ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia

 

 

 

Ewa Pilipczuk


 

Spóźniona


Utkane z wietrznych chmur marzenia
porozwiewały się po kątach
czas je w kropelki pozamieniał
sączące się za dziesięć piąta


na strychu wspomnień gdzieś przybladłe
drzemią fantazje niedzisiejsze
wśród pocałunków czułych zaklęć
jak niespisane nigdy wiersze


a w poczekalni zwykłych tęsknot
(chyba zamkniętej już na kłódkę)
od twoich szeptów jest aż gęsto
może się wymkną


choć półsłówkiem

 


W końcówce jesieni


Cisza rozsiała się po łąkach
poranki mgły za sobą wloką
czas nostalgiczne struny trąca
oddając pierwsze skrzypce słotom


w gotykach drzew gawronie swary
iluzje złota już wspomnieniem
i coraz szybciej mrozu zaczyn
zaciera trawom zbladłą zieleń


skronie pokryły się nam szronem
ostatni liść wiatr z brzozy stargał
przytul
- życie wciąż pisze sonet
choć może w mniej jaskrawych barwach.

 

Szeleszczące tango


Jesiennie czarujesz
choć zimne poranki
a na twoich włosach szronu coraz więcej
do słonecznych wierszy wpadł senny akapit
w mgłach zawiesił świty
zbrązowiała zieleń


wieczory w alkierzu
z amarantem nieba
w zjawach moich myśli plącze się niedosyt
refleksami wspomnień drga wczorajszy ekran
gdzie opuszki palców
w pląsach nierozsądnych


mknie w alejkach parku
szeleszczące tango
na zrudziałych puentach z wyprzedaży lata
zatańcz ze mną jeszcze i w głowie mi zamąć
gdy na klonach szemrze
karminowy zapach

 


Bożonarodzeniowa pełnia


Spójrz jak wędruje razem z nocą
na kocich łapach bezszelestnie
w świątecznej ciszy czas utonął
gdzieś na rozstajach Drogi Mlecznej


w słowach kolędy zapomnianej
puszą się dumne kryzy śniegu
(tam nie ma snów jak ciężki kamień
dobranoc mruczy mały Jezus)


cienie się snują po ulicach
biel przywołuje to co święte
z choinki spływa blask dzieciństwa
zatknięty w wiersz jak w butonierkę

 

 

Kocham cię, życie


– zrozumieniem w oczach, wpół słowa
na granicy błysku myśli
znalezionych w modłach jesiennego lasu,
szeptach mokradeł i sosen


– w lustrze, gdzie kolejne zmarszczki
uśmiechają się na podobieństwo
mojej matki


– za nietrafne wybory, stare kantyczki
otwierane przy wigilii
z pogrzebaną wiarą w niebo


– z moją dziecięcą miłością
do liszki, wróbla, stokrotki,
słów urodzonych z refleksów światła


– trzymam się kurczowo twojej ręki
patrząc na kolejny balet liści
sfruwających z drzewa
niedojrzałych złudzeń


uczysz mnie pokory

 

 

Anna Piliszewska

 

 

Wibryssy


w ogrodzie, w miejscu
gdzie pochowałam mojego kocura
wyrastają długie białe wąsy.


deszcz
tak długo wyjadał plamę na asfalcie.


tamten obcy zasypia: widzi się
w tafli własnego snu
z krostą głuchego śmiechu.


a białe wąsy rosną
w mokrej trawie
i w śniegu -


łaszą się
do powietrza.

 


Acedia


krąży w żelaznej klatce – czarny pędzel
ogona zmiata roje owadów, drga włos albo
powietrze – dostrzegalnie, wymownie. hamburgery
i frytki usychają, zgniecione pogardliwym pazurem. nie myślisz
prętów, smrodu, totalnego zamknięcia – jest zbyt
duszno, gorąco. może idzie
na burzę – coś
się zbliża bezgłośnie. tymczasem podskakują
warkoczyki twych córek, lody
topią się w garściach, więc możliwe, że warto


być. i pójść do gekonów. pstryknąć
fotkę dziewczynkom [w tle z ohydnym aguti]. zapalić
papierosa obok panoptykonu z tabliczką
lemury catta. wyjąć nóż i owoce. wierzyć w sens


tego skwaru, w białą pianę na kuflu, w gorycz
piwa na wargach, w czarne mięso na kości
przeorane zębami sennych, znudzonych lwów, w piórko
które spadając rzeźbi pręgę w powietrzu.

 

 

Brzydkie zabawki


chodź – ostrożnie, na palcach,
nim się zbudzą, nim przetrą okrągłe, zaspane oczy -
one nadal tam leżą, wyrzucone za lasem
na usypisku szmelcu – flaszek, butów,
klamotów, zapleśniałych szpargałów
– jeszcze śnią, jeszcze drzemią…


chodź – i zabierz krzesiwo:
zapalimy tam ogień, potem z dymu, z popiołu
ulepimy podłogę, mleczne ściany i komin,
jakieś meble i sprzęty – i to będzie nasz dom.


nim siądziemy do stołu
z mgły: w kolebce z pajęczyn ułożymy
zabawki – wymyślimy im
ręce, włosy, imiona – nie bój się,
przecież to będzie tylko
taka nasza zabawa; wszystko bardzo
na niby.


chodź – to jeszcze zdążymy
nasycić się ich zdziwieniem – obiecuję,
że w nocy


za tym lasem, za domem z dymu,
przy usypisku, gdzie glina mlaska łakomie,
zakopiemy głęboko
wszystkie brzydkie zabawki
kalekie…

 

 

Zamek. Śnienie. Powietrznia


pod powietrznią jeziora pływają tęczowe rybo – potwory;
biała jest ręka świadka i źrenice zwężone do krawędzi
szaleństwa – nic nie będzie spisane; żaden krąg z tego
drżenia. wycie wilków jak chichot w zawiei,
w widmowych zaspach.


i wynurza się płetwa kaszalota ze śniegu.
rozwidlają się cienie. i w mrocznym zamku Kafki
zapalają się światła.


i śnisz, że ktoś przystanął
w sadzie – że chrupie lód. lśniący, szklany robaczek
drąży szklane tunele
w zamarzniętych owocach: w kryształowych
czereśniach.


i myślisz stężałą topiel.
i stajesz na samych palcach w mgle, w mlecznawym tumanie
zmyślonych, krążących płatków;


zamek. śnienie. powietrznia

 

 

Widok Delft


Ale Vermeer daleki był od dokładnego odwzorowania panoramy.
Porównanie jego obrazu ze starymi planami i sztychami dowodzi,
że potraktował Delft jak współczesny chirurg plastyczny celebrytę.


W. Kalicki


obraz kłamie.
lecz miałeś wtedy ledwie
szesnaście wiosen – miasto ciebie wabiło
niby ciało kochanki. łatwopalność powietrza, zatoka


przed bramą Schiedam: łodzie śledzi
i statki. stałam tam; byłam jedną
z owych pięciu kobiet…


był to już schyłek lata,
jednak próżno zgadywać: czy sobota, czy czwartek?
i o jakim sekrecie szeptałyśmy na brzegu,
nim nam przyszło skamienieć
w okruszkach złotego światła,
zostawiając po sobie płytki odcisk domysłu,
jaki zostawia obcas skórzanego trzewika.


cienie; ukośny promień
wygładził cierpliwie gesty.
jeżeli wierzyć barwom, był to już schyłek lata:
dzień srebrzysty i jasny. może


pies gdzieś ujadał, może gdzieś, za granicą
planu
toczył się wóz i zaskrzypiały osie
kół kręcących się w czasie; trzęsły się worki żyta.


pewne jest tylko miejsce; geometria budynków,
– czy akurat był czwartek
tego już nie wiadomo.

 

 

Mirosław Pisarkiewicz

 

 

Papusza pisze ostatni wiersz


idę przez miasto słone od zamyślenia
zamglone
… i we mnie jest mgła


mówią, że postradałam zmysły
a to tylko sny
przychodzą wszystkie jednocześnie
bez zapowiedzi
jakby pamięć się
od wiatru podarła


wdycham noc
wiatr jak dźwięki harfy porusza we mnie struny
tabor jedzie na przestrzał
pod sercem


Tradén Romá!


lampa uliczna odbija światło w kałuży
– poblask ognia chłodny
niczym obce spojrzenie
ciasna ulica
ciasna klatka schodowa
ciasny dowód osobisty
bezduszny kandydat do muzealnej gabloty
… dobrze, że ma kolor igliwia


najważniejsza jest wolność zapachu
jeszcze ważniejsza jest chwila
której nie odgadniesz
nawet gdy zabijesz gałązkę akacji
nie poznasz następnej
chyba, że policzysz
cętki słońca na porannej rosie
i barwy ogniska


ale po co zaglądać w przyszłość?
– to tak jakby nie chcieć już żyć…


Dé Tu, Dévła… jeszcze jeden wiersz


kartka płonie w gorącej dłoni
Kicý bidy i bokhá!
ile wiatrów
ile iskier
ile zwykłych snów…

 

 

Wieczór Antonio Machado


Dziewczyna przechodzi ulicą
uciekająca i wiecznie niedaleko
poeta śledzi ją wzrokiem niedbale


jego garnitur dawno przestał być zbroją
i stał się codziennym przyjacielem
tylko smukła laska niczym szpada


siedzi na ławeczce
czytając własne Soledades
uśmiecha się do stron
skąpe światło latarni pada na litery
i kapelusz odłożony obok


przysiadł przy nim gołąb


nie metafizyczna struktura
zwyczajnie
ptak


Noce w ogrodach Hiszpanii
sączą się zza firany jakiegoś okna


myśli przez chwilę o dziewczynie
i... andaluzyjskich stworach
kłębiących się na ścianie akademickich schodów
Antigua Universidad
o Katedrze Santa Maria
która była kiedyś meczetem


Baeza pachnie sangrią i tapas


szemrze fontanna z czterema lwami
strzegącymi Ilmice
żony Hannibala


Fuente de los Leones


świat przestał być spiskiem
zastygł w cieniach układającej się do snu nocy


Machado
wsłuchuje się w przestrzeń
w... zgliszcza słońca o wieczorze


na ciemniejących wieżach
ponuro bije dzwon

 

 

Wiosło Karola Wojtyły


taka cisza
głęboka jak oddech
kajak przesuwa się wolno
w modlitewnym niemal skupieniu
wiosło trzymam wynurzone
żeby nie płoszyć wody oplecionej bączywiem
drzewne korzenie wychylają się ciekawie z nurtu
podobne do świątków starego Wowra
frasobliwe w sukniach pajęczych
zwiewnych jak akatyst
liść zaplątał się w refleksach światła
w sieć wiary z Genezaret


płynę
słucham Pieśni o blasku wody
słucham jak rośnie życie
nasłuchuję jak płynie krew
jak z mojej wiary rodzi się wiersz
modlę się do Ciebie bezruchem i zapatrzeniem


trzymam wiosło
rozpoczyna się rozmowa z sobą dla Ciebie
ciepło drewna wtapia się w palce jak cień
myślę o rysopisie dłoni
o ich krajobrazie
o Bogu ukrytym aby Go odnaleźć


wędruję przez miejsca święte rzeki
powoli zaczynam rozróżniać poszczególne profile duszy
zatopiony w rozważaniach
płynę
myśl jest przestrzenią dziwną
zaskakującą jak pień przyczajony w nurcie
odgarniam wiosłem ślad odejścia
i przekraczam próg w nadziei na dalszą wędrówkę
przez skupioną chwilę siebie
delikatnie zanurzam pióro w ciele Drawy


płynę


ktoś z mojego wiosła
zrobi kiedyś krzyż

 

 

Wyznanie Beatrycze


Dziewczyna patrzy poza okno na zaśnieżone oblicze Wzgórza Umarłych


Pewnie zapytają czy żyłam namiętnie… ale… co to jest namiętność?
Mirabelka za oknem czy wróble na blaszanym parapecie
a może tych parę pocałunków butelki zielone czerwonego wina
szczypty aromatycznych przypraw owoce o szalonych kształtach
ryby o tajemnych imionach?


Namiętność…


Nie sposób porównać co było ważniejsze – spacery z Lorcą
szybowanie napowietrzne z E.?
Wprowadzana latami w krwioobieg zawartość bibliotecznych półek
Pajacyk i Pajacynka czy raczej poranna kawa i chrupiące bułki
w mglistym od snów łóżku?
Wszystkie pytania z odpowiedziami i bez nich
muzyka
uniesienie w Bet Lehem i upadek pod szczytami Synaju
noce i przebudzenia kamienne cmentarze muszelki i piórka
– może wazonik z Pals korki od wina i święte obrazki?
Powietrze głód ogień i wojny ocierające się o bieg wydarzeń
dużych i prywatnych


Namiętność…


Podróże niebyłe przez Krainę Ubu i do Tatawinu
wodne łąki pod Łęczycą i pomarańcze w Jeruszalaim…
zapisane listami kartki i niesfotografowane krople na gałęzi


Nie policzę wszystkiego żeby nie zostało rozproszone


Nie obejrzę więcej budowli mistrza Talowskiego
nie wrócę do wypełnionych bezczasem wieczorów w Rodowie
stopy zatopione w morzach i pustyniach i oczy zanurzone w oczach
Nieszawa moja miłość i rysunki niechciane pisane tuszem na wietrze
Maleńkie paluszki zwieńczone nowonarodzonym uśmiechem
Odkładam wiosło klawiaturę pióro i pędzelek
Moja ziemia jest z wielu miejsc i z potłuczonych fragmentów żywiołów
Wędruję dalej z Mistrzem i Małgorzatą rozmawiam z różą Małego Księcia
z wszechobecnym Vivaldim i Avedolem z Woody Allenem i kotem Boznańskiej
w jednej ręce Dzienniczek siostry Faustyny a w drugiej Dewiza Woosterów


Pewnie zapytają czy żyłam namiętnie


Czy warto inaczej?

 

 

Beatrycze nostalgiczna


Beatrycze wie
że trzeba umrzeć z życia
ale nie traktuje tej wiedzy
w jakiś sposób szczególny
ani z atencją ani bez
po prostu jest dniem dzisiejszym
lampką wieczornego wina
najlepiej z Alentejo
otwartą od wielu dni książką
Williama Makepeace’a Thackeraya
która jakoś przestała się czytać w połowie
choć nadal jest zaciekawienie
komu pierścień a komu róża
przyniosą dobre zakończenie świata


a na szybie kryształki Swarovskiego
w aureolach tęcz
a na szybie wciąż plakat ze Wzgórzem Umarłych
zmieniającym się wiele razy na dzień
wraz ze światłem


dziewczyna
nie rozstaje się z aparatem fotograficznym
lecz kiedy rano krople obsiadły gałąź przygodnego krzewu
błyszcząc jak klejnoty
nie użyła go
niech chwila pozostanie chwilą – wyszeptała
i poszła swoją drogą
wcześniej chadzali po niej Norwid i Baczyński
ale teraz jedynie Beatrycze
i zabłąkane rybitwy
odpoczywające od lotu


w antologii poezji o ojcu
coraz więcej ramek obejmujących nieczule nazwiska


coraz więcej modlitw
coraz więcej pustki


trzeba umrzeć z życia
póki co
jednak
trzeba jeszcze biec

 

 

Anna Pituch-Noworolska

 

 

Peer Gynt (Edward Grieg)


Nasze dłonie zaciśnięte w milczeniu
Powoli przeżywają Śmierć Azy
A potem lekko, z uśmiechem,
W rytm wczorajszego dnia tańczą
Taniec Anitry…
Dla odpoczynku
W pajęczej ciszy i skupieniu
Idziemy w cień groty Króla Gór
By w końcu wyjść na łąki Solvejgi
I płynąć muzyką do brzegu koronkowych fal
Mruczących starą pieśń do fiordu.
W głębi wieczoru
ze skulonym słońcem toniemy w oceanie…

 


Concierto de Aranjuez (Joaquin Rodrigo)


W wachlarzach tańczących na wietrze
Zanurzam twarz
A stopy chłodzę falami
Drgającymi w słońcu...
Twoje ślady zamiast mnie prowadzić
Znikają za każdym oddechem morza
A piasek łagodnie przesypuje ziarna między palcami...
Spacer w milczeniu fal i szumie wiatru
Brzegiem nieskończoności…

 

 

Blue rapsody (George Gershwin)


Skrawki nieba ukradzione
Dachom domów marzeń i snów
Spadają do naszych rąk.
Splątane drogi czerwono-białych rzek
Aut, kolejek i pociągów
Tkają obraz bez końca.
W pojedynczym promieniu słońca,
Który sięgnął asfaltu
Odnajduję twoją dłoń
Otwartą, ciepłą i przyjazną…
Wśród tłumu szarych twarzy
Biegnących sylwetek cieni donikąd
Nie ma drogowskazu,
Nie ma żadnej ważnej wskazówki
Ani tej najważniejszej…
W pajęczynie ulic
Tkwimy w dzisiejszym dniu
Z przeszłością w pamięci…
Ściany wchłaniają dźwięk trąbki,
Huk samochodów, pociągów...
Bez echa pozostaje nasze istnienie
W betonowo-szklanym świecie...

 

 

Bolero (Maurice Ravel)


Przesypuję przez dłonie czas
Złoto-rudej jesieni liści umierających,
Lśniących kasztanów,
Pochylonych brzóz i wierzb…


Przekładam do szuflady czas
Zmęczonych stóp,
Posiwiałych włosów i pajęczyny zmarszczek,
Zapisy w albumach pamięci
niezrozumiałych dla nikogo…


Przesypuje przez włosy czas
Ulotnych dni z tobą,
Ciepłem twoich słów,
Chmurnym spojrzeniem i milczeniem
Pachnącym wiatrem połonin…


Przeczesuję stopami piasek zdarzeń
Schowanych między kartki
Zagubione w rzeczywistości
Bez klucza do szyfru tamtych dni...


Odmierzam los jak wodę płynącą


Rzeką nie do pokonania
Bez brzegu, bez mostu, bez szansy….


Jestem tu i teraz,
Jestem światem
Dla mnie stworzonym i moim
Jestem lądem i oceanem
Pustynią i lodowcem
I cały ten świat mogą oddać tobie…
A ty
Dłońmi zakryj go
Przed huraganem, suszą i powodzią
Przed powolnym umieraniem
Na zapomnienia mgłę…

 

 

Suita hiszpańska (Izaac Albeniz)


Spleceni rejestrujemy niebo
Między nami kula świata,
Okruch galaktyczny
Zamknięty bez orbity, bez ruchu.
Tylko drgania niepewności losu,
Tylko permutacja lęku jutra
W uścisku dłoni człowieka
Który trwa niezmierzoną,
Nieodczuwalną dla wieczności chwilę,
Moment trzepotu skrzydeł kolibra,
Tańca liści brzozy na wietrze..
Na piasku ślady stóp w ucieczce
Przed falą zapomnienia,
Utraty tożsamości,
Zgubionej identyfikacji…
Więc pozostaje pytanie
Jak długo trwa ślad ludzkich rąk
Na kuli świata...
Mówią uczeni,
że tylko ułamki biegu światła do planety
której nikt oprócz nas nie widzi i nie opisze….


Wraca fala na brzeg


W nieskończoności swego ruchu


 

Ewa Pilipczuk


Urodziłam się w Lublinie, w latach 50. ubiegłego wieku. Ukończyłam Wydział Prawa na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie. W listopadzie 2014 r. wydałam swój pierwszy debiutancki tomik wierszy Impresje codzienne z serii Z szuflady poety VI, przy współpracy wydawnictwa Usługi badawcze i wydawnicze dr Rafał Brzeziński Brodziszów. Jestem też jedną z autorek w dwóch Antologiach Grupy Poetyckiej Ogród Poetów I i II serii wydawniczej Z szuflady poety, Brodziszów, 2015, wydanej przez to wydawnictwo. Moje wiersze opublikowane są również w antologii poezji miłosnej Pogubieni w stosach serduszek oraz w antologii wierszy jesiennych W jesiennych woalach mgły pod redakcją Ryszarda Mierzejewskiego, Pieszyce, 2015.

 

Anna Piliszewska


Urodzona 24 listopada 1966 r. w Krakowie, mieszka w Wieliczce. Pisarka, poetka, kulturoznawca. Autorka książek Perszerony jesienne, Prywatna korespondencja, Dziejba człowiecza, Południe o barwie marengo, Gdy zamszowieje ligustr oraz Z popiołu i pneumy. Laureatka licznych międzynarodowych i ogólnopolskich konkursów literackich, między innymi Międzynarodowego Konkursu Liberum Arbitrium, Międzynarodowego Konkursu „O Wstęgę Orzyca”, Międzynarodowego Konkursu „Die deutsch – polnische Zweisprachigkeit in meinem Leben”, Międzynarodowego Konkursu im. G. Hauptmanna, Międzynarodowego konkursu Poetyckiego „O Złote Pióro Papuszy”, Ogólnopolskiego Konkursu im. C.K. Norwida, Ogólnopolskiego Konkursu im. W. Broniewskiego, Ogólnopolskiego Konkursu Poetyckiego „O Laur Sarbiewskiego”, Ogólnopolskiego Konkursu „Struna Orficka”, Ogólnopolskiego Konkursu „O Rubinową Hortensję”, Ogólnopolskiego Konkursu im. M. Stryjewskiego i wielu innych.

 

Mirosław Pisarkiewicz


Urodzony w 1963 r. w Zgierzu – literat, badacz zabytkowych cmentarzy. Mąż malarki Ewy Golińskiej – Pisarkiewicz. Ukończył historię na Uniwersytecie Łódzkim. Autor tomików wierszy: Antyherostrates, Łódź, 1985; Pozorne piękno, Łęczyca, 1987; Zmartwychwstanie jaskółki, Warszawa, 1992; Kolekcjoner obłoków, Łęczyca, 1996; Dom nad Bzurą, Podłężyce, 2005; Złodziej tataraku, Piła, 2007; Wyjście – Wiersze wybrane, Łęczyca, 2011. Wydał tom opowiadań: Chłopiec z ulicy Żydowskiej, Warszawa, 2007 oraz opowiadania fanasy: Legendy Rodowa, Ridero, 2016. Współautor ponad 20 książek o dziejach Łęczycy, m.in. Łęczyca. Dzieje miasta do 1990 r.; Łęczyca zapomniana oraz Nekropolie Łęczycy, które zostały nagrodzone „Złotymi Ekslibrisami” Biblioteki Wojewódzkiej im. Marszałka J. Piłsudskiego w Łodzi. W 2005 zdobył I miejsce w konkursie prozatorskim im. Szaloma Asza. Odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi i odznaką Zasłużony dla Kultury Polskiej. Honorowy Członek Towarzystwa Miłośników Ziemi Łęczyckiej. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego.

 

Anna Pituch-Noworolska


W dorobku poetyckim mam zbiory poezji: Bukiety czasu; Gotyk; Jesienny księżyc; Wiersze rozsypane; Skrzynia pełna wiatru; publikacje w Almanachach Nocy Poetów, Almanachach Karnawał Bronowicki. Piszę również prozę – wydany zbiór opowiadań pt. Gobeliny oraz utwory publikowane w kilku numerach „Literata Krakowskiego”.

Pin It