Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

 

 

Na pogorzelisku

 

tyle czasu minęło

a ciągle powracam

 

czego tu nie ma

wiersze Rilkego

noce autorskie rozpisane dla nas

nieco za duży pierścionek zaręczynowy

zakręcone słoiki z milczącymi dniami

platany oglądane przez ciebie dla mnie 

filiżaneczka z doklejonym uszkiem

do której straciłem zaufanie

cichutkie pytania - a wiesz co?

- zawsze bez odpowiedzi

 

w tych zgliszczach

duży cyrkiel do zakreślania koła

z którego nie wychodziliśmy

dziwne przyrzeczenia

i jeden ślub

pozainstytucjonalny

zmyślne metafory

z mocą wznoszącą

 

wszystko straciło blask

zmatowiało

nie do końca spalone

 

tyle lat

a tu wciąż unosi się ciepło

 

 

Świątynia

 

klęczał przy wejściu na obu kolanach

głowa w pokorze opuszczona nisko

przewinienia niewdzięczność

żal i przeprosiny

 

za zamkniętymi oczami

łaska

ucałował dłonie

wtedy jakby z niebios

- wejdź

 

 

                   Las

 

a pamiętasz jak czekałaś w nocnej koszuli

by być pierwszą?

jak mogłaś zapomnieć

jesteś jedyną w tym lesie której klęcząc

wpinałem do włosów poziomkowe kwiaty 

jedyną dla której las ten grał arię nie na jednej

a na wszystkich swoich strunach

 

a pamiętasz jak szukałem przytulnej dziupli

i ty mi pomagałaś mówiąc – ciepło ciepło

cieplej – słowa gorąco już nie zdążyłaś

jakieś błagania

błyszczące oczy

muzyka twojego oddechu stała się tchnieniem

tego lasu nigdy nic tak nie poruszyło

ogarnęła zazdrość 

chciał zaszumieć ale mu zakazałem

cóż to za trudny las

 

i bardzo proszę

już nigdy nie mów

że nie jesteś pierwsza

 

 

                Taki starzec Zosima

 

zadumany usłyszał:

- już tylko leży, ledwo oddycha,

właściwie rzęzi, a przy nim cały czas 

to maleństwo śmieje się, beztrosko bawi, 

jakże trudno mi na to patrzeć;

 

na to starzec:

- kontrabas z perkusją ciężko, choć miarowo dyszą,

a pianino dziecinnie szczebiocze w górnych rejestrach,

ta harmonia dotyka niebios.

 

 

The Man I Love

 

ktoś

gdzieś

do kogoś wysyła tęsknotę

rumaki pędzą niemalże na oślep

ten do którego dotrą nie wie

że jest adresatem

patrzy i słucha w transie

 

jazzowa sesja  

talerze bębny

kontrabas

głosi tubalne ja 

palce szaleją chociaż nie muszą

klawiatura chłonie polotne akordy

 

kwiatowa harmonia

motyli wzlot

- gershwinowy ogród

ponad czasem

 

w dramaturgii wybrzmień

w tym splocie dźwięków  

spod klawiszy płynie finezja

głośna natarczywość

jeszcze tylko glissando

saksofony rykiem

mówią o jej sile

 

ona strojna

w rozedrganiu

czeka na ten moment

kiedy wszystko będzie jasne

w kręgu między półtonami

 

aż rumaki się rozpłyną

w nocnym skrzydle

fortepianu        

 

 

Majowe misterium

 

stroiło się od wczesnego ranka 
akacjowy zapach

ulubiony kos

śpiewał dziś pod wieczór  
za ścianą saksofon   
na stoliku metaxa i pusty kieliszek
w otwartym oknie ciemność  

 

gdyby nie pragnienia 

i stłumione świece
nic by tu się nie paliło  


w tej skrytości delikatne palce 
odmawiały modlitwę
na swoją kolejkę czekały paciorki 
w rogu nieruchomy kot 

co chwilę niewyraźny głos 
zapraszał do wejścia
lecz nikogo nie było

 

długa celebra

 

między palcami już tylko

jeden koralik  

 

 

Kotka

 

mieszka pod czwórką na pierwszym piętrze

sama się wyprowadza na spacer

niedaleko - na jedną nóżkę utyka

dawniej wychodziła na łąki poza miasto

by ocierać się o maki bratki polne chabry 

dziwna – uosobienie artystki – wszystkim się

zachwyca w drobiazgach szuka natchnienia

dla mnie tajemnicą

przypadkowo pokazano mi jej zdjęcie

- zrobione en face - gęsty ciemny włos

oblicze ładnie porzeźbione ale wzrok zatrzymał

długo się wpatrywałem 

źrenice bystre czarne zdradliwe 

tak – to jest dzika kotka

 

 

Należeli do siebie

 

                      on mamę bardzo kochał

             ale mama jego ….to… o matko

 

mimo dzielących setek kilometrów

i papierów z różnymi pieczęciami

wbrew czujnym osądom  

i względnej przyzwoitości

pachnące róże podgrzewały dłonie

muzyka wygaszała wzrok

przyjazna sieć komórkowa

niespożyte maile 

 

słowa - synonim wirtualnej fizyczności

uparcie fruwały w obie strony

Balzak wtedy zakochałby się w niej  

on dopiero wkraczał w wiek średni

 

jedyne realia  

to postacie oprawione w format jpg

- otwierane i zamykane

do tego samego folderu

 

tak płynęli samotnie w swoich łódeczkach

jak dwoje ludzieńków u pana Bolesława

 

gdy zjawił się jesienny szron

a wszystkie przeszkody ustały

mieli uzgodnić to jedno

wytęsknione

 

z oniemienia

z objawionej radości

puls się zawiesił

- nie na chwilę

zamarł

 

Pin It