ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6


antologia

 

Agnieszka L. Mrowińska-Lilien



 

Bądź Pozdrowiony


Bądź pozdrowiony Miły
w Twoim bycie
w niebycie naszego istnienia
ja wiem, że to brzmi banalnie
ja wiem, że po latach wszystko
wydaje się banalne
a im jesteśmy starsi
tym bardziej wszystko staje się banalne
w odniesieniu oczywiście
do
Wieczności
która daje jasność widzenia
Spraw Wielkich
jednak gdy tak zgłębiamy
te Sekrety
te Prawdy Oczywiste
gdy mądrym doradcą
jest po wieki Czas
i gdy po latach
świetlista błyskawica
rozświetli nas
to rzeczywiście…
kto kocha pełniej…?

 

Kto nie wie co to znaczy równie dobry jest jak ziarenko orzecha
które wyrośnie Jutro na radość, spokój, zrozumienie
więc
Bądź pozdrowiony Miły
w Twoim bycie
w niebycie naszego istnienia
i Słuchaj…
Przepraszam, znowu, że tak banalnie
słuchaj szumu drzew
słuchaj szumu liści
one od wieków narodzenia
kodowały Tajemnice Świata
w Nich My jesteśmy


Cudowne Wyznanie
Dojrzałego Lata


Maleńkie Kropelki
Bezbronne Ziarenka
Wszechświata

 

 

Może


Może w hierarchii ważności
wśród mitów i znaczeń
pierwszego człowieka
prapoczątku
praprzyczyny
jak Sokrates tańczący
i Feniks z popiołów
wzbijam się od Nowa
gdy echo
dobija się milionami znaczeń

 

czego wymagać można od Człowieka?

 

jakiego zrozumienia?
jakiego przebaczenia?

 

Kto dał nam prawo do myślenia
ufając nam bez granic
komu mam dziękować
za to zaufanie?

 

Kto gwarantował że nie załamię się pod ciężarem

 

gdy mój brat i ojciec
odeszli do innego bytu
kto dał Im prawo mnie zostawić
kto – Pytam!

 

może tam tęsknią za mną
i tak jak ja
szukają sensu prawd
może nie trzeba kochać
wystarczy wierzyć
trwać i
o nic nie pytać?

 

Więc kto dał nam prawo do Myślenia
kto tak okrutnie wynagrodził
i dał nadzieję żeby się odrodzić?

 

W miłości zostajemy Sami
ani zwycięzcy ani pokonani


1982 r.

 

 

Osiemdziesięcioletni człowiek


Gdy tak oscylują w sposobie łączenia
i Tajemnica
i Objawienie
osiemdziesięcioletni człowiek
obłaskawiony przez Czas –
zbliża się
jak pociąg
do wykwintnej stacji docelowej
a ludzie powoli
zdejmują z półki ostatnie obowiązki
i niebawem wysiądą z sakramentem
tylko po co to wszystko?
pyta osiemdziesięcioletni człowiek
zmęczony czekaniem
i temperaturą trzydziestu ośmiu z kreskami
dzień po dniu jednoczy się
zmienia myśli odczucia
drugorzędne naszym zdaniem
i które wobec Niego
też teraz nie mają już większego znaczenia
skoro tak ładnie oscylujemy między
dzieciństwem dorosłością i wiedzą
i nieobce nam są
dalsze etapy
sukcesów i zwątpień
które chowamy
w zapomnienie
niewinny żart
świadomości
Nieśmiertelności
wiary
że do nas nie dojdzie roześmiany koniec
choć nie ma
przekonujących dowodów że wszyscy
właśnie tak –
chociaż
dlaczego akurat przeżycie jednostki
lub Jedności? stworzyć by miało
doskonalsze podłoże do kontemplacji
Tajemnicy Istnienia
skoro
nasz świat

choruje jakoby na brak
doznań filozoficznego spojrzenia
a ludzie wyćwiczyli się w umiejętności przeżywania
Absolutu i Absurdu
gdzie każdy człowiek jest określony
w sferze własnego Ja
i wymaga
akceptacji
zrozumienia
co
osiemdziesięcioletniego człowieka nie zadowala
jak słowo
które nabiera piękna
tylko wtedy
gdy zostanie złożone w myśl pewnego systemu –
więc
gdy tak oscylują w sposobie łączenia
i Tajemnica
i Objawienie
a Człowiek
zmęczony czekaniem
zbliża się do tej wykwintnej
stacji docelowej
z dręczącym pytaniem
że gdy zgłębił już wszystkie tajemnice
świata
kiedy tak już się natrudził
i namęczył
to dlaczego
musi teraz odejść?

 

 

Na wiosnę


Na wiosnę
czerwienieją od skarg
twoje usta
i z miłości do deszczu
Wierzba Wrasta w Ziemię
ludzie mówią
to pora życia…


Z życia niewiele się pamięta
raz kilka łez
raz kilka słów
a czasem jakaś myśl natrętna
a czasem czyjś przemożny ból
bo śmierć
to inni
my bogowie
raz urodzeni i raz zmarli
życie niewiele
nam opowie
bez gwiazdy w górze
bez latarni


Na wiosnę czerwienieją
od skarg twoje usta…

 

 

Pocałunki


Pocałunki rozsypane
jak perły
lecą
w otchłań
lekkie jak dym
drżące jak niepokój
cicho osiadają
na urwiskach skalnych
wirują jak pył
opadają
na Twoje usta i rzęsy
rozsypane jak perły
pocałunki
nieśmiałe
wyszeptane
taktownie milczące
odpoczywają
na urwiskach skalnych
grzeją się, śmieją
wirują jak pył
pocałunki drżące
jak dym jak niepokój
milczące
opadają na Twoje usta i rzęsy
i tańczą

 

 

Mirosław Mrozek


 

 

Kamień


Odpoczywam na tej ziemi – dla okrutnego żartu
nazwanej obiecaną. Dwa tysiące lat dobiega od
czasu, gdy ściskał mnie w dłoni wierny prawu
Żyd. Przywiązania do okrutnej litery chciał
dowieść, ciskając mną w jawnogrzesznicę. Jednak


wypuścił mnie z ręki, odwiedziony od zamysłu
przez, słyszącego głos Pana, Proroka. A gdyby
mną rzucił, wszystko mogło być inaczej: Proroka
uznano by za nieszkodliwego szaleńca. Nieznane


byłoby imię pewnego mordercy, który nie uszedłby
sprawiedliwej karze. Cesarstwo upadłoby później
i z innych powodów. Inne sztandary prowadziłyby
wojska na bój, który usprawiedliwiano by innymi
kłamstwami. Znany uczony nie spłonąłby na stosie.
Kilka pojęć i symboli nie istniałoby w świadomości
zbiorowej – pustkę wypełniłyby nowe. Poza tym:


Słońce wschodziłoby na wschodzie, a zachodziło
na zachodzie. Kobiety w bólach rodziłyby dzieci,
mężczyźni zabijali – bez różnicy – mężczyzn, kobiety
i dzieci. Rolnik czuwałby przy ziarnie, poeta przy
poemacie. Mądrzy byliby tak samo smętni, a głupi
ani odrobinę mądrzejsi. Natomiast ja, leżałbym


kilka metrów dalej, brudny od krwi, która z czasem
wyblakłaby, a w końcu całkowicie wyparowała.
Odpoczywałbym – tak samo – spokojny i obojętny.

 

 

Klęska


Jestem nieprzystosowany, a trzeba być przystosowanym,
najlepiej najlepiej przystosowanym. Stosować się trzeba
do grawitacji, pór roku, fizjologii, praw ludzkich i boskich.
Jestem ślepą uliczką ewolucji, nigdy się nie powtórzę,
nigdy już nie powtórzę tych samych błędów, które
mnie wyeliminowały, te błędy powtórzą się na pewno.
Moja klęska została skalkulowana i wliczona w koszt
przedsięwzięcia, jestem nieistotnym błędem statystycznym.
Nie liczę się w grze, gra nie liczy się ze mną, cóż z tego,
że rozszyfrowałem reguły, skoro nie potrafię ich zmienić.
Poniosłem klęskę i mam tego świadomość, skoro istnieje
świadomość, nie istnieje możliwość jakiejkolwiek klęski.

 


Czarownica


o ty która wróżyłaś z popielniczki pełnej petów
wyrocznio szaleńców obłąkana wieszczko
która tańczyłaś nago pogański taniec
na parapecie szpitalnej palarni


jakże brzydka byłaś i jaka piękna zarazem
jedyna prawdziwie wolna z nas wszystkich


nie imały się ciebie kolorowe tabletki
i igły strzykawek zatrute rozsądkiem


zbliża się północ twoja godzina
skąd do mnie wołasz jakie pasy rozrywasz
na jakim stosie teraz płoniesz jak urągasz bogu


podczas gdy ja gaszę starannie papierosa
pochylam głowę i jak zawsze posłuszny
zaczynam pisać sprawozdanie z procesu

 

 

Oksymoron


Żeby żyć, w jako takim spokoju ducha, trzeba – niestety – pogodzić się
z nieuchronnością. Że nie sposób wymknąć się śmierci, że nie uda się już
umrzeć młodo, jak również, że nie potrafiło się nie narodzić. Nieuchronnie
będziesz godził się na coraz więcej rzeczy – żeby tylko żyć – aż będziesz
tak pogodzony ze sobą i światem, że da się postawić znak równości między
tobą a powietrzem, a wodą, a grudą ziemi, karmiącą zbuntowanego robaka.

 


Badanie


O wszystko oskarżył mnie Inkwizytor, nie dowiódł niczego,
na świat skazał mnie. Chociaż przed trybunałem się kajałem,
nie nawróciłem się. Mój świat nie jest z tego królestwa, które
wzniesiono z dymu i popiołów bolesnych ognistych stosów.
Oczyszczę się z czarów, co w podmiot zaklęły mnie, powrócę
w rzeczywistość obiektywnie nieświadomą własnych praw,
w imię których podpalono chrust, powołano oprawców i ofiary.

 

 

Władysław Mścichowski

 

 

Ojczystość


Słowo jest w naszej krwi
stale wolne i łagodnie ufne -
rośnie pokornie lecz dumnie
gdyż z ziaren własnego języka


Wyruszamy z nim codziennie
drogą zdania -
ustawiając swoje znaki
i wyrazy przeznaczeń
litera po literze -
kropka światła
po przecinku zawahania


Zapalając myśli rodzime
przedzieramy się samotnie
przez bruzdy rozmów -
aby trafić do krainy zrozumienia


Słyszymy śpiew pokoleń
w tkankach słowiańskich
na strefach korzeni wiary -
zapamiętany w bezdomnych snach
i ojczystej dziennej mowie -
by przebijać się przez prawdy
niemożliwe i zmącone


Jesteśmy prostymi słowami
z rąk tej naszej ziemi -
na której klękają promienie
przed dźwiękami objawień

 

 

Wędrowanie bezdrożne


Nowe drogi tutaj stale rozryte
w starych rozwidleniach -
znów bez początku
i ponownie bez końca


Kierunek wokół gniazda
jest tymczasowo wzniesiony
w rozchyloną kamieniem
zakurzoną otchłań


Tylko dzisiejsza wędrówka
po bezimiennych dźwiękach
została pomalowana
krwistą wolnością


W rozniecanych trzepotach
mglistych postojów -
jutro – sami znajdziemy -
poszukiwany sen


A zagubieni i obłąkani -
w zawiłości ścieżkach -
przywiodą wam już teraz
ciszy cud

 

 

Rozkosz


Niebieskością wymodliłem -
z zamglonej rzeki niedosytu -
jej smukłą łódź ciała


Jeszcze nie uległą -
przed wirowaniem


Łakomy wilgoci brzask
zaczął się zwinnie piąć
po zwolnionych oddechach -
rozpinanej muzyką nagości


Zaklinane seansem łaknienia
zaokrąglają chwilę zachłanności -
wzmagając utkaną tkliwość
aż do rozedrgania
pełni rozkoszy


Dłonie spowiły bliskość
i opatrzność pożądania


Wierność naszego źródła
upomniała się bezwstydnie -
w kręgach światłości -
o rozbrzmiałe ziarna


Sekret jaśniejącego ognia -
w bielach zbawiony
trwożnym nasyceniem -
zaciemniał niebem

 

 

Pojazd


Pamięci brata


Ofiar coraz więcej i zgiełku -
tylko kierowca nie widzi
niczego i nikogo


Żywych czy zmarłych wiezie -
to nie ma tutaj już znaczenia


Jak ten stan wytłumaczyć
gdy nie zatrzymuje się nigdy -
na żadnym przystanku


Zamęt jeszcze większy się wzmaga -
więc stanął przy mnie nawet anioł
wylśniony z czerni


Wdał się z nami we wstępne milczenie -
jest coraz bardziej uprzejmy i bliski


Widzę krwawiący transparent wolności
pomiędzy kłamstwami brudnych gazet


Kierowco – głuchy i ślepy -
obejrzyj się na życia naszego niemoc -
bez wizji kropki nad tym światem


Lecz nikt już nie słucha -
nikogo i niczego


Pojazd nieustannie się rozpędza -
według niewidzialnego planu


Do samego najwyższego celu -
rozgwieżdżonych końców

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski

 

 

Drzewo


Ty chcesz żeby żyć bez trudności
Ja chcę trudności żeby żyć
Ty chcesz żeby pałka chroniła ciebie
przed trudnościami żebyś żył
lepiej niż drzewo
z którego zrobiono twoje krzesło
Wszystkie drzewa muszą stać
ty nie musisz stać
możesz siedzieć i pytać
jak żyć bez trudności
żeby pałka nie przetrąciła karku

 


Szkic o chwili


Nie ma takiej chwili
która nie wróci
Żadna nie jest bez śladu
To wiedziałem wtedy
i to wiem teraz stojąc nad zatoką
Stąd ruszyłem w prawo
a ty się wsunęłaś pod korę
tego drzewa co do dzisiaj rośnie
Czy słyszysz tę roześmianą rybitwę?
Tak, ten śmiech idzie za nami
choć nas już dawno nie ma

 


Granat


To jest granat
W tym granacie
nie ma pestek
To jest granat wybuchowy
W tej mowie nie ma treści
To jest mowa dla mowy
To jest kłamstwo
Ten samolot nie spadł
Ten samolot
miał ludzi w sobie
którzy się wznieśli
w tumanach rozpylonego piekła
To jest prawda
W tej prawdzie nie ma pestek
To jest coraz większy strach
przed prawdą
Przed prawdą stoi człowiek
Prawda wydaje wyrok
Treść wyroku zawiera ludzi
Ludzie są wybuchowi

 

 

Na śmierć Andrzeja Bursy w 1957 roku


Co by było gdyby Andrzej Bursa żył siedemdziesiąt trzy lata
nic by nie było Andrzej Bursa nie żył siedemdziesiąt trzy lata
Andrzejowi Bursie do niczego nie było to potrzebne
miał żyć tylko dwadzieścia pięć o czym świadczy
akt jego zgonu i definicja przyczyny wszystko co napisał
było przeciwko tej śmierci po to aby się zdarzyła
jako prowokator naciskający spust przeszył mi szyję
aż chlusnęło prosto w twarz Leopolda Lewina i poetów
podobnych do Lewina Leopolda i Bohdana Drozdowskiego
i poetów podobnych do Drozdowskiego Bohdana
oni też nie żyją ale nic z tego nie wynika
nikt nie został przeszyty ich jad zabił ich samych
nie wiem też co zrobić z mistrzem bo ten jako Władysław
pisał prawdę w którą wierzył jeżdżę ulicą jego imienia
i wysługiwał się komunistom jako Broniewski
nie wiem to strasznie trudne to tak jak podziwiać
malownicze płomienie pożaru który na twoich oczach
od tyłu pożera dom gdy sąsiad dziećmi nabija armatę

 

 

Schody


Zaczynają się schody
mówi polskie powiedzenie
ale schody nigdy się nie kończą
należałoby po polsku rzec


Wisła płynie krzywo Nic nie jest
jak w piosenkach pięknoduchów
Dzieci przebrane w mundur dorosłości
leciały nad Morze Śródziemne po kropelkę wody
Dlaczego by rurociągu z tym źródłem
znów nie pociągnąć do Polski?


Tak marzą lecz maleje
poletko zachodniego Wschodu
na którym ledwie się trzyma zszargana stolica
Chcą już wracać do wschodniego Zachodu
zasnąć u siebie ale boją się schodów
z których staczają się głowy z okrzykiem niechęci


Nie ma powrotu Język zastyga
Twardy jak beton nie chce tego opisywać


 

Agnieszka L. Mrowińska-Lilien


Urodzona w Warszawie. Opublikowałam: Słońcem Idę – zeszyt poetycki, Warszawa: wyd. WKMP; Wibracje – poezja, Warszawa: wyd. MAW; Ja i Ty –
poezja, wyd. Miniatura. Antologia Młodych Pisarzy, Kraków: wyd. Iskry; Antologia Poezji Dwudziestolecia, wyd. MAW. Za książkę prozatorską Noc (w konkursie wydawnictwa MAW) otrzymałam wyróżnienie. Dwukrotnie byłam stypendystką Ministerstwa Kultury – stypendium literackie. Jeden z wierszy z mojego tomiku poezji Ja i Ty wykonuje chór Uniwersytetu Warszawskiego. Polskie Radio prezentowało wiersze w programach poetyckich. Zdobyłam kilka nagród i wyróżnień.

 

 

Mirosław Mrozek


Urodzony w 1979 roku. W 2014 roku wydał tom poetycki Horyzont zdarzeń, który zajął I miejsce w 2. Edycji Konkursu Literackiego imienia Henryka Berezy „Czytane w maszynopisie” oraz znalazł się w finałowej piątce Nagrody im. Wisławy Szymborskiej. Laureat ogólnopolskich konkursów poetyckich. Publikował w „PKPzin”, „Angorze”, „Proarte”, „Ex Fabula”, „Dwumiesięczniku”, „Migotaniach”, „eleWatorze”, „Arteriach”. W 2016 roku ukaże się jego drugi tom poetycki Odpowiedź retoryczna.

 

 

Władysław Mścichowski


Urodzony 4 września 1947 r. w Łomży. Mieszka w Warszawie. Poeta, prozaik, malarz, grafik, kompozytor i muzyk. Debiutował w 1964 r. arkuszem literacko-plastycznym Drzeworyty. Wydał książki i e-booki, m.in.: Załomy, 1966; Scherzo, 1968; Malarz wolności, 1970; Erotyki, 1974; Postludium, 1976; Malowana solidarność, 1980; Światłocień, 1982; Apnea, 1984; Kontramarsz, 1986; Sąd nieostateczny, 1990; Niedokończona rewolucja, 1997; Interludium, 2000; Białe nokturny, 2008; Amarant, 2011; Ciszy cud, 2012; Szeryf Łomży, 2012; Andante, 2013; Bestiarium, 2013; Kropla jedności, 2014; Wizjoner, 2014; Perła i pył, 2015. Założył grupę literacką „Załomy”. Współtworzył Łomżyński Klub Literacki. Pisał również w drugim obiegu, organizował wydawnictwa i drukarnie podziemne – za co był represjonowany. W swojej twórczości przewidział m.in. powstanie ruchu narodowo-wyzwoleńczego i Sierpień ’80. Otrzymał około 50 nagród i wyróżnień w konkursach literackich.

 

 

Piotr Müldner-Nieckowski


Urodził się w 1946 r. w Zielonej Górze. Debiutował wierszem w 1967 r. Doktor n. med., internista i profesor, dr hab. językoznawstwa na UKSW. Ogłosił ok. 500 publikacji literackich i naukowych, m.in. poezje: Namiot ośmiu wierszy, 1975; Ludzki wynalazek, 1978; Wilgoć, 1997; Za kobietą tren, 2001; Opaska gazowa. Poemat dyżurny, 2004; Park, 2011; Schody, 2015, a także powieści, opowiadania, ok. 80 dramatów radiowych, słowniki, felietony, przekłady. Otrzymał nagrody za twórczość, m.in.: im. T. Borowskiego, 1976; im. J. Korczaka, 1982; Nagrodę Radiokomitetu I stopnia, 1992; Medal Komisji Edukacji Narodowej, 2003; Za Zasługi dla Kultury w Wojsku Polskim, 2008; Nagrodę poetycką im. Cypriana Kamila Norwida, 2012; Polskiego Radia i TVP „Wielki Splendor”, 2013. Do 1983 r. należał do Związku Literatów Polskich. Jest wiceprezesem Oddziału Warszawskiego i członkiem Zarządu Głównego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, którego był w 1989 r. współzałożycielem.

Pin It