{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Bohdan Wrocławski

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


Z praskich przedmieść odnotowani

Krzysztofowi Gąsiorowskiemu

Krzysiu
Nic już nie okrążymy
Najbłękitniejsze oceany rozpadły się w nas
wczorajszych
Przestrzeń którą potrafimy zrozumieć
rdzewieje od śmiechu i ironii

Tańczymy

Przecież obaj znamy ten taniec
od wojen punickich
Czerwień wsiąka w ziemię
czarnieje

Nasze gesty
stygną
Utrwala je zapach roztartej
na dłoni kredy
zaledwie rysują w wyobraźni
samotność odlatujących bocianów

Wysp
Oceanów
Lądów
przyczajonych w skrawach
opuszczonych serc

Spowiadamy dookolną
przestrzeń elektrokardiogramem
Szmery są jak
huk opadającego w nieskończoność
wodospadu
Mrowiska z opuszczonymi korytarzami
samotna królowa

kalendarze o twarzach bezbarwnych
nasza niechęć w jego mrocznych
nieczytelnych znakach  
które niczym linie papilarne  
gubią się
w labiryntach nie do odczytania

To nasz konfesjonał
zawołasz
z śladami wiecznego średniowiecza

Dotykam czoła
pod opuszkami palców czuję opuchnięcia
rdzę
tłustą od nadziei i pożądania
niechęć do dalszej podróży

Zatrzymał nas czyjś krzyk
być może coś
co w ostatecznym rachunku nas wyzwoli
pozbawi snów
wieloznaczeń w zapisach nutowych
dźwięków których żalu
nie potrafimy zrozumieć

Nadal biegniemy krawędzią lasu
Ty i ja
do tego miejsca w którym proscenium
budka suflera
unerwiają sceną

Tworzą poetykę praskich przedmieść

Naszego życiorysu
moich łąk
na peryferiach Milanówka
Jakiegoś zająca
rozszarpanego przez stado psów
Ich wycia w ciemnej auli uniwersyteckiej

Książek
których istnienia
Nie byliśmy w stanie doświadczyć

Ocalić w sobie pamięcią
skrzywieniem warg
ledwie czytelnym ruchem dłoni
w otaczających mgłach

Patrz uważnie
ta pochyloną nad czcionkami
postać to ja

Zrozpaczony
własną nieobecnością Gutenberg

Nadal nie wiem jak mam zapamiętać
nas samych
w biegu wzdłuż żył
występującej z brzegów rzeki

Może z opadającymi wciąż
kwiatami z  przekwitającej jabłoni
które swoją bezbronnością
krzykiem
ranią  nas
zagubionych w dookolnej przestrzeni

A może nie warto pamiętać nic
co nie urodziło się
bez naszej wczorajszej
i jutrzejszej nieobecności

 

 

Łódź z Marcelem Proustem

Na pobielałych od soli wantach
Cichnie krwioobieg
Księżycowego światła

Ja wiem
moja stara łódź
Nigdy
nie będzie miała
wystawionej ceny

Wszystkie wczorajsze żale nabrzmiałe
Pokorą
Uniesione do góry
odpływają w głąb lądu

Leżę w połatanym hamaku
I rozmawiam z Proustem

Ale on odchodzi po kilku minutach

Zawsze odchodzi w stronę
Nieodległej
Wioski rybackiej

Zapewne woli rozmawiać z rybakami
Przy butelce taniego wina
Słuchać ich ochrypłych głosów
Zamykać się w zwariowanej fonetyce morza

Dziś już nie mam o to do niego pretensji
Byliśmy za blisko siebie

Przyznaję się
Nigdy nie potrafiłem
Właściwie odczytać tempa jego oddechu
Odnaleźć się w strzępach słów

Za często szept Marcela
Zacierały fale wczołgujące się
Na piasek plaży

W ten sposób odlatują z naszej pamięci
Zamki budowane
W dzieciństwie

I milkną zamknięte w gestach
Nadbrzeżne dęby

Przerażone
Oddechem
Nadchodzącej zimy




Pejzaż z rybakami na łodzi

Na łodzi jest ich dwóch
Pierwszy na rufie
trzyma w dłoni rumpel

Drugi wypina twarz pod wiatr
Jest oszołomiony jego wilgotną konsystencją
I tym że światło odchodzącego księżyca
Zagląda w głąb
Jego sumienia

W lornetce widzę
Wszystkie ich nadzieje

Rozkwitają
niczym wybuchająca raca

Fale unerwiają je
w żółknącym przedświcie
Horyzontu

Być może dostrzegli już
Samotność dna morskiego

Być może

Ale teraz rani mnie
Radosny krzyk albatrosów
Odchodzących od łodzi
W głąb
pojęć nie do odszyfrowania

To zbyt daleko dla moich pragnień
I uskrzydlonych lęków

Zaczynam rozumieć

jesień odpływa
Zima
Znów zastaje mnie
Samotnego
Na tym samym brzegu

Na którym ciemniejący piasek plaży
W pomrukach
Zamyka
przenikanie światła do żył

Zacierają się
Wszystkie skondensowane
w nim nadzieje

Odchodzą

Zapewne przeniknęły tak głęboko
Do środka ziemi
Że nikt nie potrafi ich odczytać

W milczeniu
Podejmuję próbę ucieczki

Wiedząc
Że ci dwaj na łodzi
pozbawieni
mojej wyobraźni

Nigdy już tu nie wrócą


 

Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Westchnienia

Za oknem mojej pracowni
Wszystkie cienie
Mają twarz smutnych gotyckich ołtarzy

Nikt nie próbuje
zaprzyjaźnić się z nimi
Nie chcą  odwiedzać ich
jaskółki o ciemnych oczach
dojrzewającego gniewu

w ciągłym locie  
zbyt skomplikowanym
staram się zapisać je
każdym oddechem

tymczasem mijają letnie sezony
powietrze staje się nazbyt lekkie
obojętnieje

jestem w nim  sennie rozmarzony
starający się
dostrzec  wszystko
co mogło zaistnieć poza rzeczywistością

która
w natchnionej frywolności
dawno już umarłego słońca
wnika we mnie

i pełna westchnień
zadamawia się
w szalonym rytuale krwi

 

 


Miejsce odwiedzin

Rzym upadł
przed dwoma tysiącami lat
i było to zdarzenie dziś mniej ważne
niż kraksa samochodów
na skrzyżowaniu ulic
Wczorajszej i Przedwczorajszej

Oto ktoś gra na saksofonie
ktoś śpiewa czarnego bluesa
w rytm tej melodii
wyjątkowo trudnej do zapamiętania
niezdarnie
próbują ustawiać się rzymskie legiony

Nie przeszkadza im chłód
panujący od kilku tygodni w dolinie Renu

Ty i ja obserwujemy gesty centuriona
jego chropawy głos
zamknięty w rytmice
niedokonanych czynów

posiwiałe włosy
poruszają nasze pragnienia

Wydają się one trwalsze
niż wszystkie prawa imperiów

Jaśniejsze  niż płatki
opadających kwiatów jaśminowych

Ich zapach drażni nas
Stajemy
każdego popołudnia  kołem
na rogu Wczorajszej i Przedwczorajszej

choć dobrze wiemy
nadto dobrze wiemy

że nigdy nikt
nie odwiedzi nas w tym miejscu

 

 


Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

Pin It