ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6


antologia

 

 

 

Helena Murawska-Lenckowska

 

 

Modlitwa


Chwała Ci Boże,
którego mieszkaniem
doskonałe niebo,
cisza lasu, bezmiar
morza, liść akantu,
róża w rozkwicie,
dusza bez zmazy.
Chwała Ci Boże,
Stwórco Niebieski.
Moje sprawne ręce,
widzące oczy,
czujące serce,
ofiaruję Ci w wielu
dziełach.
Wejrzyj na mnie,
łaskawym okiem
i zbaw mnie,
w sercach moich
bliźnich.

 


Grajek boży


Idzie Leśmian przez pole,
idzie grajek Boży.
Co skarlałe ożywia,
czego dotknie
– wierszem mnoży.


Idzie Leśmian ogrodem,
miłość i śmierć się wadzą -
jedna po prawicy,
po lewicy druga,
zaś w oknie, u dworu
błędny świetlik mruga.


Wytańcował miłość,
a śmierć wyśpiewuje.
Stanął Leśmian u progu,
stoi, „się wsłuchuje”.


Jak to wszystko zapisać,
jak ponieść do Boga...
Patrzy wysoko w górę
a tam – Mleczna Droga.

 

 

Stygmaty


Nieustanne zmaganie się
z bólem, dni a czasem lata
takie same, ubogie w wydarzenia.
Z ciałem coraz lżejszym,
bardziej ulotnym,
nieobecny spojrzeniem
cierpi człowiek.
To odwieczny Chrystus
pokazuje bolesne rany
stóp i dłoni, nie ma
lekarza, który wyleczy,
uśmierzy ból na dłużej.
Kolejny dzień spotkania
z cierpiącym człowiekiem
to stygmaty, które nosisz odtąd
w sercu.

 


Rok 1920


Nieprzyjaciel nie śpi
i na wolność młodą
posępnym okiem spogląda
i wojsko prowadzi.
Poprzez Litwę idzie
tłum bolszewików,
toczą się walki na Kresach.
Rosja zdradziecko Wilno zajęła,
już jest pod Warszawą.
W dzień 15 sierpnia
po długich modlitwach,
przed cudownym Maryi
obrazem, stanęli legioniści
i cały lud Warszawy.
Trzeba powstrzymać
wkraczające wojsko,
które niczym kiedyś
bojcy Konstantego,
chce zająć Warszawę.
Warszawa się obroni,
da ojczyźnie życie.
Zdarzy się Cud nad Wisłą.
Paniczny odwrót armii wroga,
pozwoli przywrócić
Wilno i Lwów Polsce.
Znowu jak przed laty,
rozwijał się będzie
kraj piekny, bogaty.

 

 

Impresje


mężowi Mieczysławowi


Dziewczyna


Dziewczyna Muncha
– kruche szkło
„Ona ma siłę”
myślę, patrząc w nią
na przestrzał, poprzez
bujne sploty i kadr
piersi. To półakt.
Dziewczyna Muncha
– kruche szkło,
jak bardzo mało
jestem nią.
Ona płynie,
jest przestrzenią,
która faluje w niej,
wypełnia ją.
Ja w tym miejscu
na ławce lub
gdziekolwiek
usadowiona,
nie jestem
motylem natchnień
jak ona.


On


Teraz oglądam
tę drugą twarz.
To Przybyszewski

Staś, więzień niemocy,
papieros tli się w kąciku
warg i zarostu.
Nieogolony od wielu dni
– jestem nikim,
zdaje się mówić,
przeciwstawia
sile ulotnej wizji
Dagny swoją obecność.
Po chwili rozpoznaję
silny zarys – oczy i czoło
czujne, wręcz drapieżne
pisarza, który zapewne
w tej chwili powieść
„stwarza”. A talent w nim
rośnie nieprzerwanie,
niezależnie od postaci
kobiecej, teraz odrobinę
bezbronnej.


Munch


I teraz ten trzeci,
dopełnienie tła
– Munch.
Urzeczony wizyjnością
wyobraźni, maluje
Dagny i Przybyszewskiego.
Jego niepokój rośnie,
przeczuwając jej odejście
i rozpoznając talent
niepokornego druha.
Sięga wyżyn wyobraźni,
wówczas z gorączki jego
umysłu, rodzi się
najpiękniejsza sztuka.

 

 

Elżbieta Musiał

 

 

Fragm. poematu „Na zdjęciu wciąż żyjemy”


33.
Znienacka
przyjechali do kraju na Wigilię25.
Niecali. O 21 gramów lżejsi26.
Teraz tylko leżą, jakby dopiero co
wrócili z wojny i nie mogli się wyspać.
Pięć żon chciałoby objąć
pięciu mężów.
Przeszkadza im w tym pięć trumien.
Fatamorgana.
Ziarnami pustyni sypnęło i popiołem.
I myśl do pokoju wstępuje:
że skoro nie można objąć,
to przestało istnieć.
25 Tuż przed Bożym Narodzeniem, 21 grudnia 2011 r., przy drodze A1
w prowincji Ghazni w Afganistanie zginęło pięciu polskich żołnierzy z 20.
Brygady Zmechanizowanej w Bartoszycach. Jechali wozem opancerzonym,
który otrzymali od armii USA. Niestety, nawet tak nowoczesny pojazd
nie uchronił ich przed miną-pułapką podłożoną przez Talibów (z prasy
komentującej zdarzenie). Kontrolowana przez Polaków prowincja Ghazni
– to dziś jedno z najniebezpieczniejszych miejsc w Afganistanie.
26 21 gramów waży dusza człowieka. Taki wynik podał dr Duncan McDougall,
a podstawą do jego ogłoszenia był eksperyment przeprowadzony przez
niego w 1901 roku. Badanie z naukowego punktu widzenia nie było zbyt
skomplikowane, acz łamało pewne zasady, tajemnice, może bojaźń przed
ruszaniem nietykalnego. Więc cóż takiego zrobił lekarz naukowiec? Położył
na specjalnej wadze umierającego suchotnika i obserwował, co się dzieje
ze wskazówką przyrządu w chwili śmierci tego człowieka. Zaobserwował
wtedy ubytek ciała o 21 gramów. I tak McDougall zaobserwował duszę.
Po jednokrotnej udanej próbie jeszcze powracał do podobnych badań
z umierającymi ludźmi i psami. Ale przebieg następnych zawsze zakłócały
jakieś komplikacje i okoliczności. Pomimo to McDougall postanowił podać
wynik. Nikt po nim nie wykonywał już podobnych eksperymentów, bądź
też zyskały one klauzulę tajności.

 

 

Fragm. poematu „Ars moriendi,
czyli poradnik czynności nieużytecznych”


16.
Słowo daję, że żyła. Ona tylko niepostrzeżenie przysiadała na brzegu
łóżka, bo myślała, że to łóżko jest jej, jak już nic bardziej
na świecie. Przecież gdzieś musiała wracać po całym dniu.
W końcu to jedna trzecia jej lepszego życia na tych
czterech nogach i kilku sprężynach.
Nigdy nie mówiła o swoich snach,
a właściwie tylko raz, ale nie chciałam uwierzyć.
Była już wtedy po całym życiu, nigdy po pracy.
Może dlatego przysiadała na rancie łóżka.
Jak dusza na ramieniu
między dniem a odlotem, do którego już
musiała się szykować od dłuższego czasu,
tylko ja tego nie zauważyłam między jednym a drugim
moim krokiem. Słowo honoru, ona była. W tym domu, ale jego
już nie ma. Stał tu, na swoim miejscu, gdzie teraz jest ziemia, która
ją nosiła. Naprawdę. Najpierw sprzed okna odeszła stara czereśnia,
tej odmiany już nie ma,
ale babcia Stefania jeszcze wtedy była.
Zgarbiona chodziła ścieżką do domu. Ścieżkę przenieśli.
Na niej postawili nowe fundamenty. Ona naprawdę była.
Jak mam to jeszcze powiedzieć?

 

 

Miarka samotności


1.
Punktualnie o 9:45 czekało na mnie. Wizyta po roku
bez zapowiedzi. A ono jak gdyby nigdy nic i bez skrępowania
powtarzało swoje autorskie brzmienie. Miarowo
naprężało siną membranę tympani i spinało z brzegiem.
Stanęłam z nim ramię w ramię, potem tak szliśmy
donikąd, krok przed nami – samotność
godzin. Jednoosobowa obecność nie peszyła nikogo.
Na wyciągnięcie wzroku ani żywego ducha, choć nad samym
duchem można by się jeszcze zastanowić. Uciekałam w niepamięć
bez wzajemności. Wyrzucało z trzewi swoje rękopisy, nieuczesany
ostatek portu. W splątanych wodorostach
zapodziana butelka po rumie
dawno wypitym. Niezbity dowód na istnienie morza.


2.
Dopiero ten sznur
z węzłem, który nazywają gordyjskim, uświadomił mi
tymczasowość każdego trwania. Morze powiesiło się. Przelała się miarka
samotności. Wreszcie powiązało dwa końce świata
w jedno. Nie miałam przy sobie miecza, by odciąć go
od gardła. Więc to mara idzie teraz
ze mną, a ten huk i ta woda
są jedynie do złudzenia wierną atrapą wygnaną przez
przypływ na miałką ziemię. Liżę palec,
jest słony. Zaistniało podejrzenie, że to jednak scenografia
przygotowana na wszelką ewentualność. Już tylko
w wietrze, w tym otwartym przeciągu przechadza się nieustanność.


3.
Sypią się przez palce i zatrzeć nie potrafią, choć
same są śladem i ziarnem, bezużyteczną klepsydrą. Piach
nieskończony. Wystarczy lekki podmuch, a na jaw wychodzi odcisk
stopy, która szła tędy donikąd i nie wiedzieć kiedy. Może to morzem
wzdłuż przechadzała się pojedynczość, zapewne Robinson.
Resztkami myślę o wczoraj, dal nie zdołała
zmazać jeszcze poszlak, zagłuszyła jedynie telefon.

 

4.
A jednak tu był. Kilka desek z potrzeby domu skrzyżowanych
na znak. Zbity z płyt stolik i taboret. Musiał tak siedzieć godzinami
na wprost scenerii i wpatrywać się w odległe oko, które jest zaledwie
wstępem do przepaści. Potem gwałtownym odjazdem osierocił
brzeg, pozostawił rytą chwilę: 30 września 2013 roku. Plaża leży
teraz martwa z wyplutym mięsem foki, od której rybitwy natychmiast
pożyczyły sobie oczy. Dopiero ślepota otworzyła ją na prawdziwe
morze, ono skryło się w zimnym odtąd łonie.


5.
Migawką utrwalam swoją nieludzką zdobycz, a kilometr dalej
w kierunku donikąd – kolejną; to focza matka rzuciła się
na piach z rozpaczy. Już nie rwie sobie włosów z głowy, nie wyje
z odrąbania krwi z krwi, wokół niej zleciało się na wspólny
obiad czarne stado skrzydlatej codzienności.
Spójrz, dokąd zawiodła mnie miłość
albo jej brak. I znalazłam dowód na istnienie
fok w moim morzu, morzu bez końca.


6.
Pora usiąść i pomilczeć
nad topieniem żarzącego się krążka, przecież jestem tu


dla lekcji samotnienia, a nie pisania poematów.

 

 

Aleksander Nawrocki

 

 

Odprawa z Hamletem


Chłopcze, tu nic się nie kończy
i nic nie zaczyna.
Morderstwa trwają te same,
ta sama literatura i wiara –
oręż słabszych.
My wiemy co robić.
Między ferowaniem idei
przekonujemy: siebie –
namaszczoną drwiną,
poddanych – rozsądną tolerancją
i zmianą podatków.
W razie wyrzutów sumienia
można jeszcze raz zinterpretować
historię demokracji greckiej
lub rzymskie prawo.
Szpadą dziś – chłopcze – nikt
nie ocala honoru. Od tego
są dyplomaci, zdolni
przekonać rozsądnych.
Dlatego słusznie
umieszczono cię w piekle.
Nowoczesne niebo nie przyjmie
szalonych metafizyków,
szukających ponadczasowej etyki.
Okoliczności zmieniają nawet świętych:
– Trzeba być z ludźmi – mówią
Piotr i Paweł.
Lubimy cię, jak starą bajkę
z dawno podartej książki,
wtedy i my strugaliśmy miecze,
żeby pomścić.
Groby i słowa?!
Danina krwi stała się patosem
w złym teatrze. Nie gramy już tragedii.
Z twojego dramatu możemy
zrobić i wystawić
udaną farsę.
Idź więc
tam, skąd królestwo swoje
widzieć będziesz znów
jak piękną gwiazdę.

 

 

Źródło


Dokąd, źródło, mnie odbiegasz?
Tam, gdzie łąki nieschodzone.


A błękitne twoje włosy...?
Posiwiałe niebo cieszą.


Pić chcę z ciebie – moje źródło.
Są też inne wody, spróbuj.


Moje serce ciebie pragnie.
I tak do mnie nie powrócisz.


U twych brzegów chcę pozostać.
Lecz pragnienia nie ugasisz.

 


Szkic do miłości


Miłość – ptak biały na samotnym niebie.
Woda go pragnie w ramiona okrągłe.


Miłość – mężczyzna wśród nadbrzeżnych słów
pogłębia jedno... Niedomknięciem morza


jest czas miłości. W złoconych lektykach
niosą ją przez szlam do ostatniej gwiazdy.


A gdy odlotem zabliźnia powietrze,
oczy ma czyste jak starte monety.

 

 

Zakochani


Nie przeszkadzajcie zakochanym,
bo śmierć nad nimi samotniejsza.
O więcej kwiatów woła wiosna,
gdy świt porywa ich w objęcia.


I więcej dróg im znoszą ptaki,
więcej strumieni pragnie morze...
Czerwonym złotem dzwonią słowa
o smukłe ciała, ponad głogiem.


Nie przeszkadzajcie zakochanym,
nim starość w nich ugodzi celnie:
oni kurtyną są błękitną,
która oddziela mroczną scenę.

 


Nie powtarzaj


Nie powtarzaj chwili, raz przeżytej pięknie;
smok w niej zamigoce, ptak spadnie, dzień pęknie
i dziewczyny, tej jedynej, włosy
będą tylko spinką, gwizdem kosa
w beznadziejne deszczowe południe
kiedy kwiatom przetrwać jest najtrudniej;
więc nie wracaj, gdy raz pożegnałeś
i nie żałuj, jeśli coś minąłeś...
W stepie ogień widać jest najdalej,
ale w ogniu zawsze coś się spali.

 

 

Stanisław Nyczaj

 

 

Słowa


Sięgam po słowo.
Ono po mnie sięga.
Mijamy się w ciemności.
Sięgam po słowo
całym niemym wysiłkiem,
bezcielesnym ramieniem,
ręką niepochwytną.
Słowo po mnie sięga,
chce mieć mnie przy sobie,
ze mną jedno znaczyć.
Od wzajempragnienia
wokół się rozwidnia.
Zda się – dosięgam słowa?
Ono mnie – zda się – dosięga?

 


Grobowiec skarbów


Słowacki wstępował, ja, zwyczajnie, wchodzę,
choć gwar dzisiejszy nie urąga ciszy,
w jaką wsłuchany odgadywał myśli,
od których w snach parno.
Skarbiec złupiony, grób doszczętnie pusty,
lecz pustką, jak mało która, napełnioną
pamięcią tyleż chluby, co i hańby,
zaklętą w heksametr.
To piękno, zdziwione zachwytem współczesnych,
jest ledwie skorupą, hełmem porzuconym,
pozostawionym ciekawskim przy drodze
ku pępkowi świata.
Nie ma półkolumn z zieleni marmuru,
z ornamentami wstęgowymi spiral.
Nad wejściem trójkąt bez pasków, półrozet –
odlicowany!
Gdzie drzwi dwuskrzydłe, które ochraniały
monolit nadproża? Gdzie rozety z brązu
wewnątrz tolosu, co kamiennym ciosom
przydawały lekkości?
Brak rzeźb z kamiennych płyt. A wspierająca
sufit kolumna…? Czy nie zwiódł ją powab
w pylnych dróg taniec, że nie doczekała
oczu Pauzaniasza?
Stworzono, by zniszczyć! Dziś wcale nie lepiej,
Juliuszu. Więc wkładam kopułę grobowca
jak ów hełm na bakier, aby w porę okpić
nowe przepowiednie.

 

W skarbcu Atreusza (grobowcu Agamemnona), maj 2002

 

 

Żarliwy niepokój


Pamięci Władysława Hasiora


– Ogień – powiedziałeś – jest materią
maksymalnie uruchamiającą wyobraźnię.


I
Te Twoje Płonące sztandary
ze snów o „błękitnych nadziejach” –
jakżeż łopotałyby żarliwie
nad wydźwigniętym z korzennej ziemi
Słonecznym rydwanem w Södertälje!
A Płonąca Pieta z Kopenhagi? –
mogłaby tu żalić się nad gorzkim
zamysłem Przez płonące łąki łez…
Oto Ptaki ogniste w szczecińskim
parku znad Jasnych Błoni,
strzeżonych przez czujne Orły
i te nieulękłe koszalińskie
Ptaki płomiennej wdzięczności.
Wciąż widzę Twe Płonące drzewo –
nie z łuny zachodzącego słońca,
lecz z golgoty strwożonej wyobraźni.


II
Wszystko, zda się, zapamiętałem
z tego, co mówiłeś, w czas odwiedzin,
przy ulubionych „herbatkach z prądem”,
obmyślając swój kolejny album.

Niby wszystko – a nadal powracam
do tamtej zakopiańskiej pracowni,
gdzie ekran wybuchał wizjami
z wędrówek płonących gwarem miast.
Każdy slajd brałeś w dłoń niczym skarb.
W pracowni i galerii obok
nawet druty, sprężyny, łańcuchy
z rupieciarni-wysypisk codzienności
splatały się w domyślne kształty,
walcząc o każdy flesz oka
z trefiącymi się manekinami.
Ta kukła na pokaz w laurowym
wieńcu z trumiennych ozdób –
ma na czole plastikową różę,
a na piersi telewizyjny ekran
jako tacę z poćwiartowanymi
lalkami przy talerzu ze sztućcami!
Lustro wzmaga zapalczywy pośpiech
do zabawy w wyszywanie charakteru
to znów w nalot bombowy – po którym
niemy strumień w potok krwi się zaciemnia.


III
Pod dygocącymi od lęku moimi
wpółprzymkniętymi powiekami
tli się wciąż – zadziwiony pięknem grozy –
nieostygły w bezradnej trwodze
cierpki dreszcz Twej hipnotycznej magii.


2013

 

 

Drogi na skroś


I
Przeszło przeze mnie tyle dróg niebacznych,
serpentyn niczym ściśnięte ramiona,
z trudem łapiące oddech przestrzeni
u podbrzuszy chmur.
Tyle niesfornych w śródnocnej zamieci,
szlaków długich przeszło,
gdy serce z kabiny
wyskakiwało raz po raz na zwiad.
Ileż to razy pobocza i rowy
ocalały nadzieję, gdy dachował los…
Żebra dróg wichrem lat poskręcane,
wytarte z asfaltu i resztek betonu,
jak dukty do cna schodzone zarzucam
na złachany garb.


II
I przeszła przeze mnie rozpromieniona
słoneczną ulewą szosa podniebna,
że wystarczyło unieść skrzydła rąk,
by wodospady płonące poskromić,
przeliczyć na nowo ziarna Złotych Piasków
zakraść się w łaski bliskiego Olimpu
i wspiąć na strome, kolące błękit
skalne wysepki zatoki Halong.


Hanoi, maj 2006

 

 

Wybiegam w przyszłość


Jeszcze tak niedawno,
boskim głosem spikera wywołany do braw
pełnego entuzjazmu stadionu,
stawałem w dołki startowe.
I było mi wszystko jedno, z którego pasa
otwartej szeroko bieżni.
Cały półnagi, na pokaz,
w rynsztunku napiętych odwagą
mięśni nóg, torsu i rąk –
aż do spazmu zachwytu:
pisku fanów.
Trzy, dwa, jeden…
Strzał startera podrywa z przyklęku.
Wybiegam w nieznany dystans:
szaloną, zwycięską przyszłość,
pierwszy na ostrym zakręcie,
nie szczędząc sił,
choć było za wcześnie na finisz.
I oto stoję u mety,
prześcignięty na ostatnich metrach,
opadły z sił, wyczerpany,
przy ogłuszającym… jęku zawodu.
Jednak nie schodzę z bieżni.
Spiker prostuje,
że przyszłość wyliczono
stanowczo za blisko.
Pełną piersią nabieram w płuca tchu
i już czuję w powietrzu,
jak nadciąga
i jak, dmąc, uderza mnie mocno
nowy, zbawienny wiatr w plecy.


 

Helena Murawska-Lenckowska


Urodziłam się 27 lutego 1955 roku w Małym Głęboczku w niezwykle malowniczych okolicach Pojezierza Brodnickiego, obecnie zamieszkuję w Elblągu. Ukończyłam studia na kierunku Bibliotekoznawstwo i Informacja Naukowa w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Olsztynie, a także w systemie zaocznym trzyletnie Studium Teologii dla Świeckich w Instytucie Kultury Chrześcijańskiej im. Jana Pawła II. W wydawnictwie „URAN” ukazał się w 2014 roku mój debiutancki tomik wierszy Okruchy życia, okruchy wiary. Ponadto moje wiersze były publikowane w Antologii ERKON-u Złote oczy, Elbląg, 2000, oraz w Antologii lirycznej trzeciego wieku Kwiaty jesieni, Elbląg, 2012, a także w kwartalniku kulturalnym „Tygiel”, regionalnym czasopiśmie „Tydzień w Elblągu” oraz katolickiej „Wspólnocie” i miesięczniku osób niepełnosprawnych „Razem z Tobą”. Brałam udział w kilku konkursach poetyckich i zdobyłam drugą nagrodę w ogólnopolskim konkursie związanym tematycznie z problematyką leśmianowską. Piszę od dzieciństwa, przede wszystkim wiersze, ale również prozę poetycką i opowiadania dla dzieci. W swoich utworach opisuję świat duchowych wartości i związki zachodzące między przyrodą a doznaniami intelektualnymi człowieka. Uważam, że to nastrój maluje pejzaże, a słowo jest spoiwem obrazu zaistniałego w umyśle. W moich wierszach często pojawiają się rozważania o tematyce religijnej, związane z interpretacją chrześcijańskiego świata wartości. Podejmuję także tematykę historyczną związaną z dziejami naszej ojczyzny, opisując ciekawe osobowości i wybitne postacie związane z historią Polski.

 

Elżbieta Musiał


Poetka, eseistka, malarka, publicystka. Należy do Związku Literatów Polskich oraz Związku Polskich Artystów Malarzy i Grafików. Stypendystka Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Otrzymała odznakę Zasłużony Działacz Kultury, 2002, oraz Brązowy Medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, 2014. Wydała tomiki poetyckie: Miejsce na niebo, 1996; Tatuaż z obłoków (nagrodzony Świętokrzyską Premierą Literacką za 2001 r.); Cień rzeki, 2004; Płacz czajki. Wiersze i poemat, 2009; Ja, o jednym imieniu, 2014, oraz poematy: na śmierć zegarka przejechanego zimą przez samochód, 2008; Na zdjęciu wciąż żyjemy, 2012; Ars moriendi, czyli poradnik czynności nieużytecznych, 2013; 3 poematy, 2014. Poemat Mówię pochyloną cambrią otrzymał 1. nagrodę (kategoria poezja) w II Konkursie literackim im. Stefana Żeromskiego, 2014, oraz Nagrodę im. Piotra Kuncewicza (za książkę roku) miesięcznika „Czwarty Wymiar”, 2015. Autorka zbioru esejów Poeta patrzy na kobietę, 2006, wzbogaconych reprodukcjami własnych prac malarskich.

 

Aleksander Nawrocki


Urodzony w 1940 roku. Absolwent filologii polskiej, węgierskiej i etnografii na Uniwersytecie Warszawskim. Debiutował wierszami w roku 1965. Jest autorem 16 tomów wierszy, 20 tomów wyborów wierszy wydanych za granicą, 2 tomów opowiadań, powieści Cień jego anioła, książki popularnonaukowej o szamanizmie syberyjskim, książki reportażowej pt. Jak zamordowano Imre Nagya (powstanie węgierskie 1956 r.) Tłumacz poezji z języka węgierskiego i języków słowiańskich. Laureat 15 międzynarodowych nagród literackich. Uczestnik międzynarodowych festiwali poezji.
Od roku 1992 właściciel Wydawnictwa Książkowego IBiS, a od roku 1998 redaktor naczelny Pisma POEZJA dzisiaj. Od 2001 r. organizator Światowych Dni Poezji UNESCO i od 2008 r. Festiwalu Poezji Słowiańskiej. Za działalność otrzymał Złoty Krzyż Zasługi. Uhonorowany wysokimi odznaczeniami przez czterech prezydentów: Rzeczypospolitej Polskiej, Republiki Czeskiej, Węgierskiej i Republiki Jakuckiej. Laureat Nagrody ZAiKS-u 2015r.

 

Stanisław Nyczaj


Urodzony w 1943 r. – poeta, eseista, aforysta, satyryk, edytor, animator życia literackiego. Po repatriacji z Kresów Wschodnich 1945/46 w Opolu. Debiutował w kwadransie poetyckim Opolskiej Rozgłośni PR (1960), w prasie (1964), tomikiem poetyckim Przerwany sen, LSW, 1968. Od 1972 r. w Kielcach. Od 1996 roku prezes Kieleckiego Oddziału ZLP. Od 1997 red. nacz. „Świętokrzyskiego Kwartalnika Literackiego”. Wydał spośród tomów poetyckich np. Wiersze wybrane, 1994, w j. czeskim i polskim Poezie / Poezje, 1999; Poezje wybrane, BP LSW, 2008; Przedążyć pęd Ziemi, 2009; Arcymiara, 2014; wybór Żarliwy niepokój w j. polskim i bułgarskim oraz polskim i angielskim, 2015; jak również książki eseistyczne: Metafizyka tworzenia, 2007; Wśród pisarzy, 2010. Tłumaczony ponadto na białoruski i rosyjski. Członek SEC. Laureat nagród m.in. im. J. Iwaszkiewicza, 2008; im. W. Hulewicza, 2010; MKiDN, 2013. Odznaczony Krzyżem Kawalerskim OOP, 1998 i Medalem Gloria Artis, 2014.

Pin It