Piotr Müldner-Nieckowski

WIERSZE

 

piotr muldner-nieckowski 1

 

* * *

Jednak mimo wszystko na przekór tym

którzy sądzą że to wszystko od rana do wieczora

jest piękne i przyjemne

powiem że widziałem przed chwilą

jak uderzony pies wgryzał się

w rękę i próbował sięgnąć szyi

 

 

Dąb

 

Tak, każdy z nich był pieszczochem królów i cesarzy,

Bach, Euler, Oczko, Pasteur byli ozdobą tyranów,

szlachetnymi kamykami w koronach,

lecz władca ugryziony w diament przez komara

mógł dostać spazmów, i tak też robił,

a służący usłużnie wydłubywali rubiny z metalu,

rzucali pod nogi. I oni byli odrzucani.

Dziś dąb, uroczyście zasadzony z okazji rocznicy

ręką władcy umęczonego wieczornym piciem w Belwederze,

usycha, nie chce być ani świadectwem,

ani dowodem, ani tym bardziej drzewem.

 

 

Dla Adriany Szymańskiej

 

Co wiesz, Adriano?

Niebo to nie-bo to i tamto,

nie-byt. To próżnia

i pustka, fizyczna i w pojęciach,

 

tylko dlaczego tak bardzo niebieska?

Skoro ma kolor nie biesa, lecz oczu anioła,

co dolatuje ze wzrokiem do mózgu,

to może ta pustka tak próżna nie jest,

lecz wyogniona do pełna,

gdy twoje spojrzenie jaśnieje?

 

Tak agresywnie lgną do nas

nagie przejęzyczenia,

męcząca jazda na skróty przez słowa,

że w szafie przed wyjściem szukamy

niezbędnych części bielizny.

Lecz ciała nie da się okryć,

ciało jest wszystkim wiadome.

 

Tak, niebo jest białe,

tak mocno się czerwieni,

że ciało stałe, które w nas uderzy,

wycieka, ulatnia się do piekła,

sublimuje do postaci wiersza.

Lecz dyktatorzy nie chcą w to wierzyć,

dlatego jeden po drugim czezną.

 

Och, Adriana

jest jak Ariadna,

na Ziemi zbłąkana,

w poezji zaradna.

 

 

Głodówka w kościele w Podkowie Leśnej

 

Głód dopiero się zaczyna.

Najpierw nakarmić dzieci.

Po ośmiu godzinach przychodzi z kosą

Kosynier i ciągnie pług na linach.

Po dwudziestu dniach przychodzi

dziesięcioletni syn

i składa rączki, modląc się o zdrowie.

Siedzimy przed ołtarzem.

Kilku z nas nie wierzy w Boga,

ale uczymy się śpiewać razem,

aż przyjdą halucynacje.

Można rok o tym mówić,

lecz pisać przez sekundę.

 

1986, Zgorzelec, wspominając pod celą

 

 

Idziesz sobie ulicą

 

Mówisz że idziesz sobie ulicą

i nic cię nie interesuje bo sobie idziesz ulicą

ludzi nie ma w tym co mówisz

z wyjątkiem kolesia który czeka

aż usiądziecie żeby o niczym nie mówić

i aby dzień zszedł o północy w noc i ciemność

nie ma w tym ptaka który lecąc robi ci na głowę

ale idziesz po czymś przecież

ruszasz czymś przecież co staje na czymś

żeby zgodnie z prawami nieznanej ci fizyki

iść ulicą i to jak najbardziej sobie

idziesz sobie żeby iść ulicą mówisz że

interesuje cię że to ty szurasz po betonie

interesuje cię jak mówisz o tym żeby wszyscy

ty i twój koleś może jeszcze jakaś jego niunia

myśleli że ty na tym betonie jak betonowy beton

i wiedzieli co trzymasz w pysku czym się nakłuwasz

co wchłaniasz żeby nie czuć co wydalasz

i jak wyglądasz przed lustrem

żeby swoją urodą przyciągnąć dziewczynę

którą zerżniesz wydalając z siebie

niebezpieczne komórki

 

 

Skoczek

 

Kiedy skoczył na gigantyczną odległość

stu kilku metrów pobił rekord świata

jego imię odmieniano przez wszystkie przypadki

Ale gdy zapytano o poglądy co sądzi

o życiu śmierci i głosowaniu na liderów

zapadła głucha cisza wyłączyły się wszystkie radia

telewizory w kinach pogasły wyświetlacze

telefony komputery straciły łączność

i tylko ludzie szemrzą mówią poszeptują

co słyszeli nic nie słysząc bo słyszeli to

co powiedział a powiedział to co dla wszystkich

jest tak normalne i oczywiste

jak wspólne są kolacje w tak wielu domach

wszędzie po cichu są - o tym tylko ziemia drży

a oni tam w elektronice nic nie mówią milczą

o nas o naszej rodzinie o twojej też

nie chcą by była rodzina

 

 

Kołyska (2)

 

Mielą młyny, mielą, aż idzie pył,

zacierają oczy, suche łzy lecą,

a dołem kondukt z moją trumną.

Już trzeci dzień śnię ten obraz

ruchomy jak wielkanocne święto.

A górą mija rok, mija

i ludzie nie wiedzą, że mijają wieki.

 

 

Rozmowa z uczonym

 

Nie sukces jest przyczyną zwycięstwa,

ale zwycięstwo sukcesu.

Ładna formułka dla rekordzistów.

Wstałem z ławki, zostawiając

oszołomionego rozmówcę z dylematem

w płonących szaleństwem oczach.

Park wciągnął mnie na aleję,

którą poszedłem do domu na obiad.

Cóż winien ten biedny uczony,

że się pastwiłem nad nim, nie dając słowa otuchy.

Czy nie powinien wiedzieć, że osiągnięcie,

którego jest ojcem, i szczęście, któremu matką,

ściągnie na jego głowę

baty, niszczące słowa pogardy,

nienawiść całej kasty, która nie ma,

prócz pieniędzy i wygodnych siedzisk w pracy,

nic na swoją obronę,

żadnych rzeczy niewidzialnych,

ani śladu prawdziwej nowości.

Nigdy nie udało się jej nawet przegrać.

 

 

Powiedziano mi

 

Powiedziano mi że książka którą ostatnio wydałem

jest ponura i krytykuje ten świat bez litości

(no, z pewnymi rozbłyskami nadziei i gałkami smaku)

ale gładko się ją czyta i chętnie wraca

do niektórych spostrzeżeń bardzo (ich zdaniem)

trafnych takich które samemu się robi

ale o tym nie wie a ten (to znaczy ja)

robi to za nich po to chyba żeby

ich wpędzić w kompleks ślepoty i nieczułości

Mój Boże nie chcę pisać takich książek

chciałbym żeby ludzie się bawili

ciekawymi uwagami o ich braku uwagi

i ostrości wzroku na metr do przodu

cal do tyłu na wyciągnięcie rąk języka

żeby dotykali liści

których normalnie się nie słyszy

 

 

Przyjaciele

 

W tamtych czasach siadaliście na kamieniu

przy wejściu do naszej szkoły mówiliście sobie

straszne rzeczy rzucaliście w siebie obelgami

żeby rozpoznać tkwiące w was noże

i znajdować kleje które wypełnią

lukę rosnącą między wami

 

Codziennie kamieniała

twoja warstwa odporności

i twardniał woal tajemnicy stworzenia

aż poszliście po różnych drabinach

do nieba dorosłości

jeszcze słychać skrzyp owych szczebli

ostatnie słowa na pożegnanie

końcowe uwagi czego się wystrzegać

by nie dać się zabić

i mieć jak najwięcej

 

Dzisiejsze spotkanie tak przypadkowe

jak fala wybita z wody przez dziób bielika

 

Dzisiejsze słowa tak miłe uprzejme

puste jak tamta flaszka

na tamtym kamieniu

opróżniona w kilka chwil

zaciemnienia

 

 

Byłem u szewca

 

Szewc jako nosiciel nóg nie jest szewcem,

nie zna się na awanturach z szewcami,

którzy źle modelują podeszwy.

Chadza w butach robionych przez innego szewca.

Teraz znad blatu wystawił pomnik - od pasa w górę

dostojnej swej osoby.

 

Szewc podniósł zmęczony wzrok

i spojrzał na mnie znad okularów

żeby zobaczyć czy usta mam

zaciśnięte złością wygięte w podkowę

tę do złamania ręką siłacza

który mógł we mnie tkwić.

 

Czy też usta może nawykłe do śmiechu

głodne radości że jest oto lato

i można chodzić boso a nawet gołą stopą kopać piłkę

tę samą szmaciankę co wtedy gdyśmy chodzili

do jednej klasy i nikt nie wiedział że przed nami

tak piękna przyszłość

 

 

Tajemnice alkowy

 

Twoja żona uczyła się w złej knajpie

Robiąc obiad gotuje dwie zupy

Pyta którą wolisz a może od razu drugie

Robiąc pranie myli spodnie z serwetą

Czytając wiersze dziwi się brakiem rymów

Reklamę z rymem częstochowskim

uważa za pieśń przyszłości

Kładzie się z tobą do łóżka

i dziwi się że chcesz ją kochać

taką w piżamie z gumką chroniącą dostęp

aż pewnego dnia poczuje miłość

tylko nie do ciebie

 

 

W Pałacu Mostowskich

 

Co oni plotą coś o wolności,

Że wyjdę i będę - co? - znowu wolny?

Tu prześwietlony do szpiku kości

Planuję stworzyć niebyt obronny,

 

Gdzie nawet z was, towarzysze

(chyba nie marksistowscy!),

Żaden tam nie był, nie słyszał,

Jakiż tu w Polsce mamy pokój -

 

chyba tortur i przesłuchań.

Z zawłaszczonym gołąbkiem

Niezdolnym do lotu,

Sfałszowanym etosem

 

Robiących na boku.

Właśnie pod celą zacznij, kolego,

Stawać do biegu i w całej swej złości

Bić do drzwi siłą, przeczyć nicości.

 

1968, pod celą, na ukradzionej klawiszowi serwetce

 

 

Żagiel bez nawy

 

Staliśmy na brzegu a jakby na łodzi

tak kołysała ziemia

tak nami szarpał wiatr

Ty na biało jak do ślubu

Ja na czarno jak do pogrzebu

 

Objęci czterema naszymi rękami

żeby przestało być zimno

płyniemy - od lądu już daleko

Do lądu też nie blisko

lecz coraz bardziej niebiesko

 

aż zostawiamy wszystko

im wyżej tym bardziej widzimy

łódź która w dole tonie

nabiera ciężaru krzyków

złości i nienawiści

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski

 

Pin It