Agnieszka Marek - wiersze i z obrazkiem Franciszka Maśluszczaka

 

Franciszek Maśluszczak
Franciszek Maśluszczak

 

Jasność

 

Rurek z  kremem nie będzie, choć oboje lubimy słodycze,

a  życie przyzwyczaiło nas do kruchości. Znikasz

codziennie, schowany za zbyt trudnymi wierszami,

w  domu, którego nie zobaczę, nie poczuję zapachu

 

pościeli i  porannego wtulenia w  poduszkę. Jesteśmy

za szybą. Co jakiś czas liżemy chłód, bo po drugiej stronie

wciąż iskrzy. Bywa, że jeszcze karmisz mnie jak wiewiórkę –

twardym spojrzeniem, które dziwnie topi się na mój widok,

 

rozpuszcza. Ciebie i  mnie. Na połówki, ćwiartki, osobne mgnienia.

 

 

Ostatki (I)

 

 

Nie mogę skojarzyć inaczej. Jest ryba wyrzucona

na brzeg, brakuje wody, a  powietrze skraca tu i teraz.

Matka odpływa. Oddechy stają się coraz krótsze, a  ja

 

wpatruję się – wciąż jeszcze nie mogąc uwierzyć.

Bo wszystko wygładza się i  znika, zatrzymuje.

I  jeszcze tylko myśl: kto tutaj zostaje, kto odchodzi.

 

 

Cleaning in progress

 

Po śmierci matki są tylko braki, (po)równania z wieloma

niewiadomymi. Noc gęstnieje, a szelest opon na mokrej

ulicy przypomina kołysankę sprzed lat (przecież tak lubiła

śpiewać). Gdzie jestem? W jakie wciśnięta ramiona i pośród

 

czego szukam ciepła? Zostały mi światłowody, ciemne materie

żałobnych bluzek (powiedziałaby, że nawet seksownych),

spotkania z tymi, co zostali. I rękę mam jeszcze, i ten głupi odruch

sięgania po telefon, gdy natychmiast chcę ci opowiedzieć, jak smakował

 

Olsztyn i że bezpośredni pociąg to już tylko mgliste wspomnienie.

To właśnie mam: zasypianie z pluszowym miśkiem na piersi,

zakazanym smakiem toffi gdzieś pod językiem. Z wieczną mantrą:

 

kochać, kochać.

 

 

O  matce (bo nie mogę inaczej)

 

Diagnoza boli od lutego. Paradoksalnie najbardziej,

bo ciebie nie bolało nic, do samego końca, a  lekarze

coraz szerzej otwierali oczy. Listopad kolejnego roku

 

przynosi gładką, bursztynową płytę, twój uśmiech

zaklęty w  porcelanie (znów jesteś inna i  ponownie

niektórzy wydają się być zgorszeni). Jak na tę porę

 

roku jest zbyt ciepło. Samoloty z  pobliskiego lotniska

nic sobie z  nas nie robią. Znamy te akrobacje: nie spuścić

głowy w  dół, nie płakać zbyt często. Doraźnym rozwiązaniem

 

może być skupienie wzroku na zniczu, niemal nałogowe

wdychanie stearyny. Wymiana długopalących wkładów

co trzy dni. Prawie jak chemia.

 

 

Prognozy

 

Przyzwyczajenie przynosi zdumiewające odkrycia: zamiast

marzeń znajduję białe plamy, pustkę w  kalendarzu. Daty,

które kiedyś przyprawiały o  miłe drżenie w  podbrzuszu, nagle

przestają rozgrzewać. Nikt nie przypuszczał, że ostygnę, a  nawet

 

zacznę krzepnąć. Ten chłód narasta i  nie tłumaczą cię ani kilometry,

ani nawet sławna w  całym kraju czterdziestka na karku. Nic nie ratuje.

Pierwsza wspólna wieczerza prawdopodobnie stanie się ostatnią.

Pewne słowa wciąż stają w  gardle: odpowiedzialnośćwierność niosą

 

w  sobie to samo niebezpieczeństwo, co przereklamowany od wieków

karp. Nie przełykasz, bo twoja tradycja to wieczne zmiany i  nic stałego.

Zaraz po świętach wyleję resztki, nie łzy.

 

 

Z powrotem

 

 

Milczenie uwolniło zaskakująco wiele – odnajduję w  sobie

łagodność mchu, poszycia usianego zawilcami.

Takiej mnie nie znasz – wplecionej w  naturę, niby wygasłej.

Kwiecień zagląda w  oczy, oślepia. Najbezpieczniej jest

 

przymrużyć powieki, zdać się na dotyk. Niezwykłość rodzi się

w  przyspieszonym tętnie, zbyt gorącej skórze. Wracają zapachy,

które zepchnąłeś na dno, pozwalając im odejść. Odkrywasz

 

na nowo – słodko-słony oddech wpływa prawie do krwi.

Jakiś krzyk później. Wszystko na swoim miejscu.

 

 

Możliwości

 

Mam nadzieję, że umrę ładnie i  nie będziesz przy tym.

Nie ma nic przyjemnego w  patrzeniu, jak oczy zasnuwa

mgła, oddechy stają się coraz rzadsze. Sprawdziłam, więc

 

po co ci to? Obejmij mnie myślami, wspomnieniem, które

włożysz pomiędzy książki, zaczarujesz w  zakładkę. I  będzie, nawet jeśli

mnie się nie uda. Przecież zaledwie wczoraj oglądałam nekrologi

 

kobiet w  moim wieku. Nie mów, że niemożliwe. Najbardziej będzie

mi żal domu, którego nigdy nie zobaczę i  licznych śniadań, co miały

być: nasze, niespieszne, przyprawione śmiechem. I  tego psa w  kolorach

 

pszenicy, który sam wracałby do nas po spacerze. Więc jeśli tego

ma nie być, jeszcze dziś sprzedam zazdrość, wytrzepię resztki

wątpliwości z  głupich snów. Poczuję czas.

 

 

Prośba

 

Powiedz mi, jak mnie kochasz – te banalne słowa

tłuką się dziś do okien. To zamiast perseid

potok liter, co nigdy nie staną się ciałem –

tak jak my zostaliśmy na przeciwnych brzegach.

 

Powiedz, co by się stało, gdybyś się odważył

wybrać czułość i  ciepło, a  nie oddalenie,

i  gdybyś tak zwyczajnie zapomniał tych masek,

które mocno utkwiły w  drogich dla mnie miejscach.

 

Powiedz, czego zabrakło, żeby ponazywać

nasze chwile, tęsknoty i  kruche marzenia,

te wszystkie lepkie myśli przychodzące nocą,

sny, co się kładły obok, bo nie było ciebie.

 

Powiedz, ile mam czekać na jedyne razem –

już prawdziwe tak mocno, że nie spuszczę oczu,

kiedy będziesz mi mówił, że to nie są gwiazdy,

tylko garść srebrnych liter o  tym, jak mnie kochasz.

 

Pin It