{jcomments off}

Wiersze tygodnia – Jerzy Sosnowski

bwroclawska044
Bogumiła Wrocławska




z cyklu: KREDKI

Kredki

Błękit paryski.

Ultramaryna.

Sjena palona.

Karmin.

 

Pudełko zamiast kredek

mieściło zagadki.

 

Próbowałem zrozumieć:

czy istnieje błękit wiedeński?

czemu ta jedna Maryna jest Ultra?

czy miasto Siena zostało podpalone?

i jakiej wtedy nabrało barwy?

 

A karmin?

 

Więc chyba brzmienie tej litanii

- choć na rysunku miał być smok -

ciągiem tajemnych nazw kazało

odwracać kartkę, kształty zdradzać

dla kolorowych plam bez kresu

i patrzeć w toń ich, wbijać wzrok

w nadziei, że wypłynie z dołu

sekret, jak potwór z wód Loch Nessu,

że się w ich głębi coś zadzieje,

u dna odemkną się wierzeje:

brama do jaskiń, snów, kościołów.


Ulica Chorregraficzna


Ulica Chorregraficzna

(Choreograficzna? Horrorograficzna?)

prowadziła od placu Jeziornego

za miasto, na Pustkolwie. Tam

 

wśród wydm,

przywiązane do palików,

kołysały się

nadmuchiwane lwy.

 

Kiedy się sunęło

na południe

mijało się po lewej mieszkania

Ułana, Milicjanta i Kobiety w Chustce,

 

a po prawej Dom

Kosmonauty i Stację. Czasem

defilowały tędy wojska albo

galopowali Indianie.

 

Widziałem ich z góry. Chyba

że podnosiłem się z kolan, odwracałem

i wyglądałem przez okno. Tam

ulica Wolska

 

prowadziła w stronę pętli.

Tablice w tramwajach

informowały:

Wola Cm Kat.

 

Wtedy czułem na ramieniu

ciepły dotyk, a lwy

zrywały się po jednym

z uwięzi. Odlatywały

 

zawrotnie wysoko.

Lipiec

"Wszyscy twoi koledzy z podwórka też już

wyjechali na wakacje i zrobiło się jakoś pusto".

(z listu od ojca)

 

 

Nikogo nie ma. Koledzy z podwórka

gdzieś wyjechali. Pustką drży powietrze.

Żar unicestwił kioskarza na rogu

i po gazety trzeba teraz biegać

za wiadukt, którym ściekają pociągi:

żółto-niebieskie strumyczki żywicy.

Rozgotowana zieleń już wyblakła -

aż od białości nieba, drzew, obłoków

trudno nie mrużyć oczu. Zamiast trąbek

klaksonów, szczęku zwrotnic, czy klaskania

kopyt o jezdnię, rośnie unisono

akord kwartetu trzmiela, muchy, świerszcza,

oraz komara. Każe się spodziewać,

że coś się jeszcze stanie. Jakiś wybuch

radości, grozy, entuzjazmu. Tutti.

Pęknie ten obraz, ukaże się inny.

 

Lecz nic nie zaszło. A smyczki owadzie

ucichły, nie wiem kiedy. Należało

nie czekać, tylko to narastające

czekanie spijać, a oczy obracać

do wewnątrz, w ciemność, by lepiej usłyszeć

najczystszą z czystych obietnic niczego.

 

"Domy, drogi, aleje..."

 

Domy drzewa dolina Para po parowozie

Strumień Ludzie na kocach Słońce Jajko na twardo

Mój ojciec przechadza się z aparatem fotograficznym

Przystaje Nastawia ostrość Wiem jeśli naciśnie migawkę

ja to zapamiętam

 

Jest taka cisza taka ulga Wzrokiem przesuwam przedmioty

I wszystko pachnie Woda Asfalt Flanelowa koszula i termos

Mała dziewczynka krąży nieopodal Nie musi nic mówić

I ja nie muszę Nie musimy nic mówić

Pomilczmy

 

 

Tłumaczenia z przełomu stuleci

 

 

Maurice Maeterlinck

Dzwon nurkowy

[Dzwon nurkowy - według legendy szklana konstrukcja, w której Aleksander Wielki miał spuścić się w głębiny morskie. Rzeczywistych dzwonów nurkowych - drewnianych, a za czasów Maeterlincka stalowych kapsuł, opuszczanych na linach, otwartych od spodu lub zamkniętych, z włazem w podłodze - używa się do transportu nurków od XVII wieku. Przyp. JS]

 

Och, nurku, zamknięty na zawsze w swoim dzwonie:

Całe morze ze szkła, wiecznie skłębione,

Całe życie zastygłe poza ciężkim zielonym wahadłem

I tyle dziwnych istnień za ścianami!

A wszelkie dotknięcie - zakazane,

Gdy tyle życia na zewnątrz, w przejrzystej toni.

 

Patrz! cień wielkich żaglowców sunie nad daliami podmorskiego lasu;

A po mnie przemyka cień wielorybów, odpływających daleko na północ.

 

Właśnie teraz, na pewno, rozładowują w porcie naczynia pełne śniegu.

Trwa wciąż lodowiec wśród lipcowych łąk! 

Ludzie pływają sobie w zielonych wodach zatoki,

W południe chronią się w ciemnych jaskiniach,

Gdy wiatr patroszy strychy domów.

 

Patrz! Prąd Zatokowy niesie języki ognia!

Wstrzymaj ich pocałunki ścianami znużenia.

Zamieć śnieżna ustaje, gdy nadchodzi żar,

Namiętności rozpaliły radosny płomień

I garściami rzucają weń lilie.

 

Oprzyj teraz czoło o ścianę, gdzie najchłodniej,

Czekając, aż światło księżyca dotknie szczytu twego dzwonu,

I nie patrz na lasy kołyszące się błękitnie, ani na fioletowe osocza, niech nie mami cię                                                                                                     więcej toń.

 

Poczuj swe pragnienia, osłabłe, spotniałe;

Potem doznaj tych, które wkrótce rozkwitną:

Są jak weselnicy, co świętują w lochach,

Jak grabarze w południe, w alei oświetlonej lampami z katakumb;

 Idą korowodem przez kraj, podobny do dziecka bez matki.

 

Teraz doświadczaj pragnień, które umrą niebawem.

Nadchodzą jak dziewczęta wracające z długiego słonecznego spaceru, w dzień postu;

Są blade jak pacjenci, którzy słyszą łagodny szum deszczu w zaroślach przed                                                                                                                   szpitalem;

Mają oblicza ocaleńców przy posiłku, na polu niedawnej bitwy;

Są podobne do więźniów świadomych, że strażnicy poszli się kąpać nad rzekę,

a ktoś kosi trawę w więziennym ogrodzie.

 

 

 

Paul Verlaine

Słabość

 

 

Jestem Imperium przegniłym już prawie do końca,

Które widząc, że dzicy nadchodzą jak śniegi,

Układa bezsensownych wierszy długie ściegi, 

W złotym stylu, gdzie gasną, wirując, mdłe słońca. 

 

Duszy samotnej słabo od nudy gorąca.

Gdzieś jakoby się starły krwawo wojsk szeregi,

O, nie sposób przez słabość, przez niechęć się przebić,

By w żyłach, choć przez chwilę, kipiała krew wrząca. 

 

O, nie chce się, nie sposób umrzeć tak, nie-całkiem!

Wszystko wypite! Sługo, skończyłeś drwić ze mnie?

Wypite i zjedzone! Gadać już daremnie!

 

Tylko wiersz niezbyt dobry, zdatny na podpałkę,

Tylko rozpustny sługa, co cię zaniedbuje.

Tylko nuda, co przyszła nie wiedzieć skąd, truje. 

 

 

Paul Verlaine

Światło księżyca

 

Dusza twa to krajobraz niezwykły

Gdzie bywają maski i maszkary -

Te na lutniach grając, tańczą, choć nikły

Smutek ćmi pod strojami nie do wiary.

 

Wszystko śpiewa w tonacji dość smętnej

O miłości dobrej, tryumfie życia, 

Nie wydają się wierzyć w swoje szczęście,

Pieśń ich miesza się ze światłem księżyca,

 

Ze światłem, pełnym smutku i urody,

Które każe ptakom śnić na drzewach,

Lub w ekstazie szlochać w krąg strugą wody,

Tą strugą, co z marmurów konchę zlewa.

 

 

Antonin Artaud

Ulica

 

 

Ulica seksualna w przechodniach

się wije - obleśne ich twarze;

kawiarnie ćwierkają o zbrodniach

korzeniami wzrosłych na bulwarze.

 

Dłonie płci rozpalają kieszenie

i brzuchy upychają w głąb skóry;

Myśli wciąż się trącają o siebie,

a głowy nie tak często jak dziury.  

Pin It