ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia

 

 

 

 

Bohdan Urbankowski

 

Niedokończona ewangelia


1.


Tak, to było tak samo bolesne
jak agonia
jeśli nie bardziej.


Jak drut kolczasty skłębione
pazury nerwów,
tryskające na oślep żyły
nim krew odnajdzie krew.


A jeszcze: wielka rana pleców
z której trzeba wydłubać
ostre kawałki gwoździ, ziarnka soli


Tak, to było tak samo bolesne
jak agonia
jeśli nie bardziej


2.


Dłonie
odtaczają kamień
wciąż nie zabliźnione
wciąż krwawią


Kiedy znów schodzi ku ludziom
przebite stopy
znowu plamią krwią głazy


i kamienie zaczynają pluć krwią


3.


Kochająca kobieta odwróciła twarz z przerażeniem
Najdroższy uczeń – ten, który wył pod krzyżem –
minął go z pustymi oczami, nie poznał
Bardziej uwierzył w śmierć
niż w Niego


Tak, to było tak samo bolesne
jak agonia
jeśli nie bardziej –


– to zmartwychwstanie


4.


Uczniowie – apostołowie
rozfrunęli się jak spłoszone ptaki.
Matka nie chciała zostać
wśród uliczek na których każdy krok boli
odeszła w mroki kilku poplątanych legend...


Błądził długo –
nie znalazł ścieżki schodzącej w głąb otchłani
żadna też z dróg nie prowadziła w niebo
gdzie mógłby usiąść po prawicy Boga
wszystkie, wszystkie wsiąkały w ziemię
u stóp wzgórza podobnego do czaszki.


Jego domem mógł być tylko ten krzyż
gniazdo z pokrwawionego drzewa.


PS


Przetaczają się niebem chmury i pory roku
umierają ludzie – i imperia jak ludzie:
na wylew krwi, na serce, czy po prostu
ze znużenia.


Żołnierze nadal grają w kości.


Gawiedź wita proroków gałązkami palmy
by nazajutrz szydzić z ich śmierci.


Barabasz – jak wtedy odszedł
tak nadal chodzi po świecie.


Judasz – wbrew plotkom sprawiedliwych –
ma się dobrze.
Pisze kolejną wersję Ewangelii.


Żołnierze grają w kości.


Z dłoni i stóp Chrystusa
wciąż cieknie krew


5/6 VII

 

 

Andrzej Walter

 

Istota kropli


Siedzę w fotelu i zastanawiam się kim jestem. Patrząc na rękę,
jestem żonglerem. Podnoszę do światła, narzędzie zbrodni.
Zamykam książkę, w której
anonimowy autor opisał świat. Co to za świat?
Zgasł,
a jednak odcisnął się w dłoni.
I wciąż się jakoś ukrywa.


Siedzę w latarni, światło krąży, a ptaki łowią
każdy szept. Idealna cisza nigdy się nie wydarza.
To złudzenie.
Na horyzoncie kilka słów o dniach, które przeminęły.
Wszystko było dokładnie zaplanowane.


Wracam na fotel, opuszczam morze, gaszę latarnię. Noc
zastyga jak kometa. Czekam. Choć noc ma tę cechę, że milczy,
jak świt i tylko cienie z niej wyrastają. Przypuszczam, że jest w nich
alternatywa danych osobowych.


Kula ziemska porusza się szybko. Na zatracenie.
Choć w zasadzie nie wiadomo, dokąd. Nie jest łatwo to odczuć.
Z mojego fotela, w którym się urodziłem,
i w którym zapewne umrę,
woda kapie bezmyślnie.


Na przekór ziemi – do nieba.

 


Rzeka zaczyna bieg we śnie


golgota – piętnasta zero jeden – przeddzień dnia
który skumulował w sobie wszystkie dni
w nowym jorku dziewiąta wieczór pada czarny śnieg martwych
dolarów giełda szumi śmierdzącą pianą w warszawie na
placu zbawiciela tęcza a za nią cuchnąca wisła – trochę dalej
w moskwie ciało zabrano z mauzoleum i uniosło się nad wodami
do nieba przetłumaczonego na angielski
język wszechświata oraz coraz wolniejszych niewolników
marks engels i cała ta zgraja szalbierzy nocy
wiktoria


park pełni czasów a jednak golgota powraca – jest czwartek
tylko skały czują to miejsce już wiedzą co wydarzy się Jutro
o piętnastej zero jeden
w tym śnie
tylko golgota się jeszcze liczy
kiedy nie liczy się już
prawie nic


choć prawie jest tylko usprawiedliwieniem

 


Diament


latem było lato z radiem
wzwód jak powód mętna drabina społeczna
grząskie bagno epoki wystawionej na sprzedaż
oraz bolesne dojrzewanie z księdzem
Popiełuszką


grzebaliśmy śliskie poczucie nieufności
towarzysze z radia wolna europa wysyłali
aromat pewexu dla lepszych i dla gorszych
czyli my i oni – oni czyli my poza nawiasem jako rodzice
udawali bogów
strąconych z olimpów przyklejali uśmiech i oklaski
do klap marynarek


e viva espana a potem Meksyk i koniec
nadszedł wielki wybuch – pierwszy aksamitny
fałszywy
ton
a potem…
już tylko były pieniądze
orgazmy pieniędzy worki pieniędzy
i człowiek spuszczony do klozetu
z ceramiki tak cennej
jak diament

 


Warstwa


Poeta ukrywa się najczęściej w muszli świata. Skorupa nawarstwia się
Co rok nowotworem grubości. Czasami
wyrzuca go na brzeg napastliwa fala melancholii, ale w zasadzie wybiera
głębię swego unicestwiania.
Poeta krzyczy wtedy głośno. Słychać w całym oceanie. Krzyk dudni
Otwiera i zamyka usta
Łapie powietrze.
To tylko złudzenie. To tylko mętny staw. Nie ocean. Nie muszla.
Nie świat.
Właściwie
prawdą jest


tylko skorupa

 


Kontekst


zagrzmiał leśny lud
w fejsbukowe tuby


stefan egzorcysta podniósł z ziemi niedopałek
i zieje ogniem postpiekielnym
w małej sieni mali ludzie wizerunkiem uniesieni
tańczą na palcach dwóch rąk
przemysłowy taniec
opuszczonych


Słowa… ach… ich słowa…


nocą słów tu nie brakuje ani pustynnej empatii
ani odwyku
jest
kontakt miłosierdzie lubię to i tamto lubię albo pierdolę
nie rodzę
Polska na dobranoc
(w pracy na dzień dobry)


zamienia się w nicość
w deklarację bytu
podnieconego źrebaka co wierzga pustką
i zdaje mu się
być
pegazem

 

 

Ryszard Wasilewski
 

 

Wśród swoich


obcy wśród swoich
którzy mówią
jakby innym językiem
potykamy się o własne słowa
których ubywa


wsiąkają w komunikaty


zostają te
zostawione na zapas
określające domknięty
własny teren


w naszych modlitwach
nie ma święta
a dzwon
staje się bardziej głuchy
bo dużo z tego
co chcemy wepchnąć
na jego wieżę
wlecze się za nami


i wiele prostych dróg
zwęża się
kończy
daleko od domu


często zostaje jedna
ścieżka bez wylotu
która wchodzi w próg

 


Stare psy


kiedyś przychodzi taki czas
gdy stare psy
wychodzą za zasięg łańcucha
by kość poogryzać
do ostatnich ścięgien
a potem wgryźć się
aż do szpiku
w sedno


zza budy
mozolnie wygładzanej sierścią
patrzą głęboko w oczy
czy ktoś właśnie teraz
wszędzie
szuka -
by swój świat wytrzymać


i wtedy stare psy
dają siebie
niech ten ich człowiek
czasem poczuje
że jest panem

 


Rozdrapywanie


w moim kraju
różni w epizodach
choć tożsami w masie
inaczej płaczemy po tym samym


kiedy historia potrzebuje
spokojnego rytmu
otwieramy cmentarze
by ustalić
ile nowych grobów
trzeba kopać
które stare rozgrzebać
by zastąpić tamtą pamięć
podając groźniejsze
szczegóły pogrzebów


co chce się zabliźniać
od nowa wypalić

 


Wyłączeni


pod koniec wędrówki
pozwolono by świętowali
na zamkniętych ulicach
co jakiś czas -
by ich nie usunąć z przyzwyczajeń
i pamięci miasta


do mieszkań ludzi
którzy tu jeszcze są
mogą zaglądać
przecierając ściany
zmęczeni czekaniem
na wypełnienie obietnic
które kolejno gasły
jak lampiony
po skończonych świętach


gdy zbiegają się lata
znowu chcą nucić
ten sam refren
do końca
najuczciwiej jak potrafią
bo wierzą że są winni
tym ludziom i miastu
prawdę o sobie -
kiedy już wiedzą
że został chrzęst
skończonych złudzeń
rozrzuconych
po szarych zakamarkach codzienności

 


Nastroje


w zamgloną pamięć
minionego lata
jeszcze próbują
wytłumaczyć się z siebie
podać jak na dłoni
swoje lęki
odsiewają sprawy wielkie
od tych codziennych


zdrapują z siebie
maskowane twarze


lecz w ich codzienność
już sączy się jesień
nad parkiem
gaśnie już muzyka
i wiatry zmąciły pajęcze sieci
które jeszcze prężą się
tłumią
przenikają wśród drzew
gdzie rdzawy liść się błąka


zostały jeszcze strzępy ciepła
szczelnie okryte

 

 

Sabina Wawerla-Długosz
 

 

Początek


Każdy środek ma swój początek
zakola na twojej głowie kiedyś ich nie było
i jakoś bardziej się uśmiechałeś może więcej piłeś
jednak na pewno nie byłeś tam gdzie jesteś teraz


Nasza wspólna matka kiedyś nią nie była
i nie miała ciebie ani mnie tak naprawdę
nas też nie ma poruszamy się oddychamy
ale to nie my nie patrzymy sobie w oczy
ciszą zakrapiamy dni i tylko sny są coraz donośniejsze
dotykają do żywego przejmują grawitację
prowadzą tam gdzie chcemy być


Nie czuję jak zachodzisz we mnie jak wplatasz oddech
w żerdzie stojących na baczność bioder jak buszujesz
w kosmkach narastającej nocy by znaleźć mój cień
rzuciłeś nim kiedyś o ścianę mocno i długo płynął
wąską strużką krwi aż zastygł popękał i runął
Wtedy po raz pierwszy pokrył nas kurz


Na pewno nie byłeś tam gdzie jesteś teraz na końcu
długiej liny za sobą masz środek i początek
Nasza wspólna matka kiedyś nią nie była
nie miała ciebie ani mnie ty też kiedyś mnie nie miałeś
Tak samo jak teraz

 


Noszę cię


Noszę Cię w sobie, pieszczę,
dotykam tam gdzie lubisz
Nie opowiadam bajek
Rzeczywistość nagina się do nas,
czasem rozdrapujemy ją do krwi
Wtedy jesteśmy nieobliczalni i mocni
W naszej ślinie powstają domy
miasta, drogi nabierają znaczenia
O wschodzie pukają mokre sny,
wpuszczam jeden po drugim
Czuję, że latam.
Unoszę omdlałe ciało w Twoje ręce
Po linii kręgosłupa rysujesz oddech,
nachylasz pierś w pierś, usta w usta
jak przykazano. Niegrzecznie jak zakazano
Posuwasz się i do.
Noszę Cię w sobie, dotykam, pielęgnuję
każdy ruch. Sprawdzam puls, dokarmiam,
co dzień zachodzę. Odwiedzam domy,
miasta, przemierzam drogi


Rozdrapuję do krwi.

 


Czas


Widziałam go (długo patrzyłam) jak gubi siebie i mnie,
za rogiem, na zakręcie i w łazience tańczy odbijanego w lustrze.
Widziałam jak lokuje się w krzyżu, łamie w obojczyku, zasypia w jelicie,
rozpada się we mnie i ciągnie ku grudce żyznej i czystej.
Próbowałam go jakoś posklejać ale wypadł mi z ust na mokrą posadzkę –
stała się miastem i zalało nas ciepłe źródło świateł. Pomyślałam: to nic,
nie musimy się bać, jesteśmy częścią łańcuszka.


Jacyś tam zwołają zgromadzenie i wygnają na obrzeża miasta,
w objęcia smogu i rdzy, w ciało każdego bezdomnego, w kość
wychudzonego psa,
w matkę czekającą do pierwszego i ojca w jego zachlanego trupa.
Druga szansa zawsze jest gorsza. Gorsza jest lepsza niż nic. Odbijany w lustrze.
To nic nie musimy się bać.


Widziałam go jak stoi jak rośnie, rozpada się we mnie, roni godziny, minuty,
trze żebrem o żebro i lecą sekundy, krzyczy wypada mi z ust i znajdują nas
na obrzeżach miasta w każdym bitym dziecku, w każdej porzuconej kobiecie,
w każdym martwym psie, w każdym niekochanym mężczyźnie.
Widziałam jak stoi i nas odmierza kropelka za kropelką do ostatniej krwi.


Nie musimy się już bać. Odchodzimy jak ludzie jak psy milkniemy
na obrzeżach miasta.

 


Sąsiad


Sąsiad nie może spać
Żałuje bardzo
Ubywa go z każdą kroplą
Rośnie szkło
Widzę jak pęka
Rozbryzguje cicho
Po dywanie
Po ścianie
Po suficie
Po wczoraj dziesięć lat temu
I pojutrze które jest dziś
Jest we wszystkich
Być i być może
W pulsie miasta
I oddechu traw
Niesie się ponad dachem
Białym kopcem chmur
Ponad tarczą słońca
Jest w tobie we mnie w nas.
Żałuję bardzo
Nie mogę spać

 


Powroty


Kończę nieporadnie odpływam w środku dnia
I mam ciebie na widnokręgu za sobą
W podróżnym chlebaku ząbek czasu przecieka i wsiąka
w suchą popękaną ziemię tam cię ułożyłam
w trumience niegdysiejszego pojawienia w grudce
zaciśniętej dłoni wycelowanej w mięciutką skroń jutra


Jednak to lato już w nas zaszło kasztany pokryły świat
Daleko mi do wiwatów spektakularnych gestów stojących
owacji kiedy z podszycia wspomnień wypada co jakiś czas
piórko zazwyczaj to tylko wstęp wstępów do wzięcia mnie
pod bolesną możliwość sposobów na jakie i tak nie odchodzę
a jeszcze dotkliwiej jestem


Kończę nieporadnie nigdy nie wiesz jak zrobić to
właściwie właściwie nie istnieje zawsze ktoś ginie
i znajdują go później w bursztynie nocy na łańcuszku
tik tak odmierza sny dlatego śmierć dotyka do żywego
do ciebie i mnie choć daleko nam do kamienia do
epitafium po którym nie trzeba już słów


W drodze powolnego zaniku twoje dane zostają zapisane
na dysku i rozesłane do wszystkich możliwych galaktyk
żebym mogła kiedyś stojąc na skrzyżowaniu na światłach
zobaczyć jak do mnie migasz jak powietrze zmienia ton
jak jaskółki rozdrapują płachtę nieba i pikują w betonowe
morze które wypluje nasze muszle na piasek poranka


Kończę który to już raz szukam w ustach właściwego odcienia
a wypełza śliska literka ciągnąc za sobą nieporadne koleżanki
zostawmy je w spokoju niechaj wybrzmią rozpadną się na
atomy złączą w jeden dźwięk i powtórnie wrócą do ust
z nich wyjdziemy na mleczną drogę rozsypiemy się frywolnie


w kosmiczny pył bez rąk bez nóg bez oczu bez słów

 


 

Bohdan Urbankowski

Twórca ruchu Nowego Romantyzmu, poeta i filozof, dramaturg i prozaik, animator kultury. (Międzynarodowe Dni Poezji, Sejmiki w Obronie Kultury Narodowej, Dni Romantyzmu). Laureat nagród: Słowackiego, Księcia Poetów, Norwida, Georga Trakla i dziennikarskiego Lauru SDP 2013. W czasach PRL inwigilowany przez SB (jako figurant „Romantyk”), wielokrotnie usuwany z pracy. Za działalność w podziemiu otrzymał medal „Solidarności” Zasłużony w walce o niepodległość i prawa człowieka, społeczny medal Polonia Mater Nostra Est, srebrny krzyż Zasłużony dla KPN oraz Krzyż wolności i solidarności. Przewodniczący Rady Programowej Związku Piłsudczyków. Kierownik działu kultury „Gazety Polskiej”.

 

Andrzej Walter

Urodzony w 1969 r. – poeta, publicysta, fotografik – magister ekonomii; Absolwent Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach. Doradca podatkowy. Członek Zarządu Krakowskiego Oddziału ZLP. Na co dzień związany ze Śląskiem i Gliwicami. Redaktor e-Tygodnika Literackiego Pisarze.pl. Członek Komisji Kwalifikacyjnej przy Zarządzie Głównym ZLP, jak również Kapituły Nagrody Literackiej im. Jarosława Zielińskiego. Autor sześciu tomów poezji oraz licznych tekstów krytyczno-literackich. Autor wielu wystaw fotograficznych w kraju i za granicą. Strona A. Waltera oraz pełny biogram w sieci: www.andrzejwalter.pl.

 

Ryszard Wasilewski

Poeta, satyryk, aforysta – urodził się 25 marca 1938 roku w Kolumnie. Ukończył Wydział Prawa i Administracji na Uniwersytecie Łódźkim. Jego utwory publikowane są w krajowych pismach literackich, antologiach oraz na portalach internetowych w Polsce i w Australii. Wiersze i aforyzmy były przekładane na język serbski i słowacki. W Rumunii ukazał się wybór jego wierszy i aforyzmów. Zdobywał nagrody w wielu konkursach poetyckich – w tym o „Rubinową Hortensję” i „Złotą Buławę Hetmańską” oraz satyrycznych, w tym tak prestiżowych jak: im. Stanisława Jerzego Leca, „o Grudę Bursztynu”, czy „Statuetka Stolema”. Autor ośmiu książek zawierających utwory liryczne oraz limeryki, fraszki, wiersze satyryczne i aforyzmy. Jest także autorem tekstów piosenek i pastorałek. Po dłuższym pobycie w Łodzi, Toruniu i Gdańsku ponownie mieszka w Kolumnie. Członek Związku Literatów Polskich.

 

Sabina Wawerla-Długosz

Urodzona w 1978 r. w Katowicach. Debiutowała w 1998 roku na łamach Miesięcznika Społeczno-Kulturalnego „Śląsk”, publikując tam wiersze przez szereg lat. Wiersze publikowała również w Piśmie Katastroficznym „Arkadia”, a także: „Opcje” i „Wyrazy”. W wydaniach elektronicznych: „e-Faust”, „Instynkt”, „Pisarze.pl”, „NGL” (Nowa Gazeta Literacka), „Śląska Strefa Gender”. Współpracuje z Miesięcznikiem Społeczno-Kulturalnym „Wobec”, gdzie publikuje comiesięcznie teksty krytycznoliterackie. Wiersze można było usłyszeć w Radiu Katowice. Laureatka III Miejsca w XXI Konkursie im. Rafała Wojaczka, 2013. Wyróżnienia w szeregu konkursów literackich. W roku 2015 wydała swój debiutancki tom wierszy: Sprawozdania z obserwacji, Kraków: wyd. Miniatura. W tomie znalazły się wiersze zebrane, wcześniej publikowane na łamach czasopism kulturalnych. Obecnie od roku 2015 pomysłodawczyni i prowadząca Forum Literackie w Miejskim Domu Kultury „Południe” w Katowicach. Organizatorka Turnieju Jednego Wiersza, który powstał przy Forum Literackim.

Pin It