ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia

 

 

 

Dorota Płoszczyńska

 

 

Empatogenni


mają w sobie 
unerwienie motyla 
w oczach 
ból ofiary 
wywodzą się 
od Abla


na płatkach magnolii
przenoszą ślimaki
w miejsce bezpieczne
nie czytają gazet
zbyt wielką są raną


ich dłonie
dotykają powietrza
tuż nad ziemią


wtedy dostrzegasz
jak uchodzi z nich
nieskończoność

 


Epizod


dziewczyna
w jedwabnych pończochach
stąpa dorosłym krokiem


końcem języka
zlizuje z palców
sok malin
ich aromat
wypełnia dom


okiennice skrzypiąc
dając znak że zbliża się pora
pierwszej krwi


dzikie pędy
nabierają wilgoci

 

 

Tato


mówił Dora nie spiesz się
przerzucał przez ramię
beżowy prochowiec
chwytał za rękę


lody w cukierni
miały smak wanilii i truskawek
stukot pociągu
zagłuszał słowa


nosił kapelusz kłaniał się nisko
małą dziewczynkę
podnosił do ust


oglądam się za siebie
pies kuli ogon
tyle zostało do powiedzenia
obiecany spacer nad Świder
droga wśród zbóż
Dora ma wielkie oczy
cicho zamykam drzwi

 

 

Bajka o mieście


maluję miasto
kwitną drzewa
zapach bez płci
przenika myśli
to znaczy czuję
zmęczone słowa
szukają miejsca
na spoczynek
w kolysce parku
ustawiam ławki
i popielniczki
ciągle tu palą
maluję miasto
cienkim pędzelkiem
jedwabne szczęście
pełne motyli
krople rosy
nanizane na sznurek
perlą się pod górę
cisza
zalegly oddech
wraca po chwili
słyszę jego szelest
czułe mruczenie
maluję miasto
bez domów
zieleń spłowiałą i cienie
tu jest cezura
czekam

 

 

Ścieg


szyje baba ścieg
z jednej brzeg
z drugiej brzeg
krzywy ścieg


od zachodu
sztuczny śnieg
od wschodu
na blinów zaczynie
litanią narzekań
kapłan
rzeźbi winę


w rodzinie
pod ciemnym obrazem
krew


z jednej brzeg
z drugiej brzeg


baba szyje

 

 

Elżbieta Anna Podleśna


 

Nie jestem


nie jestem nie będę jak żona Lota
zamieniona w słup soli za karę
jak głosi opowieść


nie odwracam głowy nie uciekam wzrokiem
kiedy patrzę jak idący przede mną
wzruszając ramionami śląc szydercze uśmiechy
pędzą byleby dalej i dalej
depczą wszystko co napotkają na swojej drodze
udając obojętność


nie jestem i nie będę kamieniem
niedbale porzuconym przy drodze
by podniesiony uderzył

 


Na dłoni


pięciopalczastym klonem
jak rękawiczką
otulam zziębniętą dłoń
ciepłem jesieni


dotykam skroni
– koi

 

 

Moje miasto


miedziane serce
zapach lipowej alejki
widok ze Śnieżki
kolory buczynowego lasu
zamieniłam


zwykł mawiać Ojciec
– za chlebem


skarpa wiślana
na której poeta z brązu
czyta swoje wiersze
wojowie Bolesława
czekają gotowi by wyruszyć


zwykł mawiać Ojciec
– za chlebem


pierwsza była Matka


pierwsza książka
pierwsza miłość i praca
uroki macierzyństwa
radości i troski
moje miasto – zostanę


widzisz córeczko
– chleb leży na stole

 


Andante


obecność oswajam
odkładam w czasie
nie przyspieszając


- andante


idę Broniewskiego
zielony wiersz poety
podpowiada echo

 

 

Paula Potasiewicz

 

 

Wszystko w życiu się kończy


Wszystko w życiu kiedyś się kończy.
Romantyczne spacery zamieniają się w bieganinę po markecie godzinę
    przed zamknięciem.
Trzymanie za rękę oznacza już tylko przyzwyczajenie.
Pocałunki nie zachwycają, a noc jest tylko od zgaszenia lampki.
Uczucie pęka jak bańka mydlana.
Fala rutyny przebija się przez tamę niezrobionych razem rzeczy.
Piasek przesypuje się coraz szybciej.
Spójrzmy na siebie i przysięgnijmy, że da się to zatrzymać.
Zwiążmy dłonie losowi aby nie rozkręcał koła fortuny.
I kłammy sobie prosto w oczy, że jeszcze się kochamy.

 


Wybacz sobie


W dzisiejszym świecie pełnym niepozamykanych drzwi, spraw
”Must to do” i dążeniu do perfekcji zapominamy o najważniejszym…
o PRZEBACZENIU. Nie mam tutaj na myśli wybaczania komuś ran,
jakie nam zadał ale o przebaczeniu SOBIE SAMEMU. Tych nieudanych
związków, przez które zawaliliśmy wiele ważnych dla nas spraw.
Niewykorzystanych propozycji, które mogły zmienić nasze życie.
Niewypowiedzianych słów, ripostujących przeciwnika albo świadczących
o elokwencji i doświadczeniu. Wybaczmy sobie zmarnowane cele, które nie
zostały zrealizowane. Nasze wpadki w szkole, w pracy, w życiu. Chwile
w których zrobiliśmy z siebie idiotę, mimo że chcieliśmy wypaść jak
najlepiej. Wymażmy z pamięci nieudane próby realizacji „No to od jutra
zaczynam”. Przebaczmy sobie i pokochajmy każdą naszą bliznę, bo
to przecież znak, że tkanki łącznej jest więcej niż tkanki zniszczonej przez
uraz.

 

 

Start


Rat race, wyścig szczurów, carrera de ratas.
Zgubiony but.
Zdarte kolana.
Zbite lustra.
Rozmazany makijaż.
Opakowania po antydepresantach.
Wąchając pot przeciwnika.
Zatykając nos banknotem.
Przekrwionymi oczyma, pokaż jak będziesz walczył.
Za wolność.
Za przyszłość.
Za all inclusive.
Za kredyt we frankach.
Za lajki.
Za blichtry.
Za Rejtana.
Za ojca.
Za matkę.
Za emerytury.
Za USA.
Za Iluminatów.
Za karę śmierci.
Za propagandę.
Za kłamstwo.
Za obłudę.
Biegnij!

 

 

Jak mam Cię kochać... wolności


Wolność zapach kwasu wypala znowu nos.
Odkryła na chwilę burkę by mąż oblał jej twarz.
Wolność podjudza do gwałtu i aranżowanego ślubu.
Wolność rzuca kamienie w zakochane pary.
Mają tę samą płeć więc co dzień dźwigają na barkach swe kary.
Nie do wiary, że Bóg patrzy na ten świat i tylko lekko mruży oczy.
Czy wolność ukarze i mnie?
W strachu o pełny oddech by nie zginąć za swoje wyznanie.
A może Putin zmieni zdanie…
I będzie wojna.
A może ona już jest... może trwa na dobre.
A może będą kolejne przypadkowe samobójstwa anonimowych ludzi
walczących o wolność.
A może znowu ktoś przypadkowo zastrzeli Politkowską, Niemcowa czy
Charlich.
A może by tak umyć podłogę Putinowi kałużą z krwi Starowojtowej,
Domnikova, Szczekoczichinowa, Klebnikova, Litwinienko,
Markiełowa, Baburowej, Estemirowej, Dewotczenko...
A może znowu Ukraina będzie musiała patrzeć z ram okien na palące się
budynki, w których żyli ich dziadkowie.
A może by tak powybijać znowu inteligencję, tak dla zabawy...
A może by tak wysadzić Afrykę w powietrze, po co mamy wysyłać smsy
o treści „ Pomoc” dla brudnych i wiecznie głodnych brudasów.
A może by tak postawić kolejną sieć sklepów obok cmentarza, aby ludzie
jak najszybciej rzucili losowo kupiony znicz i pobiegli na zakupy
kolejnych w ich życiu niepotrzebnych rzeczy.
A może by tak w Meksyku znowu dać im nadzieję na wolność, a później
zabrać i rzucić ich w wir narkotyków.
A może by tak wolne ptaki zamknąć w klatki, piękne złote, ciężkie i łamiące
skrzydła.
A może by tak wody zamienić w ropę, zatapiającą statki i oblepiającą
wolność.
A może by tak pozamykać wszystkich artystów w białych domach bez
klamek… przecież to dla ich dobra one powstają.
A może by tak wymazać pamięć...
A może by tak wymazać...
A może by tak..
A może by...
A może...
A....
...

 

 

Trudna miłość


Księżyc rankiem oświetlał opalone twarze bladych ludzi.
Nieszczęście niosło radość i ukojenie.
Dusza poległa w piachu, a ciało bez skazy zostało na ziemi.
On gorący jak śnieg styczniowy wpatrywał się w jej przejrzyste, czarne oczy.
Pożądanie ogarniało jej jedwabiście popękane od zimna ciało.
A jemu nadal było mało.
Światło lampy nocnej i rannego budzika oddzielało ich od siebie.
Ona kochała jego duszę. On pożądał jej ciało.
Pobrali się, zaręczając na pustyni podczas sztormu.
Mówiąc nienawidzę kochali się szczerze.


Ona jego duszę. On ją na papierze.

 

 

Marzena Przekwas-Siemiątkowska

 

 

Fantazjuję dębowy stół w kuchni


rozpoznaję ciszę z daleka
karminowe usta opadają raz prawym raz lewym kącikiem
wydłużanie ostatnich głosek jak przy pierwszopiątkowej spowiedzi
czego tu żałować
ciepłej wódki w zasłanym łóżku
sąsiadów pod psem
walczą z sumieniem po każdej masturbacji
nie to co ja
układam kołdrę pomiędzy zaciskam uda


za oknem pijak ociera się o latarnię
wyznaje dozgonną wierność
a przynajmniej do rana
trochę jak Alladyn próbuje wydostać Dżina
w końcu przeznaczenie nawołuje go z okna


jeszcze zostało na łyk
chcesz

 


Tego nie chciałbyś wiedzieć


Nigdy jeszcze nie rósł taki krzyk
Przez sufity w głuche okna nieba
Teraz słyszą wszyscy Jestem dziś
Z Twojej łaski prawdziwa kobieta


Wojaczek


dziewczynka odsyłana do kąta
przez okno składziku na drewno widziała pałki wodne
przywoływała je kiedy pchał w nią łapy
czasem przez wypaczone deski
dobiegała ją orkiestra pszenicznych kłosów
przed snem
łopotała nienawiść do dotykanego ciała
jakby w miednicy a może pod pępiekiem
ktoś zatrzasnął skrzydła nieodpowiednie do wieku
dla uspokojenia w żadnym razie pamięci
rysowała paznokciem po skórze
otwarte i zamknięte kreski trochę kremowe trochę białe
przypominają o głodzie


dziś zamknęli serce trzeba próbować jutro

 

 

Zachmurzenie umiarkowane


…bo deszcz --- to tylko deszcz…


Jan Twardowski


rozpisujemy na głosy
deszcz i klucze miętowych parasolek
godziny nadstawiają dzioby pod rynny
podrażnione ciszą
chrypią o ostatkach
zapożyczonych nadziejach


odgrzewamy pościel
do efektu zmęczenia i nadmiaru
niedomknięte okna znowu próbują zejść
po zasłonach na bruk


przy kuchennym stole
samotności polewają w kubełkowe liście
nie jestem pewna
może podlewają korzenie

 


Nie całkiem serio ta miłość


Gdy po wszystkich była egzaminach
Josif Brodski


jesteśmy za starzy aby kochać się na boku
spotkania w lasku za szkołą
na dodatkowej matematyce czy wuefie
winniśmy mieć za sobą
jak dzwony taliowane w pasie rozszerzane u dołu
jaskrawe od kwiatów i materiału kiepskiej jakości


tamtego dnia stary profesor historii
przygotował dziesięć pytań o bitwę pod Grunwaldem
ukradłem babci najlepszy koc przedwojenny
podglądaliśmy jak mrówki powoli równo
niosły jeżynę do mrowiska


dzisiaj wnuczek mi powiedział że nie pójdzie na wagary
bo to za daleko i bolą go nogi

 

 

Przygotować grunt pod dom


Szybsze me dni niźli biegacz,
uciekają, nie zaznawszy szczęścia,


Hi 9,25.


mówienie do siebie zaraźliwe jak ziewanie
techniki zasłaniania ust są przeróżne
pierwszy na unik czyli odchylamy głowę do tyłu
lub wpychanie do ust tego co popadnie
mówienie do siebie zazwyczaj towarzyszy drodze
idę zbyt długo by gdziekolwiek dojść
zewsząd spadają kamienie
mają ludzkie twarze jednak to zwarte bryły
pod stopami kocie łby a na południu beton
wydaje się mniej surowy bo ubrany w jaskrawy tynk
światło przepycha się wściekłe jakby ktoś przytrzasnął mu palce
razi
dłoń nad brwiami nie sprawdza się jako osłona czy tarcza
pieką oczy i czerwieni się nos


od razu widać że tylko przechodzę


 

Dorota Płoszczyńska

Literacką przygodę zaczęła od publikacji w „Merkuriuszu”, potem był „Nowy Wyraz”, „Miesięcznik Literacki i Poezja”. Pierwszy tomik pod tytułem Wejść w inny wymiar wydała w 1981 roku w Młodzieżowej Agencji Wydawniczej (MAW). Polatach przerwy wdrukowaniu, nie wpisaniu –debiutuje poraz drugi. Tym razem zbiorem wierszy z ostatnich trzydziestu lat pod tytułem Światło Cień w roku 2008. Jest w tej książce wielka miłość i straszliwy lęk, samotność i tęsknoty. Rozmowa z Bogiem i cielesność nieujarzmiona – wyznaje autorka. Kolejny tomik nosi tytuł Coolminacja – ukazał się w roku 2009 w wydawnictwie Replika.


 

Elżbieta Anna Podleśna

Urodzona w 1959 r. – ps. El-Bietka. Pochodzi z Dolnego Śląska. Mieszka, pracuje i tworzy na Mazowszu. Należy do Płockiego Oddziału Stowarzyszenia Autorów Polskich. Debiutowała na łamach tygodnika „Angora”. Jej wiersze drukowane były w prasie ogólnopolskiej, a także w magazynie internetowym „Mega*Zine Lost&Found”. Jest laureatką konkursów poetyckich, m.in. Wakai Haiku. W trakcie – przygotowania do wydania debiutanckiego tomiku poetyckiego, będącego zbiorem wierszy, miniatur i haiku. 


 

Paula Potasiewicz

Urodzona 6 lutego 1995 roku. Studentka Dziennikarstwa i komunikacji społecznej. Współautorka antologii wysnute... w zamkniętą formę o nakładzie 300 egzemplarzy i zasięgu wojewódzkim. (07.10.2015)


 

Marzena Przekwas-Siemiątkowska

Urodzona 26 kwietnia 1986 roku, w Inowrocławiu. Laureatka konkursów poetyckich tj.: „Zagłębiowskiego Pegaza”, „XIX Konkursu Poetyckiego im. Marii Pawlikowskiej – Jasnorzewskiej”, „Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego im. Zdzisława Arentowicza” we Włocławku, „Ogólnopolskiego konkursu poetyckiego im. Wł. Sebyły” w Kłobucku oraz innych. Autorka arkuszy poetyckich: Na Obrzeżach czułości, 2003; Karykatury wzruszeń, 2009, oraz tomików: Mięsożerne Biedronki, 2009; Uczta kotów przypiecowych, 2012; Plantacja kamieni, 2013; Polne trumienki, 2015, jak i opowiadań: Do piekła na piechotę; Zapiski dla Antosia oraz Otwieram na hasło.

Pin It