Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

Zwinęła się róża nim zdążyła wystrzelić

 

Odległości, które przemierza stopa lub ptak

czy naostrzony błyszczący sierp rzucony na prawe ramię

ziemianina przybranego w czerń.

 

Nadeszła wiosna, lecz wy nie kpijcie

z róży, która zwinęła się nim zdążyła wystrzelić

ani z chodu niedołęgi podpartego na kiju jesiennym.

 

Wyobraźcie sobie, że chwytam jednocześnie ziarenka i kamforę

z wieńcem kwiatów, w czarnym garniturze

wyciągam rękę muskając to i owo

ni stąd ni zowąd przekuwam szpilką kiedy zastygnie-

serce ofiary.

Wyobraźcie sobie, że te piekielne dystanse były przewidzeniem

podczas nocnego snu, wibrowania ciemności.

Jej chód jak drewno

w przedziwnym palenisku.

 

Niemym kamieniom wolno pozostać milczącymi

do ostatniej kropli wody,

po czym

znika dystans i kontrast

między nimi.

Wtedy cisza staje się najpotężniejszą z rzeczy

dopóki nie napotyka dźwięku bębna.

 

Chciałem przemierzyć odległość i małą i dużą

doznając tego samego wrażenia

lecz widok mnie przeraził

gdy chciałem spisać jedną zrealizowaną rzecz w życiu:

spojrzałem,

a tam spadająca jedna po drugiej kropla mojej krwi

za mną

nad piaskiem,

a wiatr zmazuje ślady.

 

Warszawa, 2008-02-29

 

 

Wejście do domu

 

Wszyscy wchodzą

nawet banita wchodzi wątpiący

z wrzodami na ręku

posępny obok klamki do wrót myśli.

 

Czasami instynkt zwycięża przyrodę,

a człowiek pragnie znaleźć się w swoim domu

niczym w jaskini

gdzie orły szybują z góry

a czas dźwięczy niczym zabytkowy zegar.

 

Co unieszczęśliwia jednostkę będącą na wygnaniu

co sprawia, że nie ma różnicy między domem a pastwiskiem

między banitą a potężnym kupcem

obserwowanym przez lupy, handlarz niczym ofiara,

znad spustu palce i oczy

zwisają jaskinie

z odległych pustkowi.

 

Niekiedy wchodzisz do niego z innej strony

on oddala wątpliwości, zemstę wraz z zamknięciem zamku

wchodzisz do niego niczym złodziej,

który czyha jak zdziadziały chłop

obserwujący swoje pole przez zniszczone okno.

 

Niektórzy nie docierają, nie wchodzą

ponieważ przepadli w zgiełku życia.

 

2008-02-29

 

Urodziny nierządnicy

 

W ciemności dnia jej głos

talizmany i blask jej oczu promieniował na grzeszny wierzchołek

każdy palec wskazuje na jej historię rozciągającą się od plantacji migdałów po

jedwabne poduszki, po źródło wyobraźni i wylew jej ciszy, dla tego kto słucha i słyszy

gdyby nie jej winna latorośl i intonowanie ustami

to ponure byłoby dziedzictwo jej życia, omyłką zaś kwiatowy krok

a każdy żołnierz powiedziałby: jestem swarliwym gołębiem

przy rozłożystym drzewie są gazele i ćwierkające słowiki

jakaż jest różnica między głupotą a giętkością języka

 

Wieczór był głośny, lekkie światło zbliżało się do okien,

zasłony wstydliwości przekazały za dnia zaszyfrowaną kartkę.

 

Ileż lwów poskromiła

ileż mieczy obnażyła i oswoiła

ileż wojen ugasiła

ileż szklanic porozbijała

nad spragnionymi wargami

ileż niejasnych pomysłów, oświecił ją blask zaskoczenia.

 

Głowa przy głowie, pokrewieństwem czystości

wykorzystywana, znienawidzona -pielęgnuje nasze marzenie

śmiała w swej nagości, przyzwoita w swej odsłonie

jej sny są czyste, noc nie ustępuje.

 

Wczoraj skończyła dziewięćdziesiątkę

tuż tuż nad jej piersią jest port

a za nią fala i szaleni marynarze,

błyskawica i grzmot poddają się, znika piana.

 

W jej dzienniku są ustępy oczywiste i niejasne

dla przywódców, imigrantów, robotników, kupców i studentów

dla wojennych zwycięzców, dla przegranych piszących

a następnie usuwających ślady.

Ziewa łóżko, nośnik sensu

jej krzesło chwieje się, podobnie jej życie

dziewięćdziesiąt jej świeczek zostało ugaszonych

tysiącem okrzyków i westchnień

w samotności ceruje podziurawione życie.

 

Warszawa, 2010-05-09

 

 

Scena

 

Przed oczekiwanym spotkaniem,

stanęła pośrodku

zaczęła się rozbierać, przedwcześnie, prowokując zebranych,

raz, ze zwiniętymi wargami i włosami spuszczonymi na ramiona

raz, eksponując swoje wdzięki muskając rękom swoje pośladki, pępek

i kolana aż dopełni się akt wstawania, klęczenia, bicia pokłonów, gloryfikowania Boga

poczynając od szyi, którą napinając wywyższa, gdy tylko wyciąga ją do przodu

w marszu podpierając się kijem, jej oczy, które zniewalają przestrzeń

także jej zaokrąglające się piersi, kurcząca się talia,

jak tylko światło wyrywa cień spod jej kostek

i zbliża się w kierunku bioder

ona zwija się w sobie jak oś wrzeciona w mojej wprawnej ręce

odpychającej powietrze natychmiast gdy do niej powraca

poruszając krawędzie okrycia między jej plecami, palcami,

do momentu gdy scali się widok: to co nieobecne z tym co obecne

czarne i białe

po policzkach ciekły jej łzy, które

minąwszy gołe usta

osiadły na brodawkach

błyszczała, jakby pocałowały ją promienie słoneczne

emanujący dookoła niej nimb przykrył to co wokół.

Zaczęła wlec swoje porzucone odzienie

aż zniknęła za kulisami

trening w całej swej wspaniałości był okrutny

przed wyczekiwanym spotkaniem,

gdzie milczenie pożera miejsce.

 

Warszawa, 2011-06-08

 

 

Elegia nieobecnych

 

Pozostałość metalu w mięśniach poddaje się logice ciekawości

ale większość starzeje się

gdyby nie osobliwy widok, którym wszyscy byli rozentuzjazmowani, nawet piesi

dystans (bez nich) rozciągałby się w nieskończoność

wygnanie nie miałoby nazwy.

Realizowane projekty i wszystko inne czekałoby,

drogi wiłyby się jak kobieta w czasie porodu

powietrze wstrzymywałyby koła i bezdomni,

zmarłe ofiary.

 

Dym niczym westchnienie unoszące się w przestworza

gdzie przestrzeń woła o pomoc

a krzyk jest niczym innym jak oddechem śmierci

masa ludzka rwie za rykiem pragnień

bezprecedensowy wyścig w kierunku wszystkiego,

z celem,

bez celu

palenisko boleści jak tylko wygasło,

wybuchnął niesamowity pożar

rozentuzjazmowany słomą ogień.

 

Ryk podskakujących silników

niczym pełzająca starość

dokąd gnają pojazdy bez ludzi?

I rzeka bez brzegów?

 

Widział je starzec przemierzający pożar

dziecko leżące na trawie

krzyż przebił jego rękę więc schronił się na szczycie drzewa

palce wbijają się w ziemię

pokolenia, obcy i powiązane ze sobą pragnienia,

lecz on jest jedyny pierwotny-

pocałunek kona

sterczące pałeczki płucnej gruźlicy.

Pozostałości hamulców, i nieobecni wtrąceni do cmentarza

z zamarzniętymi łzami

na policzkach

nad którymi unosi się kurz nieobecnej świadomości.

 

Jabłonna, 2007-06-09

------------------------------------------------------------------------------

 

 

HATIF JANABI

 Jest wybitnym poetą, pisarzem, eseistą, tłumaczem literatury polskiej na arabski i arabskiej na polski, arabistą, polonistą, teatrologiem i wykładowcą na Uniwersytecie Warszawskim. Pisze po arabsku i po polsku. Zajmuje się on literaturą i kulturą arabską oraz polską. Jest także komentatorem życia polityczno-społeczno-kulturalnego w Iraku i na Bliskim Wschodzie.

W sierpniu 1976 roku opuścił Irak ze względów politycznych i od tamtej pory pozostaje w Polsce. W 1972 roku ukończył Arabistykę na Uniwersytecie Bagdadzkim. W 1979 r. otrzymał tytuł magistra filologii polskiej na Uniwersytecie Warszawskim, a w 1983 r. doktoryzował się w zakresie teatrologii. Od 1979/1980 r. jest wykładowcą w Zakładzie Arabistyki i Islamistyki UW. W latach 1985-1988 był wykładowcą Literatury Arabskiej i Dramatu na Uniwersytecie Tizi-Ouzu w Algierii. W latach 1993-1994 był Visiting Scholar w Indiana University w Bloomington, USA.

  Ma on w swym dorobku ponad 25 tomów poezji, opracowań krytycznych i przekładów. Jest członkiem polskich i zagranicznych stowarzyszeń twórczych i naukowych, m.in. był członkiem Zarządu Polskiego PEN CLUB-u(do końca 2003r.). Jego twórczość poetycka jest tłumaczona m.in. na Angielski, Francuski, Duński, Czeski, Grecki, Hindi, Hiszpański, Kurdyjski, Niemiecki, Perski, Rosyjski i Słowacki. Jest notowany w wielu antologiach, encyklopediach i słownikach polskich i zagranicznych. Brał on udział w około dwustu spotkaniach autorskich, konferencjach naukowych oraz festiwalach literacko- artystycznych. Dzięki temu miał okazję podróżowania po świecie. Jest laureatem wielu zarówno polskich jak i zagranicznych nagród literackich.

Pin It