrzyński




Bez tytułu


przy świeczce
w budce z preclami
chłopak odrabia lekcje

 


Bez tytułu


trzy liście
na orzechu włoskim
trzy zmarznięte wróble

 


Bez tytułu


kończył się czerwiec
w nocnym barze
otwartym na oścież
swobodnie przefruwały
ćmy
z wierszy zagajewskiego

 


Bez tytułu


jadą do raju
żeby powtórzyć
upadek

 


Bez tytułu


kamień
wtulony w siebie
jak gołąb

 

 

Magdalena Węgrzynowicz-Plichta

 

 

Safoniana


prowadź mnie boska liro uczynię cię wymowną*


dźwięczne struny jak łany zbóż w czasie żniw
lekko poddają się moim szczupłym dłoniom


a zwinne palce co melodię prowadzą są jak dziesięć
łań przeskakujących strumienie w leśnych ostępach


rozbrzmiewa pieśń dostatku gdy głaszczę kłosy
rozbrzmiewa pieśń miłości gdy trącam struny


jakaś ty piękna za sprawą Muz i wspaniałomyślna
liro że mi bez skrępowania pozwalasz kochać świat


razem śpiewamy szczęście razem tworzymy poezję


*Safona

 


Jedność


Kiprydo! słodki Adonis umiera
bijcie się w piersi dziewczęta i rozerwijcie chitony*


tam gdzie nie ma nas też jest trwanie


przed nadejściem dnia rozgwieżdżone
niebo znienacka domyka linię horyzontu


w granatowej otchłani oceanu zanurzone
rozgwiazdy i świecące meduzy omdlałe


głęboka toń równomiernie oddycha
rytmem fal łagodnie kołysze plankton


gwiazdy nie widzą nic poza sobą
oślepiają się własnym rozblaskiem


rozgwiazdy dryfują nie wpadając na siebie
gwiazdy rozpraszają się we wszechświecie


dwa równoległe kosmosy
dwie prawdy o jednym świecie


harmonia sfer niebieskich i oceanu
to nie iluzja nie halucynacja żadna


choć trudno ogarnąć to rozumem


*Safona

 


Nieosiągalna


na granicy jawy i snu otwierają się wrota dnia


właśnie mnie nawiedziła jutrzenka w złotych sandałach*
natychmiast rozjaśniła uśmiech mój refleksami światła


na powitanie rzuciła garść mieniących się drobin – te
błyskawicznie na posłaniu utworzyły feeryczne bukiety –


hej Różanopalca! – zostań na chwilę – dokąd się tak
spieszysz – wiem że kawy nie pijesz ale absyntu mam


specjalnie dla ciebie pełen kryształowy kieliszek – nie
wzbraniaj się – dziś lekkim rydwanem zaprzężonym


w parę białych koni faktycznie powozić nie musisz –
przecież – o Bogini! – skrzydła u ramion masz – silne


ręce pochodnią i kwiatami bez przerwy zajęte (gdy
codziennie o świcie po niebie przed wozem Heliosa


bez zmęczenia pędzisz zwiastując ludziom i bogom
światło dnia) a wdzięczna uroda twoja – o pięknolica


Eos! – nie przemija choćby tysiące lat minąć miały –
nas (kobiety XXI wieku po narodzinach Chrystusa)


śpiące bez makijaży permanentnych nad ranem
zawstydzasz bardziej niż byś kochanka w naszym


panieńskim lub wdowim łóżku znienacka zastała –
niewiele czasu na rytuał pożegnalny z umiłowanym


delikatny róż twoich dłoni i niezwykłej tkaniny
intensywna żółć natychmiast rozprasza mroki nocy


po co ten pośpiech ani jednego dnia urlopu ani chwili
oddechu (odkąd wiemy że ziemia kulista jest) kiedy


ty się relaksujesz? – w szafranowym peplosie otwierasz
bramy nieba – na wschodzie wynurzasz się z Okeanosa


fal i w nich na zachodzie znikasz – puść choć raz samą
parę koni na objazd – świecącego Lamposa blask i światło


promiennego Faetona na pewno uczynią brzask –
a my wtedy po kryjomu w moim słonecznym pokoju


poznamy bez mała wszystkich tajemnic czar


*Safona

 


Fale przeznaczenia


po wieczerzy dokoła sadzawki rozgośćcie się – –
choć nadal unosimy się na falach przeznaczenia


o troskach zapomnijcie nie mąćcie wody –
przejrzysta toń – jak dusza zwierciadła – czysty ton


teraz, by radość sprawić przyjaciółkom,
piękną zaśpiewam pieśń*


rapsod o żeglarzach co nigdy awanturnikami nie byli
o solidnych statkach nie masywnych a zwinnych


o zapachu wolności uparcie łaskoczącym morską
bryzą co rusz po nieznanych akwenach rozniecanym


śpiewam skoczny refren o przyjaznych eskortach
delfinów wśród fal – w finale rzewną melorecytację


imitację tylko zdradzieckiego głosu syreny z obawy
przed śmiertelnym czarem urzeczenia nawet nas


o nie! to nie żart – muzy Apollona wspominają że
jedynie Orfeusz pokonał je własną pieśnią i grą na lirze


czego nie robi się dla przyjaciół – – własną pierś i sławę


na próbę wystawia – Argonauci popłynęli dalej
po swoje przygody po złotego runa moc i blask –


tymczasem po kolejnej kwincie doskonałej zagłuszone
syreny straciwszy twarz z rozpaczy rzuciły się


we wstydliwe odmęty wzgardy zmieniając się
w podmorskie rafy w głębinie opalizujące kolorami


* Safona

 


Peitho


o córo Afrodyty uwodząca śmiertelnych*
gładkolica uskrzydlona bogini namowy


tobie wota na nic i ogień święty zbyteczny
tylko nagły gwałtownej namiętności


błysk naj-pięk-niej-szym da-rem
a uległość kochanka miarą twojej chwały


Peitho gładkolica czy nic nie zamierzasz
ja cierpię on milczy nie patrzy nie wzdycha


skąd mam wiedzieć że jednak mnie pragnie
czy możesz go dzisiaj do zwierzeń nakłonić


niech wresz-cie co czu-je wy-ja-wi
a ja uszanuję każdą myśl tajemną


Peitho uskrzydlona wyratuj moje oczy
z miłosnej udręki a z wdzięczności


ułożę dla ciebie staromodny poemat
o niesłabnącej radości płynącej z nadziei


*Safona

 

 

Aneta Włodarczyk


 

 

Pustostany


tamtej zimy dom postanowił mnie opuścić
piętnaście lat życia upchnięte w cztery walizki
i nagle widzisz cztery puste kąty
ostre obrazy przesuwające się po znikających ścianach wyświetlają sceny
jak ze snu
który ulatuje tuż po przebudzeniu
koniec zimy
roztopy spływają przez rynnę zapowiadając wilgotny poranek
przed snem powraca zapach jakby ceglanej stęchlizny
nawet tutaj pod obcym sufitem otwiera się we mnie znajoma przestrzeń
kim jestem
budzę się i nic nie pamiętam tylko słyszę słowa ojca


nie da się trzaśnięciem drzwi odciąć miejsc które nas zbudowały

 


Studnia


na środku studni rosło kiedyś drzewo
podobno zasadził je ten straszny pan mieszkający na strychu
sąsiedzi mówili że jest żydem. nie pamiętam jego imienia tylko brudne
powykręcane paznokcie – przedłużenie woli rodziców – w sam raz
do rozrywania
brzuszków małych nieposłusznych dziewczynek z piaskownicy
której tu nigdy nie było
może dlatego nie nauczyłam się budować solidnych domków z piasku


obok drzewa był trzepak. na nim ćwiczyłam sztukę ekwilibrystyki
godzinami zwisając głową w dół. tyłem do wyjścia ze studni
wynosili żyda i już nie był taki straszny jego trup. nikt nie płakał
myślałam tylko o mdlącej zupie jarzynowej jedzonej ze strachu
przed teraz już martwymi paznokciami. płakałam


kiedy ścinali drzewo. sąsiad myślał tylko o nowym
miejscu na parkowanie swojego tarpana
na jego kipie duże niegrzeczne dziewczynki z gołymi brzuchami piły
godzinami zwisały głową w dół. nigdy nie nauczyły się ekwilibrystyki


może dlatego budują domki z piasku

 

 

Z zimną krwią


Za rany, którym nie pozwoliłam się zabliźnić,
oddaję ci dzisiaj moje dłonie. Ustami chwycę pędzel
i namaluję oczy, którym nie pozwalałam zamykać się
o zmroku. Zrobię kwerendę wszystkich znanych bajek
choć wiem, że wybiorę tę starą eskimoską pieśń:


Kobiety lodu potrafią posłać własnych ojców na wieczne
zmarzliny. Roztajać czule pozdrowieniem kunik i patrzeć
prosto w oczy noworodkom porzucanym ze strachu przed
śmiercią głodową. Zakończę dobranockę i pozwolę Ci zasnąć.
Pod taflą lodu przyśni ci się polowanie na renifery. Trofea,


które złożysz z zamkniętymi oczami, pod ciepłe piersi kochanki.

 


Kolorowanki


dziewczynki lubią rysować domy z dużymi oknami
na ogród zużywają najwięcej kolorów problem tkwi
w drewnianych schodach jak oddać ich skrzypienie
ten bezlitosny ujawniający się przy najczulszym stąpaniu
dźwięk strachu ukradkiem podbieranej niewinności i wstyd
skrzętnie ukryty przed obcym wzrokiem zza miedzy
pod warstwą sędziwego kurzu w piwnicy kiełkują
niepotrzebne szpargały szkoda na nie kredek
najwięcej zostaje tych szarych i czarnych a potem
dziewczynki malują sobie oczy i patrzą na wyblakłe ogrody

 

 

Miasto choruje na autyzm


(Pani Marcie)


dzieci bawią się w najlepsze na podwórku
niegdyś była tu żydowska szkoła a naprzeciwko urodził się tuwim
gdyby nie sąsiad ze skłonnością do taniego wina nigdy bym się nie
dowiedziała
że tatuaż na przedramieniu starej pani marty nie był zwykłą serią numerów


miasto przechodzi transfuzję pamięci a dzieci rysują kredą
domy które zastąpią zawilgocone mieszkania z prądem podłączonym
na lewo
gdyby nie gwiazdy dawida dyndające na szubienicach nigdy bym nie
zrozumiała
że tatuaże to jedne z mniej trwałych śladów jakie pozostawiło getto

 

 

Maria Włodno

 

 

Godło burbonów


Pobożne spotkanie za murami klasztoru
w ogródku, gdzie kwiaty
nuciły pieśń wieczorną.


Wierni zanosili się śpiewem pochwalnym.
Ona nie czyniąc nic
przyciągała jego oczy.


Była ciepłym oddechem dnia
zmierzającego w kierunku nocy.


Zapachem miodu z nutą pieprzu,
który obiecywał o wiele więcej


I nagle olśnienie!
Przecież to rozkwitająca lilia,
dziewictwo i niewinność,
a także władza i majestat.


To kuszenie – i przebaczenie grzechu,
łzy Ewy opłakującej utracony raj.


Oznaka godności królów,
która zdobiła ich korony
jak lilie francuskie, godło Burbonów.


I Ona jak lilia między cierniami.


Czy będzie dla niego tym Wszystkim?
Kwiatem chwały w łożu małżeńskim?


Cokolwiek się zdarzy,
już teraz sprawiła,
że w jego sercu zapłonął
złoty świecznik.


A Ona
przez opuszczone powieki
chłonęła obraz mężczyzny
w milczącym, skupionym


zachwycie.

 



Nowe twarze Świata


Wciąż się koło nas szwenda
Śmierć... przerażająca celebrytka.


Straciła dostojeństwo,
przestała przestrzegać
jakichkolwiek reguł gry.


Swój obłęd profesjonalnie maskuje,
jedzie z nami na wycieczkę do Tunezji.


Gotowa, należycie spakowana,
będzie miała czym przywitać
turystów na plaży.


Zabrała bowiem
swój pistolet maszynowy.


Angażuje psychopatów jako pilotów
do pomocy w swoim chorym biznesie,
żeby czyjeś samobójstwo pomnożyć
przez sto pięćdziesiąt zatraconych dusz.


Otwarło się dla niej
szerokie pole działania.


Jest w prawie, bo gdyby nie była,
nie mogłaby zrobić NIC.


A nasze złote tarcze wiary
porzucone w kącie, okryte plamami,
zakurzone
już nie lśnią.


Ona triumfuje
i wynosi się pod niebiosy.


Teraz wystąpi ze skargą,
że choć tak zasłużona,
nie doznaje należytego poważania
Wstrząśnie filarami ziemi
a nie pozwoli


na łamanie swoich praw.

 

 


Jak w raju


Piękna naga Ewa
flirtuje z wężem
wśród rajskiej obfitości.


On kusi ją, żeby zrobiła
coś niedozwolonego.


Kobieta mówi,
dlaczego NIE MOŻE tego zrobić,
a on, dlaczego MOŻE.


Lecz gdzie jest Adam?
Miał strzec tego ogrodu
i słodkich gron z winnicy Ewy.


On stoi ukryty
w zielonym cieniu
i serce w nim omdlewa.


Rozpaczliwie pragnie tego, co zakazane.


Chce poczuć smak miażdżonego owocu
z drzewa poznania dobra i zła,
a jednocześnie zachować życie.


Idź, Ewo, spróbuj pierwsza – myśli
– Zobaczymy, czy to przeżyjesz.


Wystawia żonę, nie broni jej
przed gadem,
choć widzi jego sztuczki i podrygi.


Ten płaz siebie samego
czyni autorytetem.
Z gadzią przebiegłością
podważa Boże normy.


A Ewa słucha.


Natchniona brawurą głupca
wyciąga rękę po owoc śmierci
o odroczonym działaniu.
Zaspokaja też głód małżonka.
Tak skończył się piękny Eden, a oni
zasiali nasiona odrzucenia,
goryczy i rozpaczy.


Zarodki rozwodu.

 


Stan posiadania


Nie mam nic.
Czytam twoje książki,
mieszkam w twoim domu
nad brzegiem Oceanu.


Pracuję w twoim biurowcu
na twoim komputerze.


Jeżdżę po twoich autostradach
twoim ferrari.
Używam twojego telefonu
i szaleję na twoim rowerze.


Kąpię się w twojej łazience
i piję twoją herbatę.


Wczoraj pływałam w twojej rzece


Nic nie mam.


Oddycham twoim powietrzem.
Patrzę twoimi oczami
i twoimi uszami słucham.
Cieszę się twoją trawą, zieloną żabą,
różami, morzem i gwiazdą.


Gdziekolwiek pójdę i czegokolwiek dotknę,
to twoja własność,
a ja nie mam nic.


Nic nie mam,
czego bym nie otrzymała.
W twoim ręku jest


moje tchnienie.

 


Poziom orła


Gdy decyduję się być sobą
powstaje
przeciwko mnie
prawdziwe piekło.


Nie może mnie pochłonąć,
lecz przynajmniej próbuje.
Nie chce,
żebym osiagnęła
optymalny poziom orła.


Pokój tobie
mój ukochany wrogu,
życzę ci wszystkiego najlepszego.


Jednak wiedz,
że wygram ja,
a ty
będziesz złotym ogniwem
w łańcuchu mojego
szczęścia.


 

 

Marek Wawrzyński

Urodzony w 1965 r. Laureat Konkursu Czasu Kultury, 1996. Publikowany również na Ukrainie, w tłumaczeniach Ołeksandra Irwańca i Wiktora Melnyka, oraz we Włoszech, w przekładzie Marco Bruno.

 

Magdalena Węgrzynowicz-Plichta

Mgr socjologii, pedagog, redaktor, wydawca; poetka urodzona w Warszawie, mieszka w Krakowie. Tytuł magistra socjologii uzyskała w Krakowie na Wydziale Filozoficzno-Historycznym Uniwersytetu Jagiellońskiego, a uprawnienia pedagogiczne – po ukończeniu studiów podyplomowych. W 1999 r. objęła w Wydawnictwie IDEA stanowisko redaktora wydawnictw medycznych, obecnie jest redaktorem wydawnictw edukacyjnych. Od 2004 r. prowadzi własną działalność wydawniczą – Wydawnictwo SIGNO, w którym wydaje współczesną literaturę piękną, w ciągu jedenastu lat działalności wydała ponad siedemdziesiąt tytułów. Redaktor kwartalnika literackokulturalnego „LiryDram”.
Jest autorką siedmiu tomów wierszy: Doznania, 1998; Anemony, 2003; Łaptaki, 2005; Kalkomanie, 2007; Pokolenia, 2009; Miraże, 2014 i Artefakty, 2015 i współautorką cyklicznych antologii. W przygotowaniu kolejny tom poetycki Safoniana. Jest członkinią Stowarzyszenia Academia Europaea Sarbieviana, Stowarzyszenia Promocji Polskiej Twórczości i Stowarzyszenia Przyjaciół Twórczości Jana Kasprowicza.

 

Aneta Włodarczyk

Pochodzi z Łodzi, tam studiowała etnologię i antropologię kulturową. Obecnie pracuje w agencji reklamowej, jako specjalista od e-marketingu. Swoją przygodę z poezją zaczęła rok temu. Oficjalnie zadebiutowała na łamach kwartalnika literackiego „Migotania”. Jej wiesze ukazały się także na portalu Pisarze.pl. Zwyciężczyni w zorganizowanym przez redakcję serwisu Poema Konkursie Jednego Wiersza, dedykowanym Ryszardowi Krynickiemu. Związana z portalami Poema i Liternet. W pisaniu stara się łączyć antropologiczne eksploracje otoczenia z osobistymi przeżyciami.

 

Maria Włodno

Pisarka, poetka, krytyk, autorka powieści współczesnych oraz tomiku poezji. Jest członkiem Związku Literatów Polskich od 1988 roku, Oddział w Kielcach. Twórczość: Kieszeń pełna niczego, Warszawa: PAX, 1979; Sumienny mały mechanizm, Wydawnictwo Łódzkie, 1987; Oddech smoka, Szumacher, 1996; Księżniczka Alicja, Ston 2 ,2000; Uczeń profesora Cyrusa, Amerigo, 2005; Słowa prawdziwe, Ston 2, 2014. Laureatka wielu nagród w tym: 1996 – Brązowy Krzyż Zasługi i Świętokrzyska Nagroda Kultury w 2008. Powieść Uczeń profesora Cyrusa w 2006 r. otrzymała rekomendację Fundacji ABC XXI Cała Polska czyta dzieciom – jako książka spełniająca wysokie wymagania stawiane literaturze dziecięcej. Recenzenci i czytelnicy doceniają u autorki: wyrazistość, przejrzystość, jasno komunikowane wartości, interesujące sylwetki bohaterów. Również debiutancki tom poezji Słowa prawdziwe został przyjęty z uznaniem i wysoko oceniony przez krytykę oraz czytelników

Pin It