Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska

 

Chłopiec

 

Chłopiec, który długo mieszkał w starym człowieku,

Zaczął wreszcie dorastać. Obserwuję z satysfakcją

Jak przygląda się sobie w lustrach wewnętrznych i zewnętrznych.

Pogłębiają się zmarszczki sumienia, skorupieje pamięć,

Więdnie skóra, wiotczeją mięśnie i mętnieją oczy.

Nie nadąża, dyszy, potnieje i rozmawia z sobą,

Ale słyszy się słabo. Jakby z głębokości.

 

Chłopiec błądzi po pustkowiu. Jest mrok, prawie ciemność,

Pochmurnie i deszczowo. Nie ma świateł, drogowskazów,

Zmierzchły kierunki, prawdopodobnie zatracił się horyzont.

Nikt nie woła – ani wilki, ani pociąg z dzieciństwa.

I nie ma celu. Tak bardzo, jakby go nigdy nie było.

 

Chłopiec może się skarżyć. Bezgłośnie i bez odzewu.

Nie ma już nikogo, kto chciałby go wysłuchać.

Na niepojętą odległość odeszli starsi i rówieśni,

Zawaliły się mosty, wyschły strumienie, nadzieje

Kaszlały gruźliczo i długo, ale już zamilkły.

 

Prastara dama kościstym powabem nęci i czeka.

Mówi: - dorośnij, chłopcze, do swojego wieku,

A będziesz mój. W popiele i błocie.

 

                    Grudzień, 2014

 

 

 

Mgła

 

Kocham cię już parę lat. Czasem mi się zdaje,

Że nawet dłużej. Nikt nie ma większego prawa

Powiedzieć: aż do śmierci. Nigdy nie było tak blisko

Od miłości do śmierci.

 

Na przykład 9 lutego 2016. Trzy pory roku jednego dnia.

Słońce, potem chmury, przelotny deszcz i zapowiedź śniegu

Niesiona przedwiosennym podmuchem wiatru. W tej meteorologii

Dzieje się miłość. Dzieje. A właściwie trwa.

 

Pytasz mnie: dlaczego? Jakbyś chciała zapytać: za co.

Nie wiem – odpowiadam. I to jest najwłaściwsza

Odpowiedź na pytanie o zjawiska nierealne.

Unikajmy pytań, strzeżmy się odpowiedzi, bo one

I tak prowadzą do stwierdzenia: nie wiem.

Chociaż ty nie wiesz czegoś innego niż ja.

Wieczorem pewnie wstaną mgły stosowne do tego

Czego nie wiemy.

 

Nikt nie jest bliżej i nikt nie jest dalej.

Wyjaśnienia są zbyt logiczne, nie pozwalają wierzyć.

Mgła nad nami, ponad nami. Może nawet w nas.

Oddychamy. Wilgotnie i słono.

Zdaje nam się, że żyjemy.

                                          Luty, 2016

 

 

 

Nie do pojęcia

 

Rozum kochający to rozum niespełna rozumu.

Serce nic do tego nie ma. Przyśpiesza albo zwalnia,

Ale to sprawa prymitywnej fizjologii zależna

Od innych części ciała. Doprawdy, zbyt wiele

Przypisujemy sercu. Za daleko ma do rozumu,

Szczególnie bezrozumnemu.

 

Nie sposób tego pojąć. Wybucha w upale

Gorąca śnieżyca. Rozstajemy się, reszta rozumu

Podpowiada: nie wracaj. Ale odległe serce

Nakazuje płakać i wracać, a rozum ugrzęzły

W śnieżnej zaspie na moment traci rozum.

 

Najgorzej jest gdy powietrze pęcznieje,

Wpycha się między nas, powiększa dystans.

Jest niemal cielesne, za to ciała się utleniają,

Tracą siłę przyciągania, są zdolne tylko

Do niesłyszalnego krzyku.

 

Nie ma świadków, umarli. Nie ma doświadczeń,

Na które można by się powołać, nie ma argumentów,

Nie ma logiki i precedensów. Umysł jest przecież

Bezrozumnym tułaczem, wędruje od bólu do tęsknoty,

Od ściany do eksplodującej ziemi.

 

Żal mi bezrozumnego rozumu.

Niczemu przecież nie jest winien.

Chyba położę na czole

Zwitek styczniowego śniegu.

 

                                                Styczeń 2016

 

 

 

Niewiedza

 

   W środku nocy obudziła mnie myśl.

   Że nic nie wiem o świecie.

 

   Oburzenie kazało mi odchylić kołdrę,

   Wstać z tapczanu lewą noga i założyć kapcie.

 

   Kipiał we mnie gejzer. Jak to?

   Mam przecież więcej lat niż moi zmarli rówieśnicy.

   Przeżyłem trzysta osiem pór roku, byłem w parudziesięciu krajach.

   Przeczytałem dziesiątki tysięcy książek.

   Wypiłem basenowe ilości alkoholu.

   Miałem kilkudziesięciu przyjaciół w kraju i zagranicą.

   Zachwyciłem się miliony razy i tyleż razy rozczarowałem.

   Kochałem się w pięciu kobietach (tu mogę się mylić),

   A trzy z nich ( tu mylę się na pewno) kochały mnie.

   Byłem na przeszło dwustu pogrzebach oraz siedemnastu weselach.

   Czyżby niczego mnie to nie nauczyło?

 

   Wrzało. Ale stygło. Marzły mi stopy.

   Tak, rzeczywiście nic nie wiem o świecie.

   Przecież nie mam pojęcia jaka była moja matka,

   Kiedy miała dwadzieścia parę lat.

 

                                                               Wrzesień, 2015 r

 

 

 

Piołun

...mieliśmy złą pogodę.

J. Conrad

 

W czas nowej wiosny przeczuwałem nadejście jesieni,

Może dlatego, że już zagnieździła sie we mnie, a ja to

Jeszcze lekceważyłem, choć nie powinienem.

Spod ociężałych powiek patrzyłem na spadające za lasem

Rybitwy. Być może tam, za sinawą, cienistą ścianą

Jest inne, bardziej rybne jezioro. Myślałem o tobie: niechby

Chociaż jedna rybitwa powróciła tutaj i odnalazła

Swoje gniazdo. Potem padały deszcze, a mimo to

Wysychało we mnie istnienie.

 

Cóż, widać są tylko dwa gatunki ptaków: przeszłe i przyszłe.

Te pierwsze zasnęły albo umarły. O drugich nie wiemy nic -

Ani czy przylecą, ani czy w ogóle są. Ornitolodzy i psycholodzy

Tego nie rozstrzygnęli. Tyle jest jeszcze niezbadanych

Sekretów zoologii i biologii. Na przykład dlaczego w tym roku

Tak zawziecie  pleni się piołun, dlaczego pachną nim wiatr,

Wieczorne rozmowy, niejasne, ale gorzkie sny i poranne przebudzenia.

Wszystko, co napiętnowano samotnością. Piołun.

 

Chciałem ci powiedzieć - wyjedźmy stąd, pojedźmy tam, gdzie

Przylatują jeszcze ptaki, gdzie mgły są miękkie i ciepłe. Może

Moglibyśmy zamieszkać między pachnącymi sosnami,

Pod niebem, które zawsze wspina się, a  nigdy nie opada.

Tam, gdzie słowa znaczą tylko tyle ile znaczą, a o uczuciach

Nie mówi się, bo są. Jak sprzęty - własne i oswojone.

 

Chciałem ci to powiedzieć. Ale spostrzegłem,

Że cię nie ma. I tak już pozostało.

Jest tylko piołun.

                                            Garbicz 2013 - Warszawa 2016

 

 

 

 

Podanie

Joasi Rawik, kiedy śpiewała Mon Dieu Edith Piaf

Panie Boże, czymkolwiek jesteś, gdziekolwiek jesteś

I czy w ogóle jesteś – mam na wszelki wypadek

Jedną uprzejmą prośbę do Ciebie.

 

Mianowicie zastanów się w chwili wolnego czasu

Czy ewentualnie mógłbyś cofnąć

Albo choćby zatrzymać czas. I proszę,

Żebyś zdecydował za mnie, czy by to się

Komukolwiek opłaciło, bo przecież sam

Nie mam prawa tego wiedzieć. Wprawdzie jesteś

Od rozstrzygania wielkich spraw, od tworzenia światów,

Oraz wszelkiego istnienia, ale też, jak mnie zapewniają,

Masz pewne obowiązki wobec mnie, tym bardziej

Że o trzynastego roku życia nie zaprzątałem Ci głowy.

 

Nie wymagam od Ciebie wytłumaczeń. Przyjmuję z pokorą

To, że niezbadane są Twoje wyroki. Ale co Ci szkodzi

Jednak wyjaśnić mi, dlaczego ona urodziła się tak późno,

A ja tak wcześnie. I co to jest, Twoim zdaniem,

Wcześnie i późno. Bo coś mi się zdaje, że ja wiem,

Co to jest późno. Ale może się mylę? W każdym razie

Chciałbym to wiedzieć na pewno, zanim mni

Gdzieś tam powołasz.

 

Z poważaniem  - gdziekolwiek  jestem i czymkolwiek jestem

(rozumiesz tę wspólność: na obraz i podobieństwo) -

 

 

 

Pogrzeby

 

Coraz częściej odziewam czarną koszulę. Nawet w upalne lato.

 

Bardzo jesteśmy w starzy. Ale jeszcze chodzimy na pogrzeby

Tych, którzy urodzili się przed naszym przyjściem na świat,

 Albo, co gorsza, po tej najważniejszej dacie. To jest  podobne do

Odlotu bocianów: większość udaje się w drogę, inne pozostają na zimę -

Może ją przetrwają. Kulawe, z przetrąconymi skrzydłami,

Ze zwichniętą nadzieją, przygaszonymi przez mgłę oczami.

 

Nie ma w tym satysfakcji, że to oni, a nie my. Raczej

Poczucie pewnej niestosowności, że oni już, a my jeszcze nie.

 Kiwamy równomiernie głowami: mógłby, mogłaby jeszcze pożyć.

A niby skąd to przypuszczenie – oni przecież wiedzieli lepiej.

Nie oglądamy się za siebie, nie patrzymy w gęstwinę minionych

Jesieni, przedwiośni i zim. Lata są gorące i potliwe. Nie myślimy

Kto z tu obecnych przyjdzie kiedyś w czarnej koszuli,

Z więdnącym w upale kwiatkiem.

 

Niechętnie pomyślę o tym. Może tak: niech zabrzmią organy,

Basowo, grzmiąco.  Jeden tylko akord, jak jedno tylko życie.

A  potem niech dogasa. Do ostatniego tchnienia echa.

Do ziemi. Do dna.

 

                                                wrzesień, 2016

 

 

Sztacheta

 

Działo się dawno, dawno temu na Mazowszu ukochanym

Przez Broniewskiego i Baczyńskiego oraz pomniejszych poetów.

Na wsi wesele – żeby przywołać Dąbrowską. Ale Pani Maria

Nie była na mazowieckim weselu, więc nie wiedziała,

Że co to za wesele, jak rodzina pana młodego nie leje

Rodziny panny młodej albo odwrotnie. Nie wiedziała też,

Że potem do tego żelaznego punktu uroczystości

Przyłącza się ogół weselników bez względu na przynależność

Plemienną. W użycie idą prawie wszystkie części ciała,

A następnie podręczne rekwizyty

 

Cóż to był za widok! Letnie, rozkwiecone popołudnie,

Ulicówka w tumanach kurzu i pędząca przez nią

Wataha biesiadników! Dżingis Chan z zazdrości

W grobie się przewracał. Kłusowałem i ja, bezstronny,

Niezaangażowany po żadnej stronie świadek.

Była w tej gonitwie  jakaś niepojęta, podobna do kosmosu

Logika. Do tej pory zgłębiam kosmos i wiejskie wesele.

 

Już  i – nie wiedzieć skąd – pojawiły się kłonice,

Zafurgotały w spracowanych rękach orczyki, a nawet

Posłużono się chyba dyszlem. Ale przede wszystkim

Użyto  wyrywanych z płotów sztachet.

 

Opatrywano mnie w węgrowskim szpitalu.

Wyliżesz się, chłopcze – powiedział sędziwy lekarz  -

Parę centymetrów dalej, a miałbyś gwoździe w czaszce.

 

Pozostał we mnie żal. Bo gdyby nie te parę centymetrów,

Może byłoby inaczej. Może celnie zagwoździowany

Napisałbym genialny wiersz o Mazowszu, albo lepsze niż Dąbrowska

Opowiadanie pod tytułem Na wsi wesele.

 

Miej to na względzie ludu Mazowsza i innych regionów:

Alkohol nie sprzyja precyzji, co z kolei niekorzystnie wpływa

Na  wielką poezję polską.

 

 

 

Żwirownia

 

Po wakacjach okazało się, że naszym dziewczynom

Urosły piersi. Owszem, wiedzieliśmy, że piersi mają

Dziewczyny z wyższych klas, a nawet kobiety, ale

Nie przydarzało się to Izie, Dance, a tym bardziej Teresie.

 

Ale stało się. A skoro nasze koleżanki

Zaposiadły piersi, musieliśmy to przemyśleć.

Rozważaliśmy sprawę grupowo i indywidualnie.

Na przykład ja myślałem o tym, jak wyglądałyby w staniku

Piersi Izy, Danusi, a przede wszystkim Teresy,

Gdyby na przełomie lipca i sierpnia pojawiły się

Na żwirowni, którą napełniały tajemnicze strumienie.

Woda była ciepła na powierzchni, a lodowata na dnie.

Jakby w tych wodach wyglądały piersi Izy, Danki,

A przed wszystkim Teresy.

 

W niedzielne przedpołudnie upalnego września Teresa

Przyjechała rowerem na żwirownię. Była w czarnym,

Jednoczęściowym kostiumie, który łakomie opinał

Jej dojrzewające piersi. Kąpaliśmy się razem, ale

Nie ich nie dotykałem, choć chyba ona tego chciała.

Dzisiaj myślę, że wtedy było za wcześnie, a teraz jest za późno.

 

Minęły lata i znów jest tak samo, mimo że to

Ani za wcześnie, ani za późno. Oczywiście chodzi

O inne piersi, ani Izy, ani Danki , a tym bardziej Teresy.

 

Ciekawe, czy jeszcze płyną podziemne strumienie

I czy żwirownia nie wyschła.

 

                                                                  Luty, 2015.

Pin It