JACQUES ROUBAUD

W przekładach Krystyny Rodowskiej

 

 

Fot.: Ji-Elle (CC BY-SA 3.0)
Fot.: Ji-Elle (CC BY-SA 3.0)

 

 

1.1.11   0                                             [GO 127]

 

bogactwo swoje znajdziesz w najbardziej oddalonych słowach skarb ukryty

w gęsiach z czerwonym żabotem   to minerał którego nie uświadczysz

pod gołym niebem to związek sprzecznych użytków ze słowa

 

inni będą szukali schronienia w planetach  lub w nieskończenie mikroskopij-

nym ping-pongu subatomu (istnieje wielość smaków którymi się pasą usta

tych co trenują przyszłość)

 

ale słowa są dla ciebie solą i grą skąd wywodzi się zdania które schną

w których wypala się wszystko aż do dzieciństwa

 

podwójny narkotyk zawiera podwójną moc raju coś jak kamień pod korą

drzewa rysunek na ziemi

 

 

1.1.12    •                                              [GO 141]

 

w tym języku  nie da się wypowiedzieć prerii     śnieg jest głoską która

nie  chodzi na dwóch nogach  ani cierń   na stronie zawsze wirującej płyty

morwa metal tworzą nieme sąsiedztwo

 

w tym języku  kłamstwo wykręci się sianem   drzewa kroczą naprawdę po

niebie   latarnia się cofa  ku czasom słyszalnym  stromych dachów  arle –

kinów

 

dajcie mi w tym języku kolory najczystsze jak fale które skruszą nawet

skałę dajcie mi całkiem nową chyżość w tym języku

 

dajcie mi wsparcie wciąż pełzam po piasku nie potrafię nigdy wprawić

w ruch czasu dajcie mi całe wieki w tym języku

 

 

1.1.13   °                                           [GO 139]

 

dajcie mi fale nanoszące przeszłość   przewody tak cienkie że potrafią

wchłonąć chwile najmniej czytelne (eskalacja chromatyczna wspomnie-

nia) dajcie mi płótna ruchome filmy futra pędzle fotonów właściwości

smaki dajcie mi transkrypcje nigdy dotąd nie stosowane

 

dajcie mi czerpać bez końca z tej samej podróży oka na włosach opadających umieśćcie w jądrze rozjątrzonym słońca dajcie mi płomień i nie-

skończoność (główki od szpilek planet)

 

pozwólcie mi się wedrzeć do ludzkiego świata jak skalpel   terrorysta

tkanki pozwólcie mi wypatrzeć skazę na śniegu w zimie   proszę tylko

o wczorajszą kostkę by włożyć ją wam do ręki

 

nie dawajcie mi wina jeśli nie wolno lecz   bulaj   lunetę przez którą

wejdę wniknę w jej barwę odczytam jej początek dajcie mi szybko mam

tylko

 

 

1.1.14

 

 

białe zostaje białe

 

 

1.1.3              o                                                                   [GO  133]

 

Należę do nerwów ulic   do muren  do hieroglifów na

korze jesieni  do szczebiotu drobiazgów  do ofiary z siebie do

skąpstwa   do wielkości ducha   maluczko  acz  umiarkowanie pod prąd

( przez wieki  minuty  godziny  przez nic   przez złoty punkcik

w jasności)

 

wszech- słońcem   żarem kulistym  śliną błękitu  ślimakiem  sklepikiem

z kośćmi  lasem złocistym  spanielem albo ostem  narwalem jestem  jestem

także popołudniem w którym usypiają muchy  albo wersją gwiazd nie

najnowszą  za to najpewniejszą

 

przeszedłem przez to  wiem  wierzę wam  należę do czasu

w którym wszystko się zaczyna  pustka  plazma  rachunek życie  jak

myślę nie da się wciąż jeszcze rozszyfrować morse’a gór

 

nie potrafimy dedukować z zarodników ! ( bywały okna które

się zatrzaskiwały  ryk samochodów  kłótni  wrzask euforii na wyścigach

w owym czasie nie skończyłem jeszcze z doraźnością)

 

 

1.1.4              .                                                       [ GO  117]

 

Należę do palca który wygrywa la  do wątku  do płaszcza do

talerzyka z miodem  do futrzanego mokasyna- trzmiela   należę

do okna – niebieskiego jasnowidza

 

należę do wszystkiego  ale nie wczoraj do ognia  jutro zaś do paznokcia

do wszystkiego

naraz  mam taką władzę która nie mieści się w moich możliwościach o nie  to

czym jestem      należę

 

jakto  mówiłem  są popioły którymi nie jestem  koła

których nie wprawiłem w obrót  kwadraty których nie jestem kątem

 

jakto   mówiłem   są oczy którymi nie patrzyłem  tłumy

bez mojego udziału miotały się na ulicach  prawdy beze mnie

odnalazły koniec swego łańcucha

 

1.1.5                             o

 

białe

 

pole łubinu

 

wszystkie okrzyki świata: salwy ptaków

i śmiechy  motor sapiący pod górę brzmiały

ponad kurtyną drzew: ja leżałem

na brzuchu widząc nadciąganie cieni

koniczynę pod sobą   z głową  w uniesieniu

słońcem podczas gdy cień się szerzył  pokładał na polu

ścieżka wygasła na mnie  bo  trwałem bez końca

w upale popołudnia  ciężko w moich skroniach

pulsowała samotność czas wyciekał z dłoni

coraz dalej i dalej było do powrotu  szedłem

na oślep goniąc moje słońca

 

 

[  słońce   szum ]         o

 

słońce szum    słońce gorące

z dłońmi splecionymi na karku

żyjemy pod twoją ścianą

i kochamy cię na siedząco

sam na sam z tobą  zamykając oczy

ze stopami w twoich białych wodach

 

widzimy złoto i fiolet

stajemy się wielkim brzęczeniem

w  smudze głosów

i nie mogło by już być lepiej

gdyby nie nadchodził wieczór

nieobecność uzbrojona po zęby   śmierć

 

 

1983: STYCZEŃ                                            1985: CZERWIEC

 

Rytmiczna skala słowa niemal mnie przeraża.

 

Nie potrafię otworzyć ani jednego tomiku wierszy.

 

Powinno się zrównać z ziemią wieczorne godziny.

 

Kiedy się budzę, jest czarno, zawsze.

 

W setkach czarnych poranków znalazłem schronienie.

 

Czytuję nieszkodliwą prozę.

 

Pokoje zostały jak były: krzesła, ściany, okiennice, ubrania, drzwi.

 

Zamykam drzwi jakby cisza mogła.

 

Światło przelewa mi się uszami.

 

 

Przybój

 

Przybój morza.

woda zdrożona .               woda

zbłąkana .              szczątki.          Tymianek

 

Pokrzywy.                                      pod prąd czasu

szedłem w twój oddech          przywierałem do twoich resztek

 

Zasypiałem u progu twego ciała.

 

Czas wracający                      wra-

kiem teraz        róża

 

Fotograficzna  nadmuchana

Wiatry                        róża

zatoka           różaniec

 

Niech dłoń twoja wstrzyma

przybój            czas

który

znowu

nadchodzi

 

 

Rankiem

 

Jestem mieszkańcem idiotycznej śmierci   głowa jak owsianka.

 

Sypnęło owsem czarnym poderwały się ptaki do lotu (jest godzi-

na czwarta, jest piąta)

 

Drzewa ubierają się od stóp do głów

 

W moim kubku od kawy zatapiają się archipelagi czarnego błota

 

Popijam lurę

 

Kościół, piasek, wiatr niezdecydowany

 

Posunąłem się o linijkę, dwoma palcami

 

Chciałbym spać z tobą na waleta

 

Oczy twoje na moich ustach    zamiast tego    - nic

 

 

Medytacja pięciu zmysłów

 

Zstępuje się tam po spirali, potępieńczo.

 

Od widoku do głosu od głosu do oddechu, zapachu, zapachów.

 

Od zapachu do smakowania: gryźć, wysysać, przepływ śliny.

 

Głębia studni : ostatecznym wnętrzem jest dotyk.

 

Dotykanie ciała na przestrzał, rozkosz i rozkład.

 

Dotykanie się rąk, skóry, współistnienie w tych samych miejscach ducha,

w tym samym ciele ciał, wymawianie siebie ustami, smakowaniem, tchnieniem,

oplatanie się, które nawleka na oddech.

 

Medytacja pięciu zmysłów: to tutaj się modli wszystko co śmiertelne.

 

Jakby rozwiewanie się odległości dzielącej dwa ciała sparzone upałem

nieskończenie teraźniejszym: raj wciąż czuwa nad własnym zaprzeczeniem.

 

Na wszystkich tych stacjach zstępuję do piekła, wspominając.

 

 

Pornografia

 

Czy wspomnienie może być pornograficzne?

 

Gdybyż pornografia mogła nie być aktem publicznym, obywac się bez osób

trzecich, jako że wspomnienia nie można zapisać, pokazać, wypowiedzieć;

jest się w nim, ale bez podglądaczy.

 

Nie jestem nekrofilem, nie pożądam twojego trupa, nie wiem co to

takiego, zobaczyłem cię martwą, nie widziałem trupa.

 

A jednak Cię pragnę.

 

Te wspomnienia są najmroczniejsze ze wszystkich.

 

Zadają straszliwy gwałt zasadzie rzeczywistości.

 

W biały dzień, rzucam się w odmęty.

 

Ty poruszasz się, słyszę twój oddech.

 

A przecież cisza jest absolutna.

 

 

Śmierć rzeczywista i nieustająca

 

W świetle dnia, stwierdziłem twą nierzeczywistość. Wydawała z siebie potwory

i brak ciebie.

 

Wskazówka na zegarku wciąż się poruszała, mieściłem się bez reszty

w twoim straconym czasie.

 

W tej chwili po raz ostatni wolno nam być z sobą.

W tej chwili po raz ostatni wolno nam być.

 

Przypada mi. odtąd, skrawek nieba, skąd sprowadzasz chmury,

uwierzyć w ten obraz.

 

Twoje włosy poczerniały nieodwołalnie.

 

Zacisnęły się nieodwołalnie twoje wargi.

 

Twoje oczy zatknięto na żerdzi widzenia.

 

Wszedłem w noc, która miała brzegi, poza nią nie było niczego.

 

 

W przestrzeni najmniejszej

 

Bardzo rzadko oddalam się z tego miejsca, jak gdyby zamknięcie

w najmniejszej przestrzeni przywracało ci rzeczywistość, bo przecież właśnie

tutaj żyłaś ze mną.

 

Zachodząc - tak jak wtedy gdy wschodzi - zagląda tu słońce, jeśli

dzień jest słoneczny, i sunie dalej swoją zwykłą drogą, po ścianach,

sufitach i krzesłach, załamując się, przysypiając na drzwiach.

 

Uczestniczę w tym żywo, wodzę za nim oczami, przykładam rękę

bez jednego ruchu, bez myśli, dopełnienie bezwładu.

 

Ty nie mieszkasz w tych ścianach, nie, tego bym nie powiedział,

nie nawiedzasz mnie, teraz już tylko z rzadka zdarza mi się słyszeć w środku

nocy twój głos, nie zaskakuję ciebie, otwierając drzwi albo oczy.

 

To, czym się zajmuję bez reszty i co mnie odciąga od wyjścia na

zewnątrz, oddalenia się stąd, jak najdalej od tych pokoi, ruchów słońca, to

przestrzeń, wyłącznie przestrzeń, taka jaką ty wypełniłaś obrazami,

zarysami swojej postaci, swoich sukien, swojego zapachu, swego ciemnego

upału, swojego ciała.

 

Znikając, nie zagnieździłaś się nigdzie indziej, rozpuściłaś się tutaj,

w tej przestrzeni najmniejszej, schowałaś jak w kryjówce, ona cię wchłonęła.

 

Zapewne w nocy, jeżeli obudzę się w nocy, przecierając oczy, z trwogą

w sercu, bo okno jest takie ogromne, i usłyszę szelest, zapewne w nocy

mógłbym ci nadać kształt, wymówić cię, stworzyć od nowa, plecy, brzuch,

wilgotną nagość czarną - i nie poddaję się temu pragnieniu.

 

Zdaję się na wydłużone linie okien, kościoła, pola golfowego, dachów

na lewo od kościoła, skąd skaczą w powietrze chmury, każdego wieczoru.

 

Czekam, aż słońce podejdzie bliżej, okryje mnie całego, położy się

na mnie, obdarzając swym ulotnym ciepłem. I myślę, bez wiary, że to twoje

ciało, przywrócone światu, odżywa.

 

 

Ostateczności

 

Słońce zasypia pod drzwiami.

 

Jest całkiem oczywiste, że coś się kończy, ale właściwie co? gdyby

chodziło o dzień, to byłoby proste, prostotą płynącą z zewnątrz, która

wyraża się w kilku gestach: lampa, zamknąć drzwi, łóżko.

 

To nie może się do tego sprowadzać.

 

Dopatruję się wskazówki w słońcu, w kałuży słońca, uśpionej pod

drzwiami, która już się porusza, wycofuje.

 

Umrzeć? Nie sądzę, a zresztą śmierć nie byłaby czymś ostatecznym,

. przynajmniej dla mnie.

 

Coś tutaj dobiega końca, całkiem blisko, coś przyczajonego w tym

słońcu drzemiącym pod drzwiami, nie dowiem się, co to takiego.

 

Nie będę nawet usiłował się dowiedzieć, słońca już nie ma, noc

uprzedzona, że się skończy, wstanę, zamknę drzwi, jeszcze tylko lampy, łóżko.

 

Był taki czas, kiedy nie zaprzepaściłbym sensu żadnej wewnętrznej

mety. czuwałbym w nocy, z dłońmi pełnymi nocy, słów.

 

Teraz przychodzi kres, poddaję się.

 

 

 

Nic

 

ten skrawek nieba

odtąd

przywrócony tobie

 

tam, gdzie się łamie

ślepa twarz

kościoła

 

poruszona

oddechem kasztanowca,

 

słońce tam

waha się

kładzie

jeszcze błysk

czerwieni,

 

zanim ziemia

zionąć zacznie

nieobecnością

 

tak bezgraniczną

 

że twoje oczy

zajdą

w nic

 

 

Pędzel świetlisty

 

W kolorze nieosiągalnym

 

W nieosiągalnym     czekaniu    na kolor

 

Na linię która zaciera      twarz

 

W zmarzlinie    białej     zmarzlinie czarnej

 

Czekanie srebrzyste     oka soli srebra

 

Platyna    sepie

 

Trzepotanie mew bieli i czerni

 

Linia         dymiąca światła     przerażenie      wypisane

światłem     nieruchomieje      dokładnie        tam

 

Gdzie ty się stajesz czarna

 

 

Wiersz przygotowawczy

 

z okna widok na wieczór wydrążony, wieczorna czerwień ulatnia się;

 

(wieczór zapadł znienacka, cienie nie zdążyły jeszcze sporządzić

inwentarza wzajemnych powiązań).

 

wieczór którego nie byliśmy świadomi choć nas wypełniał bez reszty

 

kreda      szyby      emfaza fasad

 

drżenie kurzu na gzymsach jak pocieszenie

 

kojące dla oczu.       powietrze uległe

 

kształty, obrazy, głosy, konkordancje liści zestrojonych późno

 

materialne i kruche światło wchodziło do płuc

 

i świat się utożsamiał z tym czym mógł być w pierwszym wieku

fotografii.

 

 

Pamięć

 

pamięć: urodzona zbyt późno

ciało nieustające   istnienia rzeczywiste i nieskończone

 

z dala od chwili naznaczonej cierpieniem

 

od wspomnienia które nie chce abym zapomniał

od wspomnienia które nie zapomina o tym czego chcę

 

pamięć przeplata się z ciemnością nocy

 

czas reformuje się wokół pewnego głosu

 

bezimienne powierzchnie      bezimienne także łączy się w pary

 

nareszcie przestrzeń gromadzi się w sobie podwaja

 

 

Sacré-Coeur!

 

Sacré-Coeur!

 

Widzę ciebie

o Smoczku,

z tym wielkim cyckiem w kształcie krzyża

 

Sacré-Coeur!

Ależ was jest aż siedem!

Widzę was dobrze z dołu

pagórka przy skwerze świętego Piotra

trzy małe smoczki

trzy średnie smoczki

i jeden wielki

 

Jest wieczór

gloria niebios rozchyla się

aby anioły mogły się przyssać

do trzech małych smoczków

i trzech średnich smoczków

 

Ale ty

wielki Smoczku

tyś przeznaczony dla Dzieciątka Jezus

ach!

oby nie zraniło sobie usteczek

na twoim cycku w kształcie krzyża

 

 

Dobrana para

 

Ulica Rambuteau

Niedziela

godzina jedenasta

 

on i ona

ona i on

zgodnie

moczą zelówki w rynsztoku

którym spływają

wody z rybnego targu

 

a potem

starannie

wycierają je

o kant trotuaru

 

wdepnęli bowiem w straszne gówno

 

no no

mówię sobie

cóż za dobrana para

 

 

Kitty O´ Schea

 

teraz kiedy uczę się pić

przewidując że już wkrótce

zostanę emerytem

 

od czasu do czasu

popołudniami

chadzam do Kitty O’Schea

i zamawiam

„ a pint of guiness, please”

 

zasiadam z książką

w języku angielskim

i spędzam godzinę

w samotności

na nieśpiesznym czytaniu  popijaniu

łyk po łyku

czarnej gorzkiej i orzeźwiającej smoły

 

Kitty O’Schea to znany irlandzki pub

w centrum Paryża

dwa kroki od Tuilleries

lecz mimo to

wyobrażam sobie

że jestem w Londynie

 

sposób nie gorszy niż inne

żeby znaleźć się gdzie indziej niż w mieście

w którym mieszkam

 

 

wyobrażam sobie

że jestem w Londynie

 

sposób nie gorszy niż inne

żeby znaleźć się gdzie indziej niż w mieście

w którym mieszkam

 

 

NOTA

 

JACQUES ROUBAUD (rocznik 1932) – poeta, eseista, prozaik, matematyk, tłumacz. Jego poetyckie juvenilia, spod znaku surreali­zmu, sięgają lat pięćdziesiątych, ale przełomową książką, która stanowi o jego artystycznej tożsamości, jest Є (1967). Zaczerpnięty z nauk ma­tematycznych „znak przynależności”, umieszczony w tytule, streszcza i zapowiada intencje stworzenia wielkiego „Projektu” przez autora, który sam sobie nadał poźniej miano „kompozytora nauk matema­tycznych i poezji”. Kolejne ważniejsze tomy poezjit o: Mono no awareLe sentiment des choses. Cent quarante trois poèmes empruntès au japonais (1970), Trente et un au cube (1973), Autobiographie, chapitre dix, poèmes avec des moments de repos en prose (1977), Quelque chose noir (1986), La pluralité des mondes de Lewis (1991), Poésie (1993), 1995, La forme d’une ville change plus vite, hélas, que le coeur des humains (1999). Jest autorem powieści: L’enlévement d’ Hortense (1987), L’exil d’Hortense (1990) i składającego się do tej pory z sześciu „odgałęzień” wielkiego „Projektu” narracyjnego, z których pierwsze to Le grand incendie de Londres (1989), ostatnie zaś, z ubiegłego roku, ukazało się pod tasiemcowej długościtytułem Nous, les moins-que-rien, fils ainés de personne, 12 (+1) autobiographies de Jacques Roubaud (2006). Innym przedsięwzięciem Roubaud, wynikającym z jego specyficznego sto­sunku do tradycji literackiej, jest zrealizowany razem z Florence Delay cykl Graâl-Théâtre ( 1997), oparty na tzw. materii bretońskiej, w którym ożywa świat legend arturiańskich i stanowiący jego kontynuację Graâl Fiction ( 1978), a także La fleur inverse ( 1996) – esej o sztuce i formalnych pomysłach trubadurów, którymi nigdy nie przestał się pasjonować.

   W różnorodne i z pozoru rozproszone dzieło Roubaud wisuje się poetycki w istocie zamysł stworzenia wielowarstwowego traktatu pamięci języków literatury, zbudowanego z systemu ech, odniesień i powiązań internarracyjnych. Uprawiając poezję i prozę, otwierając tę ostatnią na horyzonty maksymalistycznie poetyckie, Roubaud stawia na finalną niemożność realizacji swojego „ Projektu”, zamienionego w opowieść o jego niedokończeniu. W swojej poezji, już od „ Znaku przynależności”, Roubaud zespolił hołdowniczy stosunek wobec tradycyjnych form, takich jak sonet czy sestyna, z innowacyjnym do nich podejściem. Co więcej, zgodnie z duchem strategii estetyczno-filozoficznych przyświecających grupie OULIPO, do której wciągnął go w roku 1966 Raymond Queneau, narzucił sobie dobrowolnie rygory formalne po to, by poczuć się naprawdę wolnym, czego wyrazem stała się w „ Znaku przynależności” ludyczna konfrontacja formy sonetu z regułami japońskiej gry go ( która fascynowała także Borgesa), czy kiedy indziej transpozycja teorii współczesnej teorii matematyki w kosmos literatury. Roubaus studiuje tradycję poezji i literatury francuskiej, inspiruje się nią, ale chce być jej strażnikiem, a nie konserwatorem; paradoksalnie, gwarancją autentycznego pietyzmu poety staje się bombardowanie jej intencją pastiszu, wariacji lub parodii.

   Przeciwnicy tego typu poezji zarzucali jej „ formalizm” i hermetyzm, brak zdolności budzenia wzruszeń, stawiając na cenzurowanym charakterystyczny dla niej prymat intelektu. Zaskoczeniem dla wszystkich czytelników wierszy Jacques’a Roubaud stał się tom Quelque chose noir, napisany w dwa lata po śmierci ukochanej żony, utalentowanej fotografki Alix. Substancja tych wierszy , wyłonionych z najczarniejszego milczenia- rozpaczy po nieodwołalnej stracie, robi niezwykle silne wrażenie dzięki sprzężeniu ekstremalnego przeżycia ze skrajną powściągliwością wyrazu, wzmocnioną dyskretnie, lecz konsekwentnie zastosowanym rygorem formalnym: każdy wiersz czy proza poetycka składa się z dziewięciu linijek ( 9 jest  liczbą spełnienia, spełnienia cyklu). Z kolei, w swoich „ paryskich” wierszach Roubaud, wielki amator pieszych spacerów po swoim mieście, daje popis niezawodnego poczucia humoru.

   Ożywiając i rewaloryzując zawartość kulturowej pamięci, uprawiając wielogłos inspiracji i cytatów, Roubaud przywiązuje wielką wagę do przekładu. Tłumaczył m. in. Gertrudę SteinCharlesa ReznikoffaLuisa Żukowskiego, wiersze argentyńskiego poety, zamieszkałego w Paryżu Saula Jurkiewicza, Hiszpana José Bergamina i Katalończyka Salvadora Espriu.

   Wiersze i prozy poetyckie z tomu Quelque chose noirw przekładach Krystyny Rodowskiej, ukazały się po raz pierwszy w Polsce, w numerze 7/1990 „ Literatury na świecie”; dwa z nich zamieścił Jerzy Lisowski w IV tomie swojej Antologii poezji francuskiej.

Z antologii  Na szali znaków – Czternastu poetów francuskich.( 2007, Biuro Literackie). Wybór autorów, tekstów, wszystkie przekłady i opracowanie krytyczne Krystyny Rodowskiej.

 

Pin It