HENRI MESCHONNIC

W przekładach Krystyny Rodowskiej

 meschonnic

[ im bardziej się zmieniam ]

 

im bardziej się zmieniam

tym mniej rozumiem

  mam twarz z błękitnego nieba

 język ptasi

 nogi dobre by przemierzyć morze

 głowę na podpałkę dla płomieni

  tak że widzę już tylko ogień

 czekając aż ramiona

 spełnią to co obiecują oczy

 

 

 [ jeśli spojrzenie całuje]

 

jeśli spojrzenie całuje

to dlatego że światło

 jest materią miłości

 a człowiek i światło

 znów stają się jednym

 

 

 [ opowiadano mi że gdzieś na końcu świata]

 

opowiadano mi że gdzieś na końcu świata

 drzewa się uginają pod rojem motyli

  które przylatują by tam się rozmnażać

tylko jeden gatunek

i tylko w tym miejscu

  nagle wśród krzyków nocnej bijatyki w barze

  bledną stoły kieliszki i kwiaty z plastyku

  bo tęsknota jest znikąd i dzięki niej widzę

  właśnie teraz w kafejce wśród tych wszystkich

            twarzy

                       drzewo z motylami

 

 

    Nie ma już kamieni na żydowskim cmentarzu w Radomiu. Na łące, którą przeszukujemy, leżą dwie krowy. Wpadamy w dziury, porośnięte trawą. Na dwóch rozbitych, przewróconych płytach widnieją nazwiska w języku polskim i hebrajskim. Jeszcze dalej macewa, obrócona napisami do ziemi. Na obrzeżach drogi, przecinającej łąkę, rozłożył się obóz Cyganów. Od strony fabryki, dokąd prowadzi droga, nadjeżdża ciężarówka. Podchodzi do nas stara chłopka. Opowiada. Hitlerowcy rozbijali marmurowe grobowce. Polacy zbudowali z nich nasyp kolejowy na skraju łąki. Gwiżdże pociąg towarowy. Cmentarz zniknął z przewodników.

 

w spokoju

 wspomnienie cmentarza

trwa w pustce po grobach

 tylko my w niej stoimy

 wypatrując kamieni

 nagrobki są tylko w nas

 przez nas druga śmierć

 zmarłych

 nie jest dokonana

 

 

[ mój ojciec był]

 

mój ojciec był

 deską złamaną na pół

 a potem wyszedłem

 z jego marzeń

 

 

[zmarli których niesiemy]

 

 

zmarli  których niesiemy

 pod powiekami

 nie wiedzą  że umarli

  oni przechodzą przez nas : pustynia

i przemarsz

 także w nas się rozlega

 noc niepodobna do żadnej innej

 albowiem ona nas przemierza

 od tej pory

 czas zaczął kuleć

 w nas a nasze słowa

 same są przejściem  powiedziałaś

 żyjemy z ust do ust

 

 

[na dworcu kolejowym  dwa zegary]

 

na dworcu kolejowym dwa zegary

 wskazują jeden godzinę minioną drugi nadchodzącą

 żyjemy między dwoma czasami

 koła pociągu wjeżdżają znów w jawę w sen w pory roku

  zima znów staje się latem

  zmieniamy kraje w zależności od wyglądu ich cmentarzy

 witamy się z górą która  oddaje nam pozdrowienia

widać to co nas mija lecz nie widać

 życia to my

 przemijamy

 

 

[ miłość jest kulista ]

 

miłość jest kulista jak ziemia

 cały świat wraz ze swoim słońcem

 wiruje wokół  jednej twarzy

  ma swój dzień i noc

 tyle razy w ciągu jednego dnia

 ile razy odradza się piękno

ma tęczę zawieszoną na szyi

 to dlatego miłość nie ma lat

 ani ja w niej ja w niej

 

 

[ kamienie oczekują przeszłości]

 

 kamienie oczekują przeszłości

 ale  to my jesteśmy przeszłością

  która widzi i słyszy przyszłość

 sprzed kamienia

 

 

[ żywi/ jesteśmy wszystkim co pozostało]

żywi

 jesteśmy wszystkim co pozostało

 z umarłych

 

 

 [ wichura zerwała]

 

 wichura zerwała

  nagrobki wichura sprzed

tysięcy światów

 porywa nas z głosu

 w głos

 

 

 [ nie mówię do wszystkich]

 

 nie mówię do wszystkich

 lecz dotykam każdego ciebie

 piszę listy przyszłości

 tylko ty możesz je ujrzeć

  pojąć

usta w usta

 to mój czas moja ściana moja książka

 

 

 [ wolna od kamieni]

 

wolna od kamieni

 moja pamięć

 kładę wargi na każdym świetle

 palec na każdym milczeniu

 żeby lepiej ciebie zrozumieć

 żeby być twoim pierwszym słowem 

 

 

[pochowano tu cmentarz]

 

pochowano tu cmentarz

 chcąc go uratować

  kamienie są bardziej

  kruche niż my odkąd

  wznosi się je ku niebu

 by obracały się razem z gwiazdami

 unosiły nas w czasie

 ten czas nam odjęto lecz my

jesteśmy czasem czasów i

 kamienie niosą na sobie już tylko

 słowa których melodia się zagubiła

 próbujemy je rozszyfrować słuchamy

nieobecności

 to my choć bez nas

 siła tego czego już nie ma

 dłoń pisze dotyka liter

 i przemija 

 

 

 [ tak  długo szedłem]

 

 tak długo szedłem że

stałem się bezimienny lecz

  wiem że idę wraz z tobą

  i nie istnieję wyraźniej

  niż ptak w świetle  

 

 

[ słowa nie znają niedzieli]

 

słowa nie znają niedzieli

 tak jak rok nie wie co to drzwi

 stół zastawiony jest w nas

i puste krzesło

 wygłasza przepowiednię na dzisiaj

 każdy dzień jest literą

a całe słowo to my

 

 

[tak /słów mi nie brakuje]

           

tak

 słów mi nie brakuje

  to mnie zabrakło w słowach

 musiałem zasnąć w chwili

 kiedy coś im kazało mówić

 wbrew mej woli

 odtąd pracuję dla ciszy

 gromadzę nieobecność słów

zostawiam puste miejsce

 we wszystkim co się wymawia miejsce

 na słowo co sprawi

 że morze zastygnie

kamienie pofruną

 jestem pustką wewnątrz

  tego słowa

 

 

 [ gdy żyję jestem bez wieku]

 

 gdy żyję  jestem bez wieku

 czytam zawsze w tej samej

   wodzie płynącej pośród naszych marzeń

 i widzę że nie widzę

 wieczności między jedną literą

 a drugą z tych które tworzą

 nasze imiona żyję

 słuchając wiadomości dla których

  nie ma słów

 

                                          

[ noce ]

 

 noce

 rzadko są nocami

 śpiący

  nie widzą światła

 dnia

w głębi nocy

 aby zobaczyć światło

  utajone

  trzeba oczu otwartych

 nocy

oczu które są nocą

 w nas

 

 

[    ta woda

 

ta woda               

  to łzy

 jesteśmy w niej                   

 wypływamy

 ta woda nas przemienia

 przez nią się stajemy

 rozpuszczalni jedno w drugim

dopiero teraz

mogę zrozumieć

  możesz zrozumieć

  ponieważ  ona

 nas niesie

 

 

[ tak blisko ]

 

tak blisko                    

 jedno drugiego

 że depczemy sobie

 po  snach

 trzymamy się za noce

 i dni                     

 wirujemy                     

 jak mały świat

 wewnątrz wielkiego

 słońce

 tyle razy wschodzi

 i zachodzi

 w tobie we mnie

  że nasze dłonie

 wirują wokół

  naszego świata

 

 

[  to prawda]

 

to prawda

 niewiele wiem

 ciało jest niczym

 odgłos

 nie rozróżniam

 słów

 jakby głosy dochodziły

 z bardzo daleka

 pokój oddycha

 wśród kwiatów

 budzę się

 w ubraniu

 w ramionach

 słońca

 

 

[z zamkniętymi oczyma ]

 

z zamkniętymi oczyma

aby widzieć jaśniej

 leżąc aby przyśpieszyć kroku

 im bardziej wsłuchuję się w siebie

  tym bardziej ciebie

  poruszam

 widzę

 i słyszę

 

 

[ nieskończoność]

 

nieskończoność

 to proste

 ona jest jak my

 wciąż  się zaczyna

 od nowa

 

 

[ niosę noc]

 

niosę noc

 jak się nosi

 łóżko pokój

 na grzbiecie

 mieszkam w niej jeszcze

 za dnia

 tylko głowa wychylona

 by zobaczyć co się dzieje

 na zewnątrz

 

 

[historia jest wtedy historią]

 

historia jest wtedy historią

 gdy nie wie

 co mówi nie wie nic

 o tym co wydarzyło się wcześniej

 nie rozumie

 o co wtedy poszło

 ona tylko może

 przewidzieć

 z nadchodzących zdarzeń

 to co sama opowie

 a wtedy coś

z tych rzeczy

się dzieje

 i  dlatego opowiadamy

 przeglądając się w historiach

 bez wytchnienia

 

                                                    

[nie zawsze jestem sobą]

 

nie zawsze  jestem sobą

czasem drzewem czasem szelestem

w powietrzu oddechem przejściem

 kroków

 upałem w tobie

spokojem

 którym oddychasz

 

     

[nie wiem  czym wczoraj]

 

 nie wiem czym wczoraj

 będzie

co zrobi przeszłość

nieznane

  nie jest jutrem

 lecz tym co wczoraj

 zrobi z jutra

[iść to także płonąć]

 

iść to także płonąć

 bez namysłu                   

 nie widząc że płomienie są

 z nas że przenoszą się z nas

w słowa teraz one

  płoną razem z nami

 widzimy tylko poprzez płomień

  mówimy z płomienia do płomienia

 coraz bliżej nam do siebie

  każdy w ogniu

 

 

[także odgłosy śmiechu]

 

także odgłosy śmiechu

zostały w powietrzu

 wdychamy je bezwiednie

 to one przydają barw

 rzeczom

i przechodzą z oddechu

 w oddech

 stąpamy na palcach

ostrożnie

 aby ich nie przeoczyć

 dzięki nim

 przemieszaliśmy się z powietrzem

 

 

 [chodzimy po umarłych słowach]

 

 chodzimy po umarłych słowach

 z ziemi  pod ziemią  są i takie

 które wychodzą na powierzchnię

 stawiamy im

 pomniki

  obejmujemy się ciasno

  byle dotrzymać

  resztek słowa

 

 

[nie mogę się doliczyć swoich twarzy]

 

nie mogę się doliczyć swoich twarzy

  pozuję dla jutra

 jestem nieskończenie jutrzejszy

 cała rodzina spojrzeń

 tłoczy się w moich oczach

 

Z antologii 14 poetów francuskich Na szali znaków  ( 2007, Biuro Literackie). Wybór autorów i tekstów, wszystkie przekłady i opracowanie krytyczne ( wstęp, noty, posłowie) – Krystyny Rodowskiej.

 

 

NOTA

HENRI MESCHONNIC ( 1932- 2009) – poeta, eseista, krytyk, tłumacz, teoretyk literatury i przekładu, profesor lingwistyki na Uni­wersytecie Paris VIII. Autor dziesięciu zbiorów wierszy: Dédi­caces proverbes (1972), za który otrzymał nagrodę Maxa Jacoba, Dans nos recommencements (1976), Légendaire chaque jour (1976), Voyageurs de la voix (1985), za który otrzymał nagrodę Mallarmégo w 1986 roku, Jamais et un jour (1986), Nous le Passage (1990), Combien de noms (1999), Je n’ai pas tout entendu (2000), Puisque je suis ce buisson (2001), Infiniment à venir (2004).

We Francji Meschonnic uchodzi przede wszystkim za głośnego teo­retyka języka, literatury i przekładu literackiego. Jest autorem wielu so­lidnych prac z tego zakresu, z których najważniejsze to: Pour la poétique (1970), Politique du rythme, poétique du sujet (1995), Poétique du traduire (1999), De la langue française (Essai sur une clarté obscure) (1997). Nie­strudzony w swej krytycznej dociekliwości polemicznej pasji, jest rów­nież autorem zbioru esejów Célébration de la poésie (2001; Celebrowa­nie poezji), który stał się prawdziwym „kijem”, wetkniętym w poetyckie „mrowisko” nad Sekwaną; Meschonnic nie ograniczył się tutaj do wyło­żenia i obrony własnych przeświadczeń na temat poezji, lecz uznając je za jedynie słuszne, nie szczędził „wyroków skazujących” na wielu poetów francuskich, hołdujących innemu niż jego własne rozumieniu poezji.

W swojej poezji Meschonnic nie opisuje materialnego świata, nie zawłaszcza dla swego wiersza żywiołu codzienności, i jej dialektów. Nie dźwiga „ ciężaru historii”,” w przeświadczeniu, że nic nie jest w stanie pozbawić historyczności osobistego doświadczenia.

Materia jego wierszy jest teatrem prowokacyjnie „ ubogim”; niewiele w niej znaków, zaproszonych do wzajemnej współpracy: „ słowa”, „ kamienie”, „ ja”, „ ty”, „ usta”, „ oczy”,„ dzień”, „ światło”, „ miłość”, „ pamięć”, i jeszcze kilkanaście czy kilkadziesiąt innych. Od czasu do czasu pojawia się jakiś sytuacyjny czy anegdotyczny konkret, jakiś obraz, przypisujący się do pewnego miejsca  czy nazwy. Ale na ogół odbywa się staranne czyszczenie z realiów, aby w przestrzeni międzysłownej pełniej zagrało niewyrażalne. W poezji Meschonnica wyczuwa się ducha i patronat Stefana Mallarme; na ten trop naprowadza zresztą w swych esejach sam poeta.

   Żadnych kolokwializmów czy popisów wersyfikacyjnej zręczności. Meschonnic ma wyraźne upodobanie do skamielin. Do tworzyw sprawdzonych i dziedzicznych. Nie stosuje językowych gier ani stylizacji, archaizmów ani neologizmów, nie bawi się w pastisze ani cytaty, nie wykręca składni. Nie szuka nowych form; z rzadka tylko zapis ujęty w wersy przechodzi w prozę, by z powrotem wcisnąć się w oszczędne linijki. Mimo tej ascetycznej „ scenografii”, wszystko wchodzi ze sobą w nieoczekiwane, odkrywcze relacje. Nic nie istnieje oddzielnie. Przeciwieństwa zarażają się sobą, a wiersz przyłapuje te przenikania na gorącym uczynku. Meschonnic nie jest ani ponowoczesny, ani tradycyjny. Jego wiersze, to czyste esencje błysków poetyckiej świadomości, skondensowane, małe epifanie wewnętrznego kosmosu. Świadomie nieefektowne.

   Meschonnic od lat łączy teorię z praktyką, także przekładową; od lat tłumaczył na nowo Biblię  z hebrajskiego. W r. 2001 ukazały się we Francji  „ Psalmy”, czyli Gloires ( Glorie) w tłumaczeniu Meschonnica, o których pisał w entuzjastycznym tonie znany pisarz i krytyk Philippe Sollers:„ dzięki tłumaczeniu Meschonnica Bóg stał się nareszcie słyszalny” Do tej pory głos Boga dochodził do Francuzów zniekształcony, pogrążony w kościelnych oparach,

Grzęznący w przekładach z przekładów. W tłumaczeniu Meschonnica ( wciąż według Sollersa) „ słychać grozę, przywoływanie człowieka w imię Boskie, w imię obietnicy radości”

Albowiem przekład literacki- jak twierdzi Meschonnic – nie polega wyłącznie na przezwyciężeniu „ językowej wieży Babel”, lecz jest procesem, stawaniem się nowej wartości w literaturze. Dlatego woli on mówić o poetique du traduire ( poetyce tłumaczenia, jako trwającego wciąż procesu), niż  o poetique de la traduction ( poetyce przekładu już dokonanego).

   Meschonnic przyjechał w marcu 2001 do Warszawy, na zaproszenie Instytutu Francuskiego, wraz z dwójką innych poetów, udzielił także w Krakowie wywiadu „ Dekadzie Literackiej”.Wiersze jego, w przekładach Krystyny Rodowskiej, były prezentowane na łamach „ Literatury na świecie”, „ Kwartalnika Artystycznego” i „ Arkusza”, zanim znalazły się w antologii Na szali znaków ( 2007).

 

Pin It