Bernard Noel - wiersze w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej

 

Henri de Toulouse-Lautrec
Henri de Toulouse-Lautrec

 

 Kontra-śmierć

( fragment

 

 

ja

 który codziennie  drążę własne ciało

nie łaknę

ani prawdy ani szczęścia ani nazwiska

lecz źródła tego co we mnie łaknie

 nie wyprowadzam na spacer mojego diabła cywilizowanego

 dziesięć tysięcy diabłów zjada mnie od środka

 uśmiecham się do nich

 nie jak Gioconda

 nie jak budda jakiś zadowolony ze sztuki dystansu

 nie jak jogin o starannie umięśnionej duszy

lecz jak człowiek

dla którego żadna droga nie jest dobra

 i

 w miarę jak dół  pod skórą się pogłębia

 przedziwna maszyneria jawi się w mym ciele

inne oko przebija się u korzeni nosa i

 każe mi wątpić w skuteczność mych oczu

 kondensacja spojrzeń

 trójkąt w głębi czaszki

bezdennej jak lej pochłaniający

 krzyki z kręgosłupa i z brzucha

( w którym rośnie wiązka korzeni

 elastycznych i twardych jak stalowe igły)

 trójkąt którego rozżarzone do  białości ściany

wypalają w mózgu koleiny

 dotyk ognia jest samą obecnością

 rzeczy wchodzą we mnie jak wystrzał

 rozrywający włókna

źdźbło i belkę w oku

  filtr i zęby

 

 

 

                              

Z cyklu Wyrywki z ciała

( fragmenty)

 

 

 

............słowa dogorywają, tuż przy skórze. Spojrzenie stygnie

Tors jest zbiorem części  ruchliwych i nieruchomych. Gesty zstępują do

wewnątrz, gdzie rozchodzą się jak koła na wodzie. Szyja wydłuża się gdzieś na

krańcach ciała. Od żołądka rośnie to drzewo, które przebija się przez moje

gardło. Pnie się aż do nozdrzy. Krótkie spięcie przecina mi bieg nerwów w

karku . Głowa pochyla się nad gładką powierzchnią srebrnego jeziora, która

nagle rozpryskuje się w przestrzeni jak kula rtęci. Otwierają mi czaszkę,

podczas gdy moje nogi wydłużają się coraz bardziej i bardziej, zwisając

z chmur. Po jednej stronie – ból. Po drugiej – noc. A pośrodku rozkręcona

śruba w żołądku. Powietrze dopływa do ust...W gardle mam pełno piór.

Wypluwam ich cząstki

 

                                                    

 

    Niekiedy cała zawartość klatki piersiowej ulatnia się. Chciałbym wierzyć,

że wślizgnęła się do żołądka, ale ręce nie chcą jej tam szukać. A raczej to ja

spędzam czas na szukaniu swych rąk, w poczuciu jakiejś bolesnej konieczności,

jakbym obawiał się, że ktoś wykorzysta fakt, że oto jestem całkiem odsłonięty.

Dopiero później, straszliwie powoli, z opłucnej zaczyna wydzielać się wapienna

papka, która uszczelnia wnęki między żebrami. A wtedy kręgosłup ujawnia się

wzdłuż całej budowli, niczym kominek w domu. I widzę moje plecy: białawą masę, od której odrywają się kryształki siarki. Próbuję się roześmiać, ale nic z wewnątrz nie dochodzi. Muszla opustoszała.

 

                                                          

 

   Ta biel, która czasem tryska z mojego rdzenia, jest bronią podobną do śmiechu: zamraża to, co mogłoby mnie wzruszyć. Żadnych sentymentów. Nic, tylko szybkie pulsowanie tej przeźroczystości, gdzie bije rytmicznie, krwawi serce. Ciało wyzbyte mięśni jest czyste.  Szpalery kości po bokach niczym pasma kwarcu. Spojenia są umocnione. Trzymam się prosto. W górze, mój język dygocze na wietrze...

 

                                                           *

 

   Śnieg miękki. Czuły śnieg. Ciągle śnieg. Śnieg  skóry  sypie płatkami przez ciało,

łagodnie,  powoli. Śnieg   ciała   prószy  przez  żebra.    Jeszcze dalej , w środku, kręgi skupiają się w potrzebę pionu. Przepływa ciąg przodków. Tak, czas mnie przenika, a ja go przetrawiam w  nieskończoność.          Gdzie jest strona zewnętrzna?           Gdzie  jest teraz?

 

 

                                                         *

 

   Na początku oko nawiedziło rdzeń i przyszedłem na świat. Po przeciwnej stronie wynurzył się penis, aby wpatrywać się w czas, i powoli, z rdzenia kostnego wywinął się motek nerwów, wokół którego ściekały krople godzin. To był brzuch. Wtedy woda zapragnęła wziąć się w garść i zbiła się w gąszcz skóry. To, co miękkie, wydało z siebie własne przeciwieństwo i ukazała się kość. Była strona wewnętrzna i strona zewnętrzna, ale to, co wewnętrzne, zawierało w sobie własne zewnątrz, które mówiło mną, mówiąc ja. Oko wtrąciło obie strony w ciemność i obróciło raz jeszcze na zewnątrz stronę zewnętrzną. Miałem twarz, ciężar, ciało. Byłem pełnią, która parła wciąż naprzód. Ale oto obróciło się do wewnątrz moje oko. Teraz widzę poza stroną widzialną. Teraz jestem pusty, a moje ciało musi się zacząć od nowa..

 

                                                              

 

                przestrzeń        opada            deszczem we wnętrzu moich ramion             az te wytrawione

zaczynają z kolei mżyć na mój brzuch              Moje

cialo           osypie się śniegiem                         ale

kregi kostne pozostaną ułożone w stos jedne na drugich

zmierzając  ku nocy  nieszczelnej czaszki gdzie wciąż jeszcze

mieszkam 

                                                                 teraz         

     kości czernieją i  podczas gdy wszelka cielesność ze mnie opada

                                    bez oczu patrzę  

na szarawe wydmy  z których się wspina kregosłup       

drzewo kości 

                                                                       Spojrzenie

jest białym stożkiem który zawiera być może w sobie moją czaszkę

i     zostawiamy                                       na      skraju     pustyni

tę dziwaczną stertę próchniejących żeber

 

                                                 

                                                               

  Jest góra i jest dół. Pusta kula w której obraca się oko. Kula związana niczym worek. Szyja jest przecięta, lecz szpik kostny pozostał nietknięty, przenikając gąszcz chmur w tej ranie, która nie boli. Rana jest spoiwem. Jakiś nerw wibruje, uderzając o kratę paliczków. Przepona twardnieje. Serce trwa w milczeniu. Z wątroby wyłaniają się macki, dokonując zwiadu pustyni Kości pokrywają się gorzkawym szronem, by  trzymać na dystans wilgotne mięso. Mam głowę pełną galarety  oczu.                                                            

 

 

                                                           

   Jakieś gesty, i jeszcze liczniejsze  zarysy gestów. Pełno ich w ciele. Strupy wokół kości zżeranych próchnicą. Wszędzie szpony podstępne, jakby ciało zdradziecko knuło spisek przeciw sobie. Nic tylko wnętrze. Bez  śladu początku ani końca. To nie przychodzi  z daleka ani z bliska. To jest cień cienia, wyostrzona odwrotność tego, co rzuca cień. I właśnie to drąży we mnie studnię. Z jej głębi wynurza się  penis. Topią się w niej oczy. Studnia we mnie, zrobiona ze mnie, przeciwko mnie.

 

 

 

 

   Zrodzony z dziury. Zbudowany wokół dziury. Jestem konstrukcją pustki. Teraz moje tak jest zawsze pustką po moim nie. Mogę się wywrócić na drugą stronę jak rękawiczka. Musi być w tym jakaś odwieczna równowartość, w której prawa strona nie oznacza lewej. Rana symetrii. Dam ci serce w zamian za wątrobę.

 

 

                                                           

   Pragnę, lecz nic nie napoi mojej pionowości. Łaknienie moje wypiło samo siebie do ostatniej kropli. Oko jest tylko kulką obijającą się między ściankami swego pomieszczenia. Ząb, pusty w środku, wygryzł mi język. Między żebrami ktoś wstawił mi szyby. Wszystko jest jasne. Myślę o jutrze: muszę zamówić penisa z kości.

 

                                                           

 

Między moją powłoką a kośćmi rozciąga się niekiedy bezmiar pustyni.

 

A wtedy, odarty ze skóry, spogląda na swój szkielet i pyta: kto to taki ?

 

                                       

 

 

Z cyklu  Przejść przez Athos

( fragmenty)

 

 

 

 

 słowo w pobliżu serca ja szukając słowa

 rozmyślam nad strzępem minionego

 który przyczepił się do teraźniejszości

 gdzie spojrzeć ruiny a jednak

choć piękny wizerunek nadgryzł upływ czasu

 święty Jan swoje pióro wciąż macza w jasności

odwiecznym gestem lecz snop światła pada

  na niezidentyfikowaną część jego ciała oto

 chmara much go obsiadła by zebrać garść kurzu

 i znów w górę frunęła gdzie Bóg na sklepieniu

 tak mocno poczerniał że jest negatywem

aureola ta sama dla Jana i orła

 i trochę więcej niż jedno skrzydło

 lew Marka zamiast oka ma jeziorko łez

  Łukasz z obliczem zjedzonym przez pleśń

 zmienił się w Murzyna o białej brodzie

 z Mateusza została dziura w zaprawie murarskiej

 kilka kości z różowej cegły trzmiel

ściąga mój wzrok ku sobie pod wnęką kopuły

w pierwszym kręgu resztki czyjegoś ramienia

w drugim osiem aniołów każdy z szóstką skrzydeł

stulonych ku dołowi wzniesionych w górę dwoje rozpostartych

z całej grupy emanuje niezwykła zmysłowość

 każdy anioł podwójnie wyposażony

 w strefę szczelin ( która u ziemianek

 jest tylko jedna ) tak że uprawiać miłość

 można by na okrągło z góry na dół

i bez końca w okręgu wirującym

 ten sam trzmiel się zniża

 trasą świeżych odchodów moje oko

 rozpłomienione tam się nie zapuszcza

 lecz być może pomyliłem odchody z żółcią

 i oto jestem w centrum dzisiejszego dnia

ze spojrzeniem nagle strzaskanym przez słońce

 pustkę i lęk przed wejściem na przegniłe schody

 w powietrzu oczy szukają na oślep

 z lewej strony wynurza się niespodzianka

                                               Biały  Biały  Biały

oddaje w głąb nieba swój kredowy wytrysk

i ponad życiem śmiercią i rzeczywistością

 ustanawia wspaniałe NIE wobec ich racji

 

 

                                                                  

 anioły sześcioskrzydłe lecz wyzbyte ciała

 ich zmysłowość karmi się tym brakiem

wzbić się w powietrze by mieć aureolę

czyż to nie czysta wojna wirtualna

ja który w te dni jestem niewinnie bezpłciowy

 niczym mały Jezusek łowię w głębi sylab

greckich pęcherzyki dźwięku coś na kształt tajemnic

 które wirując w przestrzeni bzyczą w moim uchu

a much jest jeszcze więcej

niż wczoraj dobrze że chociaż gołębi nie widać

 przyszedłem zobaczyć jak wygląda

                                        na głowie

ma jakąś mleczną piramidę chmurę

jedyną na bawełnianym niebie które

przesłania w ten sposób zapalczywość życia

 

                                                                                           

 

 wyrwać go z oczu przenieść w coś innego

myślę wspinając się po stopniu z marmuru

 który wybiega w pustkę potem stąpam

 po szczycie muru i po starych deskach

strawionych przez deszcz i słońce tym razem

wiem gdzie go znaleźć jest tam zatopiony

całkiem szary w błękitnych oparach

drewno trzeszczy pode mną czy pod strugą światła

 

                                                                

 

 przewiany bryzą pośród ruin widzę

 pióro Jana nabiera powietrza jak to czyni

 język chociaż mój obraca raz po raz na próżno

 ziarenko oddechu nie biorąc zeń formy

 kawał gipsu odpada ze sklepienia

 wznieca kurz czymś co było niegdyś

 liściem w kształcie  mej dłoni lecz dlaczego

 patrzę zmieszany na nieubłaganą

 nieskazitelną młodość czterech marmurowych kolumn

 na ich cielesność przeźroczystą w słońcu

  na kształt zuchwały tych syren z kamienia

 

 

 

zwyczajnie szczyt góry dziś rano z flankami

pochyłości które mu służą za horyzont

 spłowiały święty w niszy i ja

spoglądamy na niebo lekki wiatr podkreśla

 ciszę po lewej stronie budowla w ruinie

ogień wypalił kamień poskręcał żelazo

popiół wszędzie obecny może ślad po księgach

 

 

                            

 słowa obyć się mogą bez rzeczy podobnie

palce umarłych niczego nie muszą

 burza w oddali potrząsa pudłami

 pustymi przy źródle w rządku cztery

wskazują kierunek ziemia nieruchomo

 wiruje w bezgłośnym powietrzu tylko k

 poruszenie niebieskie gąszcz nie wiedzieć czego

 

                          

                                                          

 zniknął w chmurach chyba że błyskawica

 obcięła mu głowę

gdy ja umrę cały świat umrze wraz ze mną

 mówi ojciec Maximos rozmawialiśmy

 o łasce wydaje mi się powiedziałem

 że ma ona zasadnicze znaczenie dla Wschodu podczas gdy Rzym

 postawił na władzę Maximos

odprawia codziennie trzy msze

o szóstej dziewiętnastej i dwudziestej pierwszej lubię

 patrzeć jak potrząsa kadzielnicą z dwunastoma dzwoneczkami

 po jednym na apostoła i wyczarowuje

 nam ścieżkę dymu lubię także jak intonuje

 Kyrie Jesou Chrystou yje tou Theou

Aleison imas Panie Jezu Chryste

Synu Boży zmiłuj się nad nami policzyłem

aż do siedemdziesięciu siedmiu razy tego ranka

do osiemdziesięciu trzech wczoraj podczas nieszporów

to błagalne zawodzenie sięga początków

 pustelniczego żywota świętego Antoniego

  który intonował je w obronie przed demonami Święty Grzegorz

 Palamas wprowadził ten obrządek na górze Athos

 jesteśmy malutką wspólnotą

 ojciec Paweł igumen Maximos

 jego brat Estaphas w zdrobnieniu Staphy

(wziąłem go za dziadka uśmiechając się na myśl

że moi dwaj mnisi zrobili dziadkiem swego ojca)

 to trzej stali mieszkańcy naszego przybytku

zbudowanego przez ośmiuset rosyjskich mnichów który

 był bastionem imperium ostatniego cara

 grecka tutaj jest tylko kaplica gdzie zmierzam

 po szczycie muru przez drewniane schody

datuje się ją mniej więcej na siedemnasty wiek

 oprócz nich są tymczasowi członkowie wspólnoty

 ja   Niko młody student

teologii i ojciec Dimitrios

ważący tyle co tamci trzej

 z winy podwójnego brzucha

 którego się nabawił przez dobroć serca

 

                                              

                                             

 dookoła ruiny                          

zamykają w kamiennej trumnie własne szczątki

spojrzenie zstępuje w głąb po czym się odwraca

 może pochwyci coś co niesie groźbę

 i czego się nie widzi jakąś rdzę

 w powietrzu egzemę na skórze dnia

 ptak pikuje na kota niemal go muskając

coś jeszcze jeszcze dla życia dla śmierci

 

                                                    

 

 ile czasu potrzeba by się czas dokonał

 zamkniętej wspólnoty zwykło się nazywać

 przyszłością zdolność ustąpienia miejsca

 następcom czy to znaczy żyć

ci którzy tutaj byli nie mieli przyszłości

poza swym małym żyć

 rewolucja rosyjska przecięła bieg rzeczy

 więc ku jakiej idei zmierza człowiek

 świadom tego że nie będzie przyszłości

 i że życie jest tylko przymiarką do śmierci

 umieranie zaś to po prostu dzień po dniu

 jedyne miejsce wspólne a potem kres czasu

dla ostatniego który tutaj runął

 samotny oschły w swym czarnym habicie

 ja zaś przechodząc przez tysiąc drzwi szukam

 szczątków ostatniego z tych co tu pomarli

 

 

 

poniedziałek środa piątek

są dniami postu w południe dwa trzy

pomidory tak samo na wieczór w pozostałe dni

 talerz warzyw lub makaronu dużo

chleba źródlanej wody czasem nawet ryba

lub feta jogurt z miodem trochę snu

 im przysługuje siesta ja słucham jak czas

  przechodzi niczym oddech

 

                                                    

 

                         jest tutaj masywny

 i mroczny ze szczytem obciętym

przez płaską białą chmurę dziś w południe

 nie pościliśmy powiedział mi Paweł

że to  święto dwunastu apostołów

daje prawo spożywać oliwę Dimitrios

przygotował makaron w czerwonym sosie

piszę w greckiej kaplicy święty Jan

nie fatyguje się umoczyć pióra

cztery pięknokształtne są tak samo smukłe

w arkadach ponad nimi dwa anioły

 i rycerz pobożny z krzyżem w prawej dłoni

a mieczem w lewej dwa kartusze w tle

 pejzaż w kolorze sepii dalej łuk wśród kwiatów

 obejmuje anioła który mógłby ujść

 równie dobrze za panienkę co za paniczyka jego ręka prawa

 szarpie pustkę po lirze lewe skrzydło

  uszkodzone bardziej niż wczoraj coraz mniej tu sztuki

 z każdym dniem coraz więcej ścieka

 z murów tak jak z ciała wyciekło odbicie

 oglądane na płótnie całunu

 

                                                     

 

                                               trzeba

 czy nie trzeba użyczyć cieniom odrobiny

 życia nie tym co pod ziemią

praktykują śmierć lecz tym wszystkim które

 przydają rzeczom wnętrza takiej głębi

 że stąpasz jakbyś szedł pośrodku

własnego ciała ziemia się wydaje

 dolną szczęką której zabrakło w jednej z czaszek

 

 

 

fala za falą bije z morza w niebo

szczyty gór i najwyższy z nich Biały

 niekiedy udaje że jest kimś innym

pod warstwą mleczno-szarej emulsji

sosny figowce dęby zielone jeszcze dalej

 kilka zabudowań klasztornych to wszystko

 doskonały interior w kolorze błękitu

 morze w dole się marszczy i rzęzi na skałach

 słoneczną bryzą by pokryć się łuską

 i obdziergać srebrem horyzont

 nie wiedziałem że tutaj było kiedyś morze

 widziałem w tym miejscu podnóże nieba

 (teraz nie wątpię w to czym naprawdę jest)

 za czasów Stavronikity stała tutaj twierdza

 z występem stromych murów nad nimi balkony

 to jego apartamenty jego dziedziniec arkady

 konfitura z fig szklanka z wodą dla przybysza

 który pragnie do nieba pójść prosto z kościoła

 wystarczy że się nauczy wchodzić po drabinie

lecz strzeż się upadku dostaniesz się w zęby

Lewiatana w odmętach święta rzesza

 męczenników jednemu z nich obcinają dłonie

 potem stopy ciało ludzkie ma zbyt wiele

zakończeń a każde pokusą

dla katów mozaikową ikonę

świętego Mikołaja wyciągnięto z morza

 w starożytnej sieci do czoła

przykleiła mu się ostryga a gdy ją wyrwano

 z rany co pod nią była wytrysnęła krew

 rana ciągle krwawi

 

 

 

światło dnia kładzie cień w oczodoły

cisza ma zapach chłodu w głębi

 szafy widać wielki wieniec z lilii

 białych róż niezapominajek a pod nim

czaszka zmarła w tysiąc dziewięćsetnym pierwszym

                                                                        szafa

 sąsiednia jest oszklona widać ułożone

w piramidę trzy czaszki ta na górze zmarła

 w tysiąc osiemset siedemdziesiątym pierwszym podczas gdy sąsiadki

 z lewej strony dopiero w tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym

                                                          ta trzecia

  ma na czole czarną naklejkę nietkniętą                                                              

 za szafą u dołu

 trzy półki na każdej po dziesięć czaszek

 ta z tysiąc dziewięćset szóstego opatrzona

 tajemniczym napisem i krzyżem zrobionym

z czterech czarnych trójkątów jakby się trzymało

 w dłoni olbrzymie jaja kruche puste w środku

 za drzwiczkami w rozpadzie w kącie czaszkoteki

  nie tak to sobie wyobrażałem

 pozostał stos odpadków zbieranina kości

o brzegach wyszczerbionych przez zimne przeciągi

obok jest ciemna sala w niej dwa stoły

z rzędami starannie ułożonych czaszek

jak pokaźne owady w pancerzykach z bieli

 tylko patrzeć a rzucą się do przodu

 najbardziej żwawe przeskakują inne

 

 

 

  wiersz za nic ma równość

  promieni koła czy twierdzenie że dwa plus dwa

 to nieodmiennie cztery jest jedyną

 przestrzenią żywotną gdzie prawo wariuje

 zjada nieodwracalne i odwraca śmierć

 

 

 

 

                                    Poitiers

 

 

 

 Czas wyżarł kamień Adam z Ewą

 wciąż patrzą na siebie pozbawieni twarzy

 drzewo jest już szkieletem

 dwugłowy potwór zachował język

 wylizuje mi z oczu resztki dzieciństwa

pierwszy ogród już nie odrośnie

 piekło jest zawsze w okolicy serca

 pod malowanym filarem stąpa się po zmarłych

 ich nic przykryte stronicą z marmuru

 nazwiska na niej niewidzialne kości

 spojrzenie się odwraca niczym czarny oddech

 nieznaczny podmuch ledwie garstka duszy

 wzdłuż murów z których ściekają obrazy

 stary romański chór w swej gotyckiej masce

  wydaje się mroczny jak usta ciemności

 pod światło widać w nich dziury i zęby

krzyk czasu zbiera żniwo w głębi ciała

 

 

 

 Lizbona

 

 

 siedem wzgórz bez papieża trzęsienie ziemi

gdy w wielkich szczękach słońca znika słoma oceanu

domy w rzędach niczym karni widzowie

jedne stoją wyżej niż drugie patrzą

 jak starzeje się na nich pościel czasu

 miasto ma tyle czerwieni na dachach

jakby mu uderzyła krew do głowy

oko szuka tu wszędzie legendarnej bieli

 lecz mała teraźniejszość pokrywa wszystko

 tylko serce poety zostało nietknięte

 alkohol konserwuje lepiej niż pamięć

 toteż skrywa się pod ciężkim kamieniem

 dowód że byt jest czymś więcej niż niebyt

 który potrafi bawić się zmiennością

 aby trwanie przyoblekło się w ciało

 pozór zmienił się w nieśmiertelną cielesność

z chwili na chwilę nowy nieboszczyk umiera

tak samo jak najstarszy ze wszystkich umarłych

 przedziwne zrównanie unicestwia czas

 

 

                                       NOTA

 

BERNARD NÖEL (rocznik 1930) – poeta, prozaik, eseista, dramaturg, krytyk sztuki i tłumacz poezji. Należy do pokolenia francuskich pisarzy, dla którego decydującym doświadczeniem stała się wojna algierska. Jednym z najważniejszych duchowych mistrzów Bernarda Noëla był Georges Bataille, od którego zaczerpnął ideę traktowania literatury jako formy doświadczenia wewnętrznego, podlegającego – w ujęciu Noëla – swoistej dramatyzacji w trakcie procesu tworzenia.

Jako poeta, zadebiutował późno, w roku 1956, zbiorem próz poetyc­kich Extraits du corps, poprzedzonym napisanym w roku 1954 poema­tem „Contre-mort”, których niezwykłość wywarła wielkie wrażenie na krytykach i czytelnikach. W krótkich, skondensowanych tekstach, składających się na ten tom, wielokrotnie później wznawiany, autor penetruje wstydliwą, wręcz fizjologiczną stronę człowieka, zakorzenia­jąc w niej jego tożsamość, a zarazem w osobliwy sposób mitologizując ciało – rzeczywistość pierwotną i ostateczną – widziane od wewnątrz. U podstaw takiego potraktowania ciała legło zapewne fundamentalne

przeżycie z okresu wiejskiego dzieciństwa, przeżytego  pod znakiem rygorystycznej edukacji religijnej: chwila utraty wiary, równoczesna z pełnią zespolenia z Bogiem w trakcie komunii.

Noël jest autorem zarówno wielkich poematów-medytacji o ambi­cjach filozoficznych, takich jak L’Eté langue morte (1982) czy la Chute des temps (1986), rozpisanych na „pieśni” (chants) o rygorystycznej konstrukcji, jak i pomyślanych swobodniej „suit” wierszy, takich jak La Face de silence (1964) czy La Rumeur de l’air (1986). Noël, pisarz o gruntownej kulturze, idąc tropem surrealistów, zawsze chciał przekra­czać granice literatury, która jest dla niego terenem dramatycznej walki o przedarcie się do sfery niewyrażalnego, stworzyć język „obrazów organicznie osobistych”, dlatego też twórczość jego charakteryzuje się ogromną różnorodnością form i rodzajów wypowiedzi. Wydał wiele książek poetyckich, w tym tom wierszy z niezliczonych podróży Le Reste du voyage (1997), do którego włączył wydany wcześniej w edycji książ­kowej poemat-reportaż z trzytygodniowego pobytu w prawosławnym klasztorze na górze Athos Le Passant de l’Athos, a w trzy lata później zbiór Lettres verticales (2000), pomyślany w formie poetyckich listów (do przyjaciół – poetów i artystów), przechodzących w małe traktaty filozoficzno-estetyczne.

Poczynając od Le Château de Cêne (1969), utworu, wydanego pod pseudonimem Urbain d’Orhlac, który ściągnął na niego proces są­dowy z powodu „obrazy moralności”, Noël uprawia także „powieść” (le roman), a raczej typ narracji, nie mieszczącej się ani w schemacie powieści, ani poematu. Z wcześniejszych „powieści” na uwagę zasługują Les premiers mots (1973), dwugłos mężczyzny  i kobiety mówiących, roz­myślających o śmierci najbliższej dla obojga osoby, i19 octobre (1977), narracja będąca interesującą próbą stworzenia „monologu zewnętrz­nego”, w którym rzeczywistość odbierana zmysłami współistnieje z przepływem myśli i uczuć. Do ambitnych eksperymentów narracyj­nych z ostatnich lat należą także: La maladie de la chair (1995), proza atakująca wrażliwość czytelnika szokującymi obrazami degrengolady ciała i umysłu umierającego na syfilis, nie wymienionego z nazwiska Georges’a Bataille, i stanowiący jakby drugą część dyptyku krypto-esej La maladie du sens (2001); gdzie bohaterem narracji, snutej przez kochajacą wdowę BERNARD NÖEL (rocznik 1930) – poeta, prozaik, eseista, dramaturg, krytyk sztukiitłumacz poezji. Należy do pokolenia francuskich pisarzy, dla którego decydującym doświadczeniem stała się wojna algierska. Jednym z najważniejszych duchowych mistrzów Bernarda Noëla był Georges Bataille, od którego zaczerpnął ideę traktowania literatury jako formy doświadczenia wewnętrznego, podlegającego – w ujęciu Noëla – swoistej dramatyzacjiw trakcie procesu tworzenia.

Jako poeta, zadebiutował późno, w roku 1956, zbiorem próz poetyc­kich Extraits du corps, poprzedzonym napisanym w roku 1954 poema­tem „Contre-mort”, których niezwykłość wywarła wielkie wrażenie na krytykach iczytelnikach. W krótkich, skondensowanych tekstach, składających się na ten tom, wielokrotnie później wznawiany, autor penetruje wstydliwą, wręcz fizjologiczną stronę człowieka, zakorzenia­jąc w niej jego tożsamość, a zarazem w osobliwy sposób mitologizując ciało – rzeczywistość pierwotną iostateczną – widziane od wewnątrz. U podstaw takiego potraktowania ciała legło zapewne fundamentalne 392

przeżycie z okresu wiejskiego dzieciństwa, pod znakiem rygorystycznej edukacjireligijnej: chwila utraty wiary, równoczesna z pełnią zespolenia z Bogiem w trakcie komunii.

Noël jest autorem zarówno wielkich poematów-medytacjio ambi­cjach filozoficznych, takich jak L’Eté langue morte (1982) czy la Chute des temps (1986), rozpisanych na „pieśni” (chants) o rygorystycznej konstrukcji, jak i pomyślanych swobodniej „suit” wierszy, takich jak La Face de silence (1964) czy La Rumeur de l’air (1986). Noël, pisarz o gruntownej kulturze, idąc tropem surrealistów, zawsze chciał przekra­czać granice literatury, która jest dla niego terenem dramatycznej walkio przedarcie się do sfery niewyrażalnego, stworzyć język „obrazów organicznie osobistych”, dlatego też twórczość jego charakteryzuje się ogromną różnorodnością form irodzajów wypowiedzi. Wydał wiele książek poetyckich, w tym tom wierszy z niezliczonych podróży Le Reste du voyage (1997), do którego włączył wydany wcześniej w edycjiksiąż­kowej poemat-reportaż z trzytygodniowego pobytu w prawosławnym klasztorze na górze Athos Le Passant de l’Athos, a w trzy lata później zbiór Lettres verticales (2000), pomyślany w formie poetyckich listów (do przyjaciół – poetów iartystów), przechodzących w małe traktaty filozoficzno-estetyczne.

Poczynając od Le Château de Cêne (1969), utworu, wydanego pod pseudonimem Urbain d’Orhlac, który ściągnął na niego proces są­dowy z powodu „obrazy moralności”, Noël uprawia także „powieść” (le roman), a raczej typ narracji, nie mieszczącej się aniw schemacie powieści, anipoematu. Z wcześniejszych „powieści” na uwagę zasługują Les premiers mots (1973), dwugłos mężczyzny ikobiety mówiących, roz­myślających o śmiercinajbliższej dla obojga osoby, i19 octobre (1977), narracja będąca interesującą próbą stworzenia „monologu zewnętrz­nego”, w którym rzeczywistość odbierana zmysłamiwspółistnieje z przepływem myśliiuczuć. Do ambitnych eksperymentów narracyj­nych z ostatnich lat należą także: La maladie de la chair (1995), proza atakująca wrażliwość czytelnika szokującymi obrazami degrengolady ciała i umysłu umierającego na syfilis, nie wymienionego z nazwiska Georges’a Bataille, i stanowiący jakby drugą część dyptyku krypto-esej La maladie du sens (2001); gdzie bohaterem narracji, snutej przez

kochającą wdowę po wielkim pisarzu, ścigającym dramatycznie Absolut sztuki, owym tytułowym „chorym na sens” jest rozpoznawalny – dla wtajemniczonych – poeta Stéphane Mallarmé.

Osobny rozdział twórczości Bernarda Noëla stanowią książki, związane z malarstwem i malarzami. Obok monografii krytycznych, poświęconych, m.in. Matisse’owi, Davidowi, Bellmerowi, André Mas­sonowi, przyjacielowi Olivier Debré, Henri Michaux, Noël wynalazł własny język dla stworzenia literackiego ekwiwalentu więzi, jaka wy­twarza się między patrzącym na obraz a tym, co się dzieje w samym obrazie, dla „ciała spojrzenia”, jak brzmi tytuł jego książki, poświęconej Massonowi. Do tej kategorii utworów należą Romans d’un regard (2003), będące zmodyfikowaną formą wydanych wcześniej Onze romans d’oeil (1988), i Journal du regard (1988). Dla Noëla stan zapatrzenia (le regard) jest równoznaczny, jak napisał, z jedynie możliwym, laickim „stanem łaski”, w którym – jak w przeżyciu mistycznym – znika granica między podmiotem a przedmiotem.

Uprawianiu poezji i refleksji na temat literatury towarzyszy zaan­gażowanie Bernarda Noëla – artysty o konsekwentnie lewicowych poglądach – w walkę z komercjalizacją sztuki w systemie kapitali­styczno-liberalnym. W roku 1985, w czasie gdy pisarze krajów Europy Wschodniej, tej „za żelazną kurtyną”, usiłowali przechytrzyć na wszel­kie sposoby wszechwładną cenzurę, on w książce Le Sens la Sensure ukuł pojęcie „senzury” na określenie praktyk, stosowanych w mediach francuskich, mających na celu wyrzucenie z publicznego obiegu dzieł ambitnych, aby na ich miejsce wprowadzić myślową papkę. Ówczesna diagnoza poety nabrała teraz aktualności, także i tam, gdzie przestała już straszyć polityczna cenzura.

Utwory poetyckie Bernarda Noëla, w przekładach Krystyny Rodow­skiej, ukazały się dotychczas w numerze 8/1989 „Twórczości”, numerze 1/1996 kwartalnika „Kresy” i w numerach 7/1990 i3-4/2003 „Litera­tury na Świecie”. Kilka fragmentów z Extraits du corps zamieścił Jerzy Lisowski w IV tomie swojej Antologii poezji francuskiej (2006).

                    

Z antologii Na szali znaków, 14 poetów francuskich, 2007, Biuro Literackie. Wybór wierszy, przekłady i opracowanie krytyczne Krystyny Rodowskiej.

 

Pin It