Jan Stanisław Kiczor rekomenduje wiersze Witolda Zaborniaka

 

 

Pieter Bruegel
Pieter Bruegel

 

 

Withkacy  - Witold Zaborniak

 

Urodzony w 1968 w Mielcu. Od 25 lat jego drugą ojczyzną jest Grecja.

Życie w połączeniu obu kultur, skłoniło go do mocniejszych refleksji nad

sensem życia i jego filozofią. Ponadto źródłem jego inspiracji stała się Biblia,

która jest dla niego stałą dziedziną studium i fascynacji. Debiutował tomikiem

„Piętno umęczonej ziemi’ (2012). Kolejny tomik „Chiaroscuro” (2015),

znalazł się wśród książek typowanych do nagrody Silesius – Wrocławska

Nagroda Poetycka 2016.

Niektóre wiersze zostały opublikowane w prasie greckiej i polonijnej.

Od kilku lat jego wiersze goszczą w „Artefaktach”

 – Mieleckim Roczniku Literacko – Kulturalnym (2012 – 2016), jak również w

„POEZJA dzisiaj”.

 

 

chiaroscuro

 

z czułością

natężenia światła zatrzymaj kadr

jakiego nie musiałbym się wstydzić

światłocieni pomiędzy którymi ukryłem

szpetotę odbicia na twój obraz

i podobieństwo

coraz częściej odbiega od harmonii barw

nie pozwalając stworzyć jednorodnej kompozycji

a przecież to miało być takie proste

wystarczyło wchłonąć całą gamę

kolorów jak ziemia stęskniona wody

w trosce o plon stać się

światłoczułym złamać opór czerni

 

podążać

 

 

oczekiwanie

 

najdroższa córko

nie tobie było schodzić w podziemia

wypełniać oczy nienasycone

czernią

dokładając do rozjuszonego gniewu

którym ujada ceber

 

nie tobie wpatrywać się w mętne noce

ograbione z iskry nadziei

 

sny

nie rozpalą na nowo

płomiennej miłości

opłakiwanej w suchych oczodołach

skargi

 

odsuń kamień przeszkody

i poskładaj brakujące szczątki

między nami

zanim wyszepczę stęskniony

 

talita kumi

uwierz

 

tęsknię Hiobie

długo milczałem i nie mam nic

na usprawiedliwienie

 

cóż nam ze współczucia

nagich słów przyniesionych z myślą

pocieszenia bez wmieszania się

w gorycz duszy

 

nie ukoi krzyku rozżalenia

rozlewających się wód  gadulstwa

nie powstrzyma prawość człowieka

 

bliższa ciału w wytrwałości skorupa

niż pył drogi który odkupiciel strzepie z sandałów

bez wzruszenia ramionami

 

nie przysięgaj na Boga

 

 

akeda

 

pomiędzy pniem a siekierą

usiądźmy w milczeniu

i zapomnijmy o naszych rolach

sędziego i sądzonego

 

w niewypowiedzianych słowach

miłość jest aktem

bez końca i początku

 

nie boli –  nie

nie zna granic

 

a na koniec nauczysz mnie

liczyć

do siedemdziesięciu siedmiu

razy

przez łzy wzruszenia

 

budzi się świt

 

 

bez rokowań

 

przeklinam cię

gwiazdo bez ustalonego toru

prowadząca okręty śmiałków

w samo serce

poszarpanej skały

oceanu

 

rozhukane bałwany

pędzą

przekleństwa osieroconych

rozbitków

ścigając się z nieujarzmionym

żywiołem obłędu

 

ilu jeszcze

zdołasz zatopić w nim

małej wiary ojcze

sierot wciąż nienasycony

jak szeol

 

wyrzucasz na brzeg wodorosty

i muł obietnic


wyjałowiona studnio

wypadająca z orbity

 

przeklinam cię

 

 

psalm śmiertelnie poważny

 

spowiadam się Bogu

wyznaję winy

po stokroć większe od innych

bo nie podzieliłem się z ludźmi

słowem

głodnych nie ustrzegłem

od kradzieży w piekarni na rogu

nie pozdrowiłem

 

bądź pochwalony człowieku

który w niewiedzy swojej

obciążasz sumienie w beznadziei

na światło

 

zbyt szybko opuszczałem

zmęczone powieki

na ostre widzenie

głupoty

 

jestem winny

 

nienawiści pożerającej ogień agape

bo nie zamordowałem zdrajcy

który mieszka we mnie pozwoliłem deptać

na skraju łąki żółte kaczeńce

kiedy szlochały

 

nie zamykałem ust

wdowom

bluźniły przeciwko tobie

 

–  moja bardzo wielka wina

 

 

 psalm Jonaszowy

 

coraz częściej

wypala się prognoza na życie

 

uchodzi

w kręgach dymu wielkich kominów

światła latarń oczy nie trawią już

horyzontu

na pełnym morzu portu

w którą jeszcze nie uwierzyliśmy

do końca

gdzie witać nas będą zniecierpliwione matki

machając chustami w nadziei

 

rzucamy za burtę

zbędny balast samych siebie

w samo serce szeolu

na przechowanie wielkiej rybie

z głębi brzucha usłysz

modlitwę tonących

 

ojcze

coraz trudniej nam

złapać w płuca oddech

wypełnić żagle iskrę

życia rozniecić

 

to już trzeci dzień

i noc zdaje się nie przemijać

wypluj nas

na niestrawione przez ogień lądy

 

 

błogosławieni cisi

 

przebudzony nasłuchuję

skąd zawodzą słowa

 

wieczne odpoczywanie

racz im dać Panie…

 

nie brzmią groźnie

bo przecież śmierć

stała się powszednia

 

zdumiewa jedynie

że nikt pomimo wiary

nie rwie się na siłę

do nieba

 

sąsiadka ma żal

że odszedł obojętny

bez pożegnania

o wpół do czwartej

nad ranem

 

nie potrafi założyć kagańca

by nie ujadać w rozgoryczeniu

na swojego ojca

matkę

ulepionych z błota

 

podłe życie

bez nadziei

i Boga

 

 

ostatni list

 

przecież wiesz, że miłości,  

tej prostej, która żyje nadzieją 

nie zadowoli ucieczka

w ogłupienie. czasem marzenia

o odbudowie domu są fikcją.

 

czemu służyła mantra,

skoro tylko jedno z nas wierzyło 

w to co ma nastąpić? oddałbym wszystko

w zamian za amnezję. nieproszona pamięć

jest niczym bezdeń.

 

w pokojach głucha cisza, umarły wszystkie widoki

nawet te za oknem. każdy kąt zapowiada zmowę z tobą,

skazuje mnie

na banicję. co mogę powiedzieć,

żeby nie było

 

absurdem? obwiniać erozję murów,

które wznieśliśmy każde z osobna?

 

stałem się samotnym kutrem,

bez wiatru w żaglach i portu

 

osiadam na mieliźnie.

 

 

kamienica

 

Nie wiem,  nie mam,  nie jestem, nie poznałem.

Ten rok już nie ma sensu.

 

ten wiersz powinien być pierwszym napisanym

wierszem poety – żywymi słowami

stały się  zmęczone frazy już bez znaczenia

ciągle na granicy świadomości brak poręczy

w skrzypiących  kościach mniej wspólnego mają

drewniane schody prowadzące do wyjścia

 

ani bliżej ani dalej w znużenie

jest na wyciągnięcie ręki ciemność  korytarza

nie ułatwia drogi mrugająca stara lampa

znużona światłem jakby biła się w piersi

 

moja wina moja bardzo wielka wina

że poddaję się

myślom o rozważaniu  ciemności

zapadającej na ostry stan ogłupienia

 

a przecież wciąż kocham nasz zielony pokój

i ciebie rozbawioną życiem na poddaszu kamienicy

boję się nadchodzących mrozów i nagości ziemi

 

Boże

mój wiersz dogasa

wszyscy tak łatwo gaśniemy

 

 

makatka z białej flagi

 

tępię topór z nienawiści

by nie zranić drzewa

buduję most na drugą stronę

 

sadzę róże

w hełmach nagie kolce

chwycę bagnety za ostrza

nie wykrwawi się życie

nie zranisz stopy

o kamień

 

wiatr rozrzuci kule

seriami jak nasiona kiedy wypuszczą

pnącza porosną pomniki bohaterów

kolejnej wojny o pokój

 

niepotrzebny nóż

uczę dzieci kroić chleb

ręką zamiast łez podaję

do picia deszcz obmywa ziemię

z hańby

 

pod płotem zachodzi

rdzą

silnik bombowca

przekuję na boski pług

rozbije wały obronne

 

i nie patrz tak na mnie

strzelaj jeśli chcesz

w serce

uzbrojone po zęby

miłością

 

Pin It