ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6


antologia

 

 

Adam Ochwanowski

 

 

Oswajanie świtu


Karmimy wróble, bo nie mamy dzieci
Do psa przybłędy czasem się łasimy
Tyle naszego, co sobie wyśnimy
Pies warknąć może a wróbel odleci


Liczymy lata, bo w portfelach naszych
Nie ma już miejsca na marzenia stare
Pukanie serca czoła nasze studzi
Patrzymy w niebo. Wszak trzeba mieć wiarę


Szukamy miejsca na nowe ołtarze
W wiosenne kwiatki przystrajamy bramę
Dzwoni telefon. Nie, to tylko budzik
Strofuje ciszę i sprawy te same


Potem stoimy nieruchomo w oknie
Na ptasie gniazda w milczeniu patrzymy
Karmimy wróble, bo nie mamy dzieci
Tyle naszego, co sobie wyśnimy

 


Sonet trujący


Stary clown kończy dzisiaj występy w teatrze
Prawie dwa pokolenia rozśmieszał i bawił
Nie zdążył się ożenić, dzieci nie zostawił
Ostatni raz na scenie śmieje się i płacze


Z imitacji wawrzynu zakłada koronę
Najzabawniej jak umie pije łyk cykuty
Śmiesznie na deski pada i leży otruty
Udając Sokratesa i jego obronę


Śmieją się, klaszczą w dłonie, chcą bisów ludziska
Ale on wstać nie może, śmierć mu z oczu błyska
Jakieś ostatnie słowa wyszeptał złowieszcze


Gdy za kulisy wlekli jego ciało stare
Ja byłem pośród tłumu, wołałem o jeszcze
O replay z Sokratesa, o trucizny czarę

 

 

Korona


Kiedy na polu rannych przykładnie dobito
A pod nogi rzucono mu wrogie sztandary
Kazał mordować jeńców, pijąc wino z czary
Za męstwo, za zwycięstwo i Rzeczpospolitą


Jakby za dużo życia a krwi było mało
Przyszłe – omija giermków. Tkwi w zbrojach rycerzy
Skoro Bóg dał zwycięstwo, Bóg śmierci zawierzył
I Łaska Przenajświętsza zmieniła się w ciało


A kiedy na ramionach nieśli w chwale króla
Roztrzaskała koronę zabłąkana kula

 


Jakoś


jakoś się żyje – stary
kobiety – jak pieniądze
przychodzą
odchodzą
rozchodzą się w rękach
jakoś się myśli – stary
szare komórki bledną
ze strachu
przed następnym zamachem
jakoś się wierzy – stary
i śpi nerwowo
w starych dekoracjach
nowego testamenu
jakoś się pije – stary
aby ocalić
to przeklęte – jakoś

 

 

Próba pisania


Próbuję napisać wiersz
gwiezdnym szlakiem Jack Daniel’s
prowadzi Homera pod rękę
pukają do drzwi
jutro koniec świata -
bełkocze Jack
Homer mówić nie może
telefon podskoczył
szukają do brydża
a ja czwartym być nie lubię
kieliszki galopują po stole
zawsze za późno – warczy Jack
łapie Homera za szyję
udusił
obeszło się bez krwi
nie ma o czym mówić
nie ma co pić
płatki opadają z chińskiej rózy
sens od zmysłów odchodzi
w następny dzień

 

 

Barbara Marianna Orzechowska

 

 

Usta czerwone


w tle czarno – białej fotografii las
bez ptaków łąka bez zapachów
czereśnie bez smaku może wtedy
stałam na krawędzi mostu albo
zużytych metefor


tylko usta jak u Andy’ego

 


Z mgieł poranka


zapachem kawy przełączasz światy
aż po zachłyśnięcie ciszą poranka
przebudzenia z tobą smakują
od słowa do słowa
radość pomieszana z deszczem
a i tak pragnę

 


Widok na zimę


nawet nie to że się świat uroczyście
na biało przebiera
że tak pięknie zamarzła Niagara
ale twoja chłopięca bezradność
mnie wzrusza kiedy przychodzisz
taki zimowy
zamotany w szalik
i rysujesz serce na śniegu
który wkrótce spadnie

 

 

Misterium


nie chodzi o to że stare filmy
są najlepsze zwykle koło północy
moje myśli włóczą się za tobą


nie chodzi też o to że bezczelny
księżyc o zapachu mężczyzny
włazi do mojego łóżka


raczej o to że noc w krótkiej
koszulce ukradkiem sieje lubczyk
w doniczkach Grahama Greene’a

 


Ślady na wietrze


dni jak bańki mydlane odlatują
jeśli jutro ma zobaczyć nas razem
przytul
bo zimny rozdziela wiatr

 

 

Michał Ostrowski

 

 

Pieta


Biała jest matka czuwająca
przy łóżku białego dziecka, które
odlicza czas gubionymi kosmykami


ale i bez kalendarza
tańczy spastycznie ciało
omdlewają ręce
zamykają się oczy i drzwi


,,Mamusiu, mamusiu tak
tu ciemno…”


,,Kochanie moje, ciemność
jest dopiero początkiem…”


Białe dziecko już śpi, nie zna
smaku malin, ani żwiru


Biała jest matka policzkująca
ściany, modląca się do jarzeniówki
i białego fartucha

 


***


Z białej bezsiły przestaje toczyć
się śnieg, z białego żalu układa
się wiersz, z białego wiersza –
ocet, pamięć i kolejna biel…

 

 

Niezapytania


Są pytania, których nikt nie zada.


Chude w pół do klepsydry


pytania z wystającymi żebrami
cierpiące na paradontozę


a nawet jeśli
zostaną wypowiedziane
przepadną w podmokłych
koronkach na znajomej
autostradzie hałasu

 


Procesy


język usycha w połowie
z tęsknoty, w połowie z pragnienia
ciało obumiera – przeznaczone mu
wycie do pustego księżyca


twarz szarzeje, kamienieje wzrok,
a usta od zawsze ślepe szukają
najmniejszych


drgnięć

 

 

Tętno, walc, benzyna


Znów
otwierają się słoje gęste od żywicy –
w tle ktoś ucieka wciąż przed swoim
tętnem.


Kroki
jego suche, bez uśmiechu – transfuzja i
aluzja w desperackim akcie ostatniego
walca.


Jutro
gazety pewnie rozdrapią jego rany
rany jak tamte słoje utkane z czarciej
sieci i benzyny.

 


Naturalistycznie II


Gdyby
czuły wosk, piach i gruz
pod powieką zasnąć miał


Gdyby
bez tchu z czyjąś śliną
na języku tańczyć


to
tylko resztki snu,
światła i cienia byłyby
prawdziwe jak


doznanie cierpienia

 

 

Henryk Pawłowski

 

 

Księga


okładka złotą farbką pobłyskuje
jakby to była Legenda aurea
nabożnych bajek najsłynniejsza księga
zamknięta w światłem rzeźbione okucia
gdy przyjdzie pora zodiakalnej Wagi
wejdziesz o świcie przez otwartą księgę
w świat historyi iluminowanych
Święta Rodzina w Grocie Narodzenia
we floraturę cała zaplątana
obok Golgota świeci w płatkach złota
Arka Noego kaligrafowana
płynie przez siedem Mórz Akwarelowych
karta za kartą liber manu scriptus
żółcieniem szepczą słoneczne stronice
grają ugrami dumne majuskuły
między wersami w kolorze cynobru
plamy silentium w zamarłym języku
ale już słychać jak od nowej strony
szumi incipit z drzewem wiadomości
jeszcze gdzieniegdzie Eden się zieleni
zmieni się wszystko po kolejnym verte
i spadną z drzewa złote apokryfy
odlecą szumnie w jesień średniowiecza
ostatnie klucze żywotopisarzów
szeleszczą jeszcze stare opowieści
póki nie przyjdzie czas wczesnego deszczu
jak mówi Pismo w Ziemi Obiecanej
aż żyzny papier pod wpływem wilgoci
rdzawobrązowej nabierze natury
i ciemnieć zacznie niczym czarnoziemy
któregoś ranka znowu niespodzianie
przykryje wszystko puchowy płaszcz pleśni
a nocą zaczną srebrzyć się wykwity
co było jasne teraz niewyraźne
za mgłą w niepamięć już wkrótce odejdzie
z dymem uleci nad złotą bordiurę
ostatniej strony zniczy zapalonych


oto tajemna księga października


Z tomu „Latte macchiato” (2015)

 

 

Biało-czerwona kolęda


gdyby Pan Jezus urodził się 11 listopada
Pan Prezydent odznaczyłby Orderem Orła Białego
Matkę Boską i Józefa Oblubieńca
przed stajenką betlejemską
odbyłaby się uroczysta odprawa wart
łopotałoby Alleluja na biało-czerwonej wstędze
anielskie chóry śpiewałyby marsz pierwszej brygady
i być może
pośród światłości
rozbłysłyby pod krzaczastymi brwiami
marszałka złote guziki
chociaż nie
bo to socjalista mason i płatny agent
ale trzej królowie złożyliby pokłon
a następnie zorganizowali trzy oddzielne pochody
i rozbiałoczerwoniłby się świat
Morze Białe połączyłoby się z Czerwonym
wiecznie zielone lasy tropikalne zajesieniłyby się
śnieg przyprószyłby Saharę
z powodu zmian klimatycznych z ptaków przeżyłby tylko bocian biały
z parzystokopytnych zmutowana zebra


gdyby Pan Jezus urodził się 11 listopada
Herod musiałby być Polakiem


Z tomu „Latte macchiato” (2015)

 

 

Śmiercie


dawniej
przez drewniane krzyże okien
wlatywała
ucapiła na parę nieraz zdrowasiek
i odlatywała z poszumem czarnych skrzydeł


dzisiaj
przez plastikowe profile
tafle zespolone
filtry UV
nie wleci
wchodzi jako listonosz
przedstawiciel T-Mobile
kurier
ukatrupi raz dwa
i fakturę VAT zostawi


Z tomu „Latte macchiato” (2015)

 


Zbigniew Herbert


alejkami TESCO przechadza się Herbert
oczywiście incognito
z wielkim wózkiem prowadzącym od ziemi uniwersalnej
z nawozem (5 litrów) do Gwiazdy Polarnej (przecenione
dziś mrożonki)
po ustaleniu stron świata
łatwiej znaleźć w archipelagu Wysp Jońskich
(greckie produkty Kuchni Świata
w ofercie promocyjnej) Itakę
ze śladami kultury mykeńskiej na papierze
toaletowym
cztery osiem – Pan Incognito myśli o symbolice liczb – a może
osiem plus dwie rolki gratis
jeszcze przez chwilę waha się (prawa ręka itd.)
zanim wreszcie wybierze
wstydząc się bardzo tej chwili przy kasie
kiedy wszystkie słowa w jego wierszu
zostaną wypikane


Z tomu „Ikonostas” (2013)

 

 

Matka Boska Częstochowska


Matka Boska Częstochowska ma sukienki
nie od Prady
w srebrną blachę okutana
ode nocy aż do rana
Dzieciąteczko jak przytulić
takoż Boskiej źle Matuli


Matka Boska Częstochowska ma sukienki
jedna diament na diamencie
boleć będzie wniebowzięcie
druga rubin przy rubinie
kamień zawsze kamień ninie


Matka Boska Częstochowska ma sukienki
najmodniejsze kolory tego sezonu to ecru żółty złoto
wśród projektantów prym wiodą Valentino
Ferretti Balenciaga Galliano
oraz Yves Saint Laurent i Chanel


Matka Boska Częstochowska ma sukienki
złoto srebro i platyna
w imię Ojca Ducha Syna
aluminium tupolewa
naród kocha naród śpiewa
Ojczyznę wolną


Matka Boska Częstochowska ma sukienki
nie od Prady
diabeł ubiera się u Prady


Z tomu „Ikonostas” (2013)


 

Adam Ochwanowski


Urodzony 6 lutego 1952 r. w Złotej Pińczowskiej na Ponidziu. Poeta, krytyk literacki, publicysta, tłumacz, scenarzysta oraz reżyser widowisk plenerowych i kameralnych, satyryk oraz animator kultury. Absolwent LO im. H. Kołłątaja w Pińczowie i Studium Kulturalno-Oświatowego w Krośnie nad Wisłokiem. Publikacje prasowe m.in.: „Twórczość”, „Poezja”, „Nowy Wyraz”, „Literatura”, „Akcent”, „Fraza”, „Nowa Okolica Poetów”, „Tygodnik Kulturalny”, „Przemiany”, „Teraz”, „Radostowa”... Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi, Medalem Za Zasługi Dla Kultury Polskiej i Medalem Gloria Artis. Publikacje książkowe m.in.: Dopóki żyją matki; Dotyk Madonny; Północ; Oswajanie świtu; Ostatni seans z Julią; Wigilia Apokalipsy; Erotyki i przytyki; Droga Krzyżowa; Dwunastu gniewnych błaznów; Siedem wierszy głównych; Póki co...; Trzynaście zmysłów; Gwiezdne szyfry; Pławienie koni. Autor libretta do śpiewogry „Od sabatu do ornatu” i tekstów do diaporamy „Ponidzie na Ziemi”. Autor tekstów piosenek popularnych i poetyckich.

 

Barbara Marianna Orzechowska


Urodzona w 1955 roku w Zgorzelcu, jako poetka debiutowała w tygodniku „Radar”. Wiersze zostały zauważone na ogólnopolskich konkursach literackich i drukowane w antologiach pokonkursowych, w tomikach wydawanych przez Stowarzyszenie Literackie PONAD z Radomska i Klub Literacki „Zakole” z Piotrkowa Trybunalskiego, w lokalnej prasie oraz tygodniku „Angora”. W 2015 roku został wydany przez krakowskie wydawnictwo Miniatura pierwszy tomik jej poezji – Pasterka motyli.

 

Michał Ostrowski


Na mój dorobek literacki składają się: Pocałunek Róży, 2012 (wiersze); Złudzenia, 2013 (wiersze); Symetria Oddechu, 2014 (wiersze); Ja, wózkers, 2014 (mini proza autobiograficzna); Rozproszenie, 2015 (wiersze)

 

Henryk Pawłowski


Urodził się w 1954 r. w Rawiczu. Ukończył filologię polską na UAM w Poznaniu oraz studia podyplomowe w Zielonej Górze. Jego zainteresowania artystyczne są wszechstronne – zajmuje się poezją, pisaniem tekstów piosenek, teatrem (jako autor scenariuszy, reżyser i aktor), fotografią, grafiką komputerową. Zadebiutował jako poeta na łamach prasy w 1977 r. Jest laureatem wielu ogólnopolskich konkursów poetyckich, m.in. „Zielonej Wazy” w Poznaniu, „Drewnianej Sowy” w Gostyniu, „Milowego Słupa” w Koninie, „Konfrontacji” w Lesznie, „Złotego Klucza” w Świdwinie, Konkursu im. Haliny Poświatowskiej w Częstochowie, „O Laur Klemensa Janickiego” w Poznaniu, „O Kaptur Joannity” w Sulęcinie. Otrzymał „Kryształową Kulę” – Nagrodę Kulturalną Miasta i Gminy Rawicz. Wydał 14 tomików wierszy. Ma na swoim koncie 10 indywidualnych wystaw fotogramów. Opublikował album fotografii. Jest także autorem książek poświęconych historii ziemi rawickiej. Więcej na:www.henrykpawlowski.wix.com/rawicz

Pin It