Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

Blue & cold

 

Ośnieżone autobusy przesuwają smutne

ulice mojego zakatarzonego miasta,

trzeszczy ballada sprzed epoki

ułatwionego dostępu i wolności dla gości,

 

a ty leżysz naga na obrazie Modiglianiego

i puszczasz do mnie lewe oczko.

Czy dostrzegasz mnie swoją płomienną

wyobraźnią, czy słyszysz, jak pulsuje

 

we mnie werbel krwi, jak dobijam się

o miejsce w szeregu twoich myśli?

Wiem, tobie też jest zimno, a niebo jest

dla ciebie tylko niekończącą się barwą.

 

Ubierz się więc i walcz! Zatrzymaj

te kontenery śniegu, autobusy krwi!

Tobie też jest jasno, gdy patrzę, gdy

spoza płótna wyłania się światło dnia.

 

 

Kawa i miód

 

jak byłem mały to na śniadanie

jadłem bułkę z miodem

albo mannę z wiórkami

mlecznej czekolady

w kawie rozsmakowałem się

znacznie później

i nigdy jej nie słodziłem

 

gdy ciebie poznałem najpierw

spodobały mi się twoje nogi

a dopiero potem cała reszta

podczas pocałunków

wdmuchiwałem do twoich

niepalących ust cały mój

rakotwórczy świat

 

wiem to była masakra te

beznadziejne wyskoki na

mazurach z chybotliwej kładki

a następnie wyrzuty sumienia

w rytmie disco polo

jakby nie wystarczały

wędka haczyk i przynęta

 

teraz przy małej czarnej

w mcdonaldzie planujemy

nasze dalsze życie na te

dwie godziny jakie nam

jeszcze pozostały bez miodu

słów i bez tej śmiesznej

zmetaforyzowanej formy

 

mogę ci tylko powtórzyć

że świat bez ciebie byłby

taki sam zafajdany i piękny

przewidywalny i odjechany

słodko-gorzki i kwaśny

 

no dobrze bez ciebie

byłbym nikim

 

 

To lubię

 

lubię gdy jesteś blisko

uśmiechasz się do moich snów

i w ciszę ślesz różowe motyle

 

podnoszą nas wtedy na duchu

dawkowane bez ograniczeń

słone orzeszki i krzysztof klenczon

 

lubię gdy kochamy się nad życie

twoje ciało jest owocem mango

a ja odkrywam jego tajną pestkę

 

kręcą mnie nasze nocne rozmowy

w samochodzie gdy zmysły

prześwietlają się jak gwiazdy

 

uwielbiam gdy uwalniasz zapach

imbiru który przemierza mleczną

drogę do mojego kosmicznego ego

 

umówimy się na cmentarzu

na skraju kasztanowej alei

gdzie wiatr mówi dobranoc

 

będziemy leżeć w jednym grobie

pod stertą żółtych liści pieścić

robaki i kochać się na wieki wieków

 

 

Słowem jesteś

 

1.

 

lubię twoją niebieską bluzeczkę

miękką i śliską w dotyku

 

wszystkie jej zakamarki i zapachy

i gdy leży zmięta na podłodze

 

aż mi się chce pisać wiersze

gdy na ciebie patrzę

 

2.

 

zaglądam ci w oczy

przyciskam do muru

 

czerwony jak cegła

zielony jak jabłko

 

które dałaś mi

przez pomyłkę

 

jak słowo honoru

skazanemu na czekanie

 

słowem jesteś

i w słowo się obrócisz

 

3.

 

nie jesteś pustą formą

łudzącą zmysły

 

wyszukanym nazwiskiem

w internecie mgłą wiosenną

 

czy wiśniowym ciastkiem

które przecież tuczy

 

mam dla ciebie dużo

serdeczności i zapału

 

nawet nie wiesz że

po nocy następuje

 

noc

 

4.

 

kołdra trzyma twoje ciepło

pies skomli

 

woda na herbatę szumi

ciebie już nie ma

 

 

Twoje czerwone paznokcie

 

Szukałem w twoim pastelowym łóżku

wczorajszej nocy. Przyszłaś do mnie

po rosie i białym wytrawnym winie.

Nasz zjednoczony śmiech odbijał się

 

w porzuconym na stoliku okrągłym lusterku,

upstrzonym nadrealnymi esami-floresami,

a potem trafił w samo serce świata,

które zresztą nie było wcale puste.

 

Jutro będzie jutro i wreszcie znajdę

znajdę się sam, tak jak ten biały latawiec,

którego kiedyś puszczałem z dziadkiem,

ale to nie był mój dziadek.

 

 

Szachy

 

Za młoda jesteś na wieczność

otwartych oczu i placów wolności

wszystkich podmiejskich przystanków

i wiernych mężczyzn czekających na cud

przemienienia żebra w puch marny, łabędzi

puch, moja mała damo, teraz twój ruch.

 

Kochaj mnie, póki jeszcze jestem ciepły,

póki masz ochotę na słodkie jak dżem

malinowy słońce, zapowiadające raj

na ziemi, natchnij mnie duchem światła dnia

i uwierz we mnie jak w jesienny deszcz.

Nie zostawiaj mnie samym słowom.

 

 

Moja wakacyjna magdalenka

 

Moja magdalenka nazywa się białe wytrawne wino, nie pamiętam już jakiej marki. Było ciepło, ale tak w sam raz, jak lubię. Jakaś miła kafejka blisko Parku Łazienkowskiego i bardzo ugrzeczniony kelner (oni zawsze są bardzo ugrzecznieni). W piwnicy odchodziły modne w tym sezonie tańce. Twój jasny i lekki śmiech powiedział mi, że nic się nie kończy, że to właśnie teraz.

--

 

Marek Czuku, ur. w 1960 w Łodzi, gdzie mieszka do tej pory. Pisarz i dziennikarz, z wykształcenia fizyk i polonista (UŁ). Formy twórczości: poezja, proza, esej, recenzja, felieton, piosenka, publicystyka. Wydał dwanaście tomów poetyckich, ostatnio: Nietrwała kompozycja (2013) oraz Igły i szpilki (2016). Należy do Stowarzyszenia Pisarzy Polskich (obecnie jest w Zarządzie Głównym) oraz do Academia Europaea Sarbieviana.

Prowadzi literacki blog: http://wforma.eu/wedrowniczek-marka-czuku.html

 

Pin It