Anna Siudak - wiersze 

 

masluszczak prace
Franciszek Maśluszczak

 

 

I

Smak

 Lepiej byłoby, gdybyśmy sie sobie nie spodobali.

Gdybyśmy nigdy się nie spotkali.

Lepiej dla nas.

 Lepiej dla nienarodzonego świata.

 

Lepiej byłoby, gdybyśmy wypili tę kawę.

Mogłaby.

Być nawet słona.

 Widzielibyśmy wtedy przedsmak.

 

Jesiennej burzy.

 

Kładłabym się do poduszki, nucąc te twoje brzydkie piosenki.

Byłoby lepiej.

 

Nijak by nie było.

 Bo było i zapomniało.

Przewróciło się i spadło.

 Wypadło z ust.

 

      Z bezpamięci.

 

 

 

II

Droga

Chcę wrócić do tych, którzy nie zginęli.

W mojej pamięci.

 

Chcę wrócić do skamieniałych malin.

 

Chcę więcej.

 Farsy i zdania przerwanego w pół.

 

Mleko się gotuje, a my musimy już iść.

Nic nadzwyczajnego.

Mleko w garnku się dusi, a my uduszeni sobą.

My zwyczajnie niewymiarowi.

Musimy już iść.

 

Pamiętaj.

 Nie żegnaj się trzy razy.

To przynosi pecha.

 

Mów po cichu - inaczej nie wypada.

 

Nieodzowna, mrugająca powieka i oni.

 

III

   Rytuał

Wyschnięte.

Po przebudzeniu.

Świeżo zaparzone.

I my - jeszcze niebiescy.

Jutro o sobie zapomnimy.

Upadłe anioły.

Niezapomniane znamię ludzkich rąk.

Tak bez przyczyny.

Zapomnimy.

O porannym rytuale składania chleba.

 

Mogłabym być twoja.

Jestem sobą w całym majestacie głupstwa.

Niezaprzeczalnie swoja.

 

Niedoskonała.

Nieobecna.

Byłam zjawiskiem, a teraz jestem obojętna.

Na nienormalne zjawiska.

Na wszystko co mnie otacza.

Na ten cyrk i krowy.

 

Mówisz, że nie wierzysz.

Ja jednak.

Taka zgorzkniała na cały świat.

Świat głupców i złodziei.

Nieznana rzeczywistość, pochłonięta snem.

Moja niestrawność.

Mój niedowład kończyn.

Moje wszystko w nicości.

Nie mój.

 

 Miałam nie palić.

        Wyszłam na ulicę.

 

 

 

IV

Grzech

 

Inne koty dwudzieste.

Dwudzieste i pierwsze. Za krótkie.

   Monodram. Siła przekazu, która nie pozwala dotrwać do końca. Walka. I krzyk. I tyle z nas           pozostanie.

    Rozwalmy to wszystko. Pójdźmy za kraty. Sąsiedztwa.

 

Urodziłam się wczoraj. Z tego co pamiętam, miałam rude włosy. Podobno. Byłam ostatnią z osób, które mogłyby cię oskarżyć o rasizm.

Urodziłam się w zeszłym roku.

 

Nie uznawaj mojego grzechu za winę. Musiałam.

Chciałam odegrać swoją rolę. Zostawiłam ślady. Okrutnie wielkie i nagie. Wystające gdzieś, poza nami. Nie nadające się już do niczego. Zostawiłam ślad, bo przecież tak wypada.

 

 Teraz jestem czysta. Jak twoje rude włosy. Których nie dotykam.

 

 

 V

   Suknia z kamienia

 

Noc jeszcze pachnie tobą.

Spalona słońcem poranka, naśladuję jakieś dziwne rytuały.

  Obcy świat za oknem.

 

Nie wypiłeś kawy.

Nie zdążyłeś.

Wyszedłeś za wcześnie.

 

Nic nie powiedziałam.

Nic nie wyraziło moich ust.

 

Chwila, która nigdy nie nastąpi.

Cisza, która przebiega po źrenicach duszy.

 

Mogiła, która trwa wiecznie.

Maska, którą się nakłada, żeby żyć.

Mokra suknia, która nigdy nie zostanie założona.

 

Zamilkniemy i zginiemy.

W tłumie zwycięzców.

 

   Zmyślona historia dwojga niedoskonałych ludzi.

 

 

VI

Stracone dni

Moje myśli nie będą kamieniami, rozrzuconymi między świnie.

 Moje sny nie będą kamieniami rozproszonymi między ciebie, a mnie.

Moje graniczne dni nie będą kamieniami.

 Nie będą kamieniem.

                                                 Owadem będą. 

Nie stracę kolejnej chwili na bezgraniczne zakochanie.

Nie zbudzę kolejnej farsy tylko po to, żeby nazwać kolejny dzień.

Nie stracę go.

 

 

VII

 Drzwi

 

Mów, a będę ciszą.

Mów, a będę wszystkim.

Mów, a ciebie nie będzie.

Mów, a zaraz zniknę.

Mów tylko to, czego pragnę.

Mów tylko dla mnie.

Mów do moich oczu.

Nic więcej.

 

Poza tobą nie istnieje świat, który wyrasta ze swoich nabrzmiałych traw.

 

Popatrz, tam będzie nasz dom, który nie dostąpi zaszczytu otwarcia.

Zakończy żywota jeszcze zanim otworzą drzwi.

Nie zwlekaj więc i mów.

Wszystko co przyjdzie na myśl.

Powiedz słowo, a zamienię się w kamień.

W mroczna dziedzinę słowa.

Zamieszczę tabliczkę z napisem: moja.

 

VI

Biedna ta nasza gęba poranna.

Nie pasuje do codziennych złudzeń.

 

Biedna ta nasza gęba powstańcza.

Nie określa żadnej przyczyny, ani skutku.

 

Biedna ta nasza gęba powstańcza.

Idzie ułożona prozą. Nie do pary idzie.

 

Dojdzie nigdzie.

Nigdzie zacznie się w niej.

 

Popatrz, mówię,

W Polsce nigdy bym tak nie wyglądał.

Nie zrobił kolejnego dziecka.

W Polsce, która zmienia się do granic możliwości.

Nie stać mnie na nic.

 

          W dniu urodzin mojej matki postanowiłem przestać się do niej odzywać.

 

Pin It