Michel Deguy - wiersze w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej

Jacek Durski
Jacek Durski


    

MICHEL DEGUY

 

 

 

[ Szukaj szukaj prawdy]

 

                                                                       

 Szukaj szukaj prawdy

 Od  tego jest dużo hałasu w duszy

 Ach, jak urosła dziecinna zabawa!

 Szukajmy Szukajcie prawdy

 

 Dusza

 Jest niczym wiejska kuchnia

 W sierpniu po nieszporach

Z niskim sufitem ciepła czuć ją przypalonym tłuszczem

 Gdzie trajkoczące muchy roztrząsają

 Zagadki z czereśniowego miodu i z zimnej krwi

 Dusza

 Jest niczym kępa nieśmiertelnych wrzosów

 Skąd psy płoszą nieruchawe bażanty

 Dusza

 To Don Kichot

 Który przysięga poniewczasie że więcej nie da się nabrać

 Zrzuca skórę w poście

 W pokoju kładzie na widocznym miejscu

  Papier pomalowany w wiatraki

 

 

                                                                                      

 

       Słońce, naczynie żarliwe, skąd bierze początek listowie po którym

biegną nasze stopy.

      To jest świat jakby sprzed człowieka, który przychodzi by zadziwiać.

 

       Wszystko było już urządzone, a oto on opuszcza swój posterunek

      Śpieszno mu umierać wraz z innymi, pod szarą dachówką chmur,

spowitemu w całun

      Niebo kładzie płytę nagrobną. Ziemia jest grobem. Przyszedł by

tutaj umrzeć

     Niczemu nie winien

     Zawsze się zjawia za późno

    Ciężkie huragany cwałują przez morza bez jego wiedzy.

     Tu i tam pod sklepieniem nawisłych chmur wygląda przez otwory

w okratowaniu

     Pośród ogromnych kiści fiołkowych obłoków ruchliwe łodygi słońca

kołyszą nenufar oceanu

     Być ostatnim przybyszem, poprzedzanym przez olbrzymie zwierzęta?

 

 

 

 Zdrajca

 

     Wielki wicher feudalny przemierza ziemię.

     W swym czystym pędzie kładzie pokotem zboża, rozdziera rzeki,

wyrywa słomę ze strzech, łupki z dachów, wielki pan, podczas gdy plemię

ludzi zastawia nań pułapki z osiki, wznosi cyprysowe pale, zagradza mu

drogę bambusową kratą, przeciwstawia wysokie wiatraki.

    Poeta jest zdrajcą który zaopatruje wiatr w żywność, w służbę rytmu

zaprzęga jego pęd, nadaje mu kierunek dźwiękami liry, ukazuje przejścia

skrajem lasu i przełęcze

 

 

 

[ Ilekroć poddaje regułom]

 

 

 Ilekroć poddaje regułom jedność swego życia

 Ilekroć czyjeś zawistne gesty naśladują pieczołowicie

                                                               jego wiarę

 Jest opasany niczym wyspa wodą i niespokojnym

                                                            ptactwem

 

Ilekroć ustala czas

 Niewolą go soki żywotne            Zło gromadzi się w-jego stodołach

 Syn jego wkrótce go odstąpi        Lato przywodzi go do rozpaczy

 Nowa zasada hańbi jego córki

 

 Mędrzec skłonny jest obserwować obroty czasu krążącego jak

 sęp nad podwórzem, które on karmi śmiercią swoich bliskich Lecz

 nieprzewidziane rośnie

 Potrzebny jest wówczas prorok drwiący

 

 

 

[ Człowiek niewidzialny]

                                                                          

 

 Człowiek niewidzialny człowiek

 Na oślep dotyka zieleni która się weń wdziera

 Schodzi z góry gdy niebo ma przed sobą

 Człowiek półkrwi

 Wyprężony na wozie dostawczym ziemi

 Rani          człowieka

 Pozwala swej mumii mówić o własnej niemocie

 

 Zmęczenie Nieużytki Żałoba wskazuje drogę

 „Wszystko" powraca jak aniołek fiołek

  W wyliczankach dzieci

 

 

 

[ Gdy wiatr plądruje wioskę]

 

                                                                 

 Gdy wiatr plądruje wioskę

 Ukręcając łeb krzykom

 Ptak

 Zaprzepaszcza się w słońcu

 

Wszystko jest ruiną

 A ruina

 Duchowym konturem

 

 

 

 [ Drzewo oświetla skroń]

 

 

 Drzewo oświetla skroń nieba

 Koń pochłania źródło

 Kolory przywierają do zwierząt

 Pomijając człowieka

 

  Moje życie

 Misterium słowa jak

 

Po czym cień staje się światłem

 

 

                                                              

[ Dni nie są policzone]

 

 

Dni nie są policzone

 Sprawmy by konwój deportowanych szedł z pieśnią na ustach

  Drzewa były oflankowane modlitwą

  By Ofelia spływała z biegiem czasu

 Asonanse naprowadzały sens na łożysko wiersza

 

 Jak nazwać to co nadaje ton?

Poezja jak miłość wszystko kładzie na szali znaków

 

 

 

 

            To był mglisty dzień kiedy zaledwie było widać dachy prześwitujące

  przez bele tkaniny    W naszych czasach nic nie jest wyraźne     Oko jak

 narybek na brzegu nie znajdowało powieki w żadnym przejaśnieniu

           Żadnej stabilności a na karku rój ulic w pędzie ku wybrzeżu

 

                                          Sekwana Był wtedy Październik

           Jesień zmacerowana w kształtach jajowatych skorup, zlewających

   się w miazgę otoczaków, przegniłego bluszczu, śliwodaktyli w różowej

  aureoli: jesień przyrządzona ręką wirtuoza: napar z czterech tonów

 

            I była kępa wiązów na prawym brzegu przy Luwrze skrzydła -

  z czerwoną łuską

                                        Świat stulił się w zakątek

 

 

 

 [ Pomyśl o możnych]

 

 

Pomyśl o możnych z pałaców

Których pierwotny kształt odmierzał

Kroki tygrysa na kamieniu

Trawa była dla przenikliwych pawi

Muł rzeki dla łabędzia    Marmur dla psów

Przechodziło się milcząc obok konia

 Zapędzili gryfona do wnętrza kamienia

 By móc tam zamieszkać

 

 

 

                                                            

     Być może był to dzień sądu Białe byki padały na kolana Konie usta-

wiały się z profilu Wiatr wyprzedzał słońce na mostach pochylonych jak

praczki nad wodą

 

    Ludzie chcąc się pozdrowić musieli wznosić oczy na wysokość

witrażu

   Zamknięte kościoły stawały się na powrót współczesne

 

 

                                                        

[ W mojej krainie]

 

 

W mojej krainie drzewa stają w kręgu

 Wokół trawy (o której się mówi w liczbie pojedynczej)

 Gdy w mojej krainie pęka winne grono

 Smak jego wypełnia okolicę ust

 Kobieta w tej krainie

 Książka w tej krainie

 Drzewa laurowe tworzą ścianę Są kształty owalne i

 Woda przelewa się w kamienie

 Półsen nawadnia obrazy                  

 Woda płynie aleją drogą ulicą mojej krainy

W rytmie   virelai villanelle

 Znajduje sobie ujście przez wioskę

Na tych uliczkach kamień jest zielony

 Łodzie i powodzie użyczają sobie dokładnego rymu

 Gobeliny są do siebie podobne    Słowa potrafią

 Zastukać do drzwi

Cienie objaśniają

 Miejsce dla każdego nazwiska: chwieją się

 Statecznie jak w ogrodzie botanicznym

 Ignorancja jest pod ochroną       Prawo może się zrodzić z oszczerstwa

Podmiot i orzeczenie: drzewo w swojej kępie tak że

 Stronica jest szkółką leśną:

                                          a wtedy się okazuje

 Że trzeba przejść do innego lasu

                                           by powrócić

 

                                                          

 

 

 

[ Miłość jest silniejsza niż śmierć]

 

                                                             

 

Miłość jest silniejsza niż śmierć mówicie

Lecz życie jest silniejsze niż miłość

Obojętność silniejsza niż życie – Życie

 Moje lub twoje czy też jakoś nasze

 Składa się na jedną sekwencję metamorfoz

 (Neotenik zmienia się w tytana seks

 Jeszcze później w łysego brzuchacza gnijącego jak bóg)

 I co miesiąc kąpiele z prysznicem w Lecie

 Żałoby na wysoki połysk, kruche renesanse, amnezje

 I niemy starzec zaczajony w nas już od dawna

 Bezboleśnie wciąż żyje na cmentarzach dzieci

 

                                                  

 

 laculatio tardiva

 

                   

I nie wystarczy mówić takim

 Rób tak jakbyś mnie kochała Pokaż się pokaż mi

Twoje delty twój Ren twe Sekwany twą Sienę

Jak Ronsard który wyśpiewał swe canto z szantażu

 Za pieniądze pierś nad piersiami

 Runo cieniste centrum ziemi

 Gdy nie ma ciebie słowa się nie kleją

 Spraw bym wezbrał Musisz być z ciała inaczej plisa nie będzie zdobyta

 Bez twego kręgosłupa bez twych czułków nie potrafię

 Wypowiedzieć czasu bez zegara piaskowego twojej krwi

 

 Tak jak mówimy Zapal światło

 Ja im powiem Daj mi zapamiętać

 Twoje pośladki piersi twoją krew i cień

Jest co zebrać oczami także z powiek

 

 

 

 

 [Tam gdzie Sekwana]

 

 

Tam gdzie Sekwana rozległa jak stadion

 (jak          jak             jak)

  Od mostu do mostu od brzegu do brzegu

 Usta dają się nabrać zeznaniom wody

  Za chwilę umrę Pokaż mi swe piersi

 

 Mróz wciska skórę na skórę

 Retorta cienia przestaje pracować

 Krzaki umierają jak bogowie

 

 

 

 

   Ogromne cmentarze profanowane przez reaktory, rodziny, gazety;

śmietniska, gdzie przerzucamy zmarłych przez kraty, gdy z ulicy Ken-

nedy'ego rusza na pełnym gazie konwój taksówek w stronę Manhattanu

 

 

 

    W Pretorii jest uniwersytet na którym studiuje się korespondencyjnie.

Piękny campus, piękne pasma betonu podkreślają niebo; olbrzymi

budynek nie gości w swych murach studentów: tym wyraźniej tu znać piętno

„naukowości". Przed nieistniejącym audytorium mówię o Baudelairze.

 

 

 

 

    Nazywam muzą Wenecję czarne kruchty tonące we wstęgach

Wenecję o gondolizujących paznokciach za którą ogląda się cudzoziemiec

jak ten co przybywa do Wenecji przywołanej cudem do widzialności plac

jak szachownica graczy rzeczy przyglądają się sobie albowiem

to co widzialne jest rzeczą ludzką.

 

 

                                                   

6 godzina rano w Leningradzie; noc pochew na miecze; na placu

z filmu Eisensteina rekruci ćwiczą się w manewrach z cieniami.

 

 

 

[ Wspomnienie sukni]

 

                                                                

 Wspomnienie sukni którą się nosiło

 Opisu wam oszczędzę                 Jutro

Jak suknia, której nie ma się już odwagi włożyć

 Z sakramentu wesela chrztu

 Złożona starannie w ciemnej wnęce łóżka

 Jak ubiory Bajazyta w Istambule

 

 Dzień piękny jak suknia

 Uchowana do dzisiaj w przechowalni

 

 

 

 

[Luna braci Lumière]

dla B.D.

 

 

Luna braci Lumière

 Czarno-biało przechodzi

 Nad Beaubourgiem

W wersji niemej

 

 Podtytuły analfabeto

 Tłumaczone w desesperanto

 Burger  Burgerking i Macdo

 To festyn nocy Retro

 

 Powiedz mi Guillaume gdzieśmy się znaleźli

 Straszliwe wyroki chronometrii

 Przeliczają na opak tysiąclecie

 35OO572757

 

 A tu ona bez koni  psów bez Eumenid

  Nie prowadzi jej żaden statek ani pierrot

 No i jak można być tak

  Błyskotliwą a przy tym bezbarwną

 

 Ona taka dziewicza i tak pełna puchnie

 Niewzruszona strąca antenę nad antenami

 I nic jej nie przeszkodzi w powlekaniu srebrem

 Widowiska dźwięku i światła – ku pamięci

 

            Górą arcy-przodkini

             Jej lustrzana głowa odbija

 Czas sprzed narodzin czasu kiedy A-

 Fryka nie oderwała się jeszcze od Brazylii

 Atlantyk poszerza się nieśpiesznie

 

 Fontanna ongiś Niewinnych                                                

             Parking dla przyjeżdżających

 Zmieniając majtki z wody wśród tłumu turystów

 Kończy nagle „ urzędowanie” jak Centrum Kultury

 

                                                                                                Paryż, frimaire

 

            

                 

Pierwszego Maja

 

                          

 Polsko we Francji z rozmachem centaura wchodząca

                                     do rzeki

 Być na ty z  twoim nieszczęściem

 W zbiorowym zapomnieniu o twoich datach,  Nokturnach,

 o ułańskich czakach,  o sczerniałych fragmentach ikon i filmów,

 wstydząc się za tę  miłość  niesymetryczną

 za moje  prywatne gry wyobraźni nad Wisłą

 w towarzystwie Stachury

 „ O czarna niewdzięczności ...?”

 

        Jak się zaprzeć tego wiersza  w delegacji i napisać coś niewierszowanego, bez zadęcia, bo przecież  chodzi tutaj nie tyle o temat polski, co o zrobienie czegoś przy pomocy wiersza, który by nie wygarniał kawy na ławę, lecz byłby użyteczny jak biblijna Marta, przetłumaczalny, redukowalny, drukowalny, dobry na eksport , który wyruszyłby w kolumnach przy innych jeszcze wsparciach?

 

 To był obraz kraju wydzieranego sobie  jak

               łup na postronku

 Raz go Zachód przeciągał raz Wschód

 A teraz granice jego zastygły w liniach pionowych

 Zakazane miękkie kontury szlaban na  zaokrąglone kształty jak u kontynentów

 

   Kiedy naród kolaboruje  przeciwko sobie, okupuje  sam siebie w milicyjnych  rękawicach, żelazna maska rygluje usta, a po ulicach wałęsa się niewzruszona wola oporu.

 

  Lecz prawdziwa granica biegnie od języka do serca

                                   granica biegnie przez  ojczysty język

 Z szelestem przewracanych kartek gęstnieje nabiera sił żywotnych

           rój języków  tam gdzie zasiał ziarno

          Norwid na emigracji Miłosz

rojno od nich na Milwaukee w Melbourne i w Paryżu

 

 

 

                                         w O

 

   Te dwa życia istotnie szukały się każdą swoją kosteczką każdym zapachem.

Było w nich coś ptasiego, z bliskich sobie gatunków ptaków,  w porywach coś

weselnego, coś zwierzęcego, jak w gwałtownych odgłosach spadających,

wczepiających się w siebie gałęzi, lub w niedawnym mirażu uniesień deszczu.

Zawracanie, loty upierzonych strzał, zbaczanie z drogi w wąwozach nieba,

rozplatanie splątanych gałęzi. Pragnienia-satelity, aby wejść w orbitę tego

drugiego, zalęgnąć się w nim jak pasożyt, jak e  w o ; te dwa życia, szukają

się potajemnie, niecierpliwie. Relacja klucza do zamka; pogrążenie się w nie-

skrępowanej grze, otwieranie się, tworzenie szczęśliwego sekretu. Wytrych,

który stopniowo wyczuwa zagłębienia w twoim naoliwionym zamku.

 

 

 

                                          Stele nagrobne

 

 

(Ze  spoczywających uczynić znak zmartwychwstania. Po co?)

Już lepiej uzdrawiać nieuleczalne

( Ten kapłan mówił o idei zmartwychwstania)

jak pewien lekarz w Jaffie, zmusić śmierć

do wyrafinowanego szach-mata, w dniu który  rozpoznamy,

niczym dziecko w przebraniu, obudzone nagle, pod maską

                                                   zmartwychwstałego.

Myślę, że coś na kształt ducha zmartwychwstania

pomaga śmierci w robocie i że należy do wiersza

którego dyskurs zagarnia więcej niż może zwerbować,

uznając rzeczy za heteronimy czegoś innego niż chciałby wyrazić-

o poezji powiedzieć :to co zwiążecie w jej imieniu

będzie związane na ziemi

 

 

                                         

[ Teraźniejszość wszystko ]

 

 

Teraźniejszość wszystko  porywa

 Z taką siłą z godziny na godzinę

 Że z godziny na godzinę nie zostaje nic

 Prócz wzburzonego bezmiaru Lety

                                                   

                       NOTA

 

MICHEL DEGUY (rocznik 1930) – poeta, filozof, eseista, krytyk i wydawca poezji, tłumacz, emerytowany profesor na Uniwersytecie Paris VIII. Założyciel i od prawie trzydziestu lat redaktor naczelny kwartalnika „Poésie”, drukującego, obok utworów współczesnych poetów francuskich i zagranicznych, także przekłady klasyków poe­zji europejskiej, takich jak Dante, Gongora czy Hölderlin. Wchodzi w skład zespołu redakcyjnego znanego pisma „Les Temps Modernes”. W latach 1989–1992 przewodniczył Collège International de Philosophie. Trzytomową edycję jego poezjizebranych – w ramach serii klasyki poezji francuskiej – opublikowało wydawnictwo Gallimard: Poèmes 1960–1970 (1973), Poèmes II 1970–1980 (1986) iGisants, Poèmes III (1999). W ciągu ostatnich lat ukazały się tomy prozy poetyckiej: Temu, co się nie kończy – Tren (1995; wyd. pol. 2002), Le Spleen de Paris (2001), L’impair (2001), i książki eseistyczne Un homme de peu de foi (2002), Sans retour (2004) oraz Le sens de la visite (2006). Po otrzymaniu nagród: Prix Max Jacob iPrix Mallarmé, w roku 1999 Michel Deguy został uhonorowany we FrancjiGrand Prix National w dziedzinie poezji.

Od pierwszych tomów i cykli wierszy, publikowanych w latach sześćdziesiątych, takich jak Fragments du cadastre (1960), Poèmes de la presqu’île (1962), Biefs (1964), Ouï-dire (1965), jego poezja ewoluuje od formuły szeroko pojętej liryki w kierunku traktowania ars poetica jako „jednego z języków myślenia o poezji”, w którym wszechobecna refleksja krytyczna naświetla z różnych stron grę wyobraźni– grę figur językowych – wspierając ją, z punktu widzenia ratio. Tytuł kolejnego tomu to właśnie Figurations (1969). Dla Deguy, poezja opiera się na myśleniu figuratywnym: „jesteśmy tym, w jakisposób jesteśmy”, to­też odrzuca on spontaniczność przeżyć, natchnienie czy dajmoniona, jako anachronizm nie mający wiele wspólnego z właściwym procesem twórczym. La poésie n’est pas seule (1987) to z kolei tytuł zbioru esejów, w którym Deguy, krzewiciel erudycyjnego hermetyzmu w poezji iobroń­ca specyficznego typu „wymyślności”, wpisanej w strategię i recepcję utworu poetyckiego, wyraża zarazem wiarę we współuczestnictwo poezji w żywym dialogu z innymi dziedzinami sztuk i z „życiem” jako takim.

W dwóch niedawno opublikowanych książkach eseistycznych: Un homme de peu de foi i Sans retour, Deguy, z pozycji agnostyka i spad­kobiercy tradycji oświeceniowej, podejmuje refleksję filozoficzno-lin­gwistyczną na temat wiary, religii, współczesnych fundamentalizmów i wojen, prowadzonych „w imię Boga”. Podejmując się obowiązku wszechstronnej demitologizacji„Boga”, próbuje nadawać nowe sensy słowu „objawienie”, postulując i wyobrażając sobie, jako zbawienną, sytuację, w której „wszelkie monoteizmy” i ich Słowa będą się wzajemnie tłumaczyć, otwierać na transfuzje własnych objawień, podobnie jak literatury (narodowe) wejdą na drogę tworzenia „literatury światowej”. W związku z tą utopijną, w dużej mierze, wizją, Deguy wynosi na swoisty piedestał sztukę przekładu, „umożliwiającą setkom języków wysłuchiwanie siebie, prowadzące ku zrozumieniu”. „Wchodzimy obecnie w erę przekładu” – wieszczy – dziękiczemu „oddzielone od siebie światy, odległe gwiazdy zaczną tworzyć konstelacje i konfigura­cje”. Tak więc, w znaczeniu innym od tradycyjnego, ten racjonalista, przedziwnie idealistyczny, okazuje się w końcu „człowiekiem dużej wiary” – w nowe sensy pojęcia „humanizm”, w sensy, „które trzeba będzie dopiero, na nowo wymyślić”, zachowując i przetwarzając to, co nazywa „relikwiami” Boga w języku kulturowych skojarzeń.

Tłumaczył Heideggera i Paula Celana na język francuski. Wraz z Jacques’iem Roubaud jest współautorem przekładów antologii poetów amerykańskich 21 poètes américains (1980).

W Polsce poezja Michela Deguy była dotychczas znana czytel­nikom i fanom zaprzyjaźnionego z francuskim poetą Edwarda Sta­chury, który przetłumaczył i w roku 1977 wydał szczupły wybór jego wierszy, tych z epoki„czysto lirycznej”. O tej przyjaźni, zadziwiającej, zważywszy odmienność stylów życia i poezjowania obu stron, wspo­mina Deguy w wierszu „1 Maja”. Ostatnio przypomniał się polskim czytelnikom dzięki prozom poetyckim z Temu, co się nie kończy – książce, nazwanej przez autora „trenem”, napisanym po śmierci żony, w przekładzie Macieja Niemca i Fernanda Cambona. Blok kolejnych przekładów wierszy i próz poetyckich Michela Deguy, pióra Krystyny Rodowskiej, ukazał się w „Literaturze na Świecie” (nr 3-4/2003) oraz w „Twórczości” (nr 9/2006). Pięć wierszy Michela Deguy, w tłumaczeniu Edwarda Stachury i Krystyny Rodowskiej, zamieścił Jerzy Lisowski w IV tomie swojej Antologii Poezji Francuskiej.

Zimą roku 2004 Deguy przyjechał do Polski, gdzie spotykał się z polskimi poetami w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu i w Mikołowie, udzielił wywiadów dla radia i wystąpił wespół ze swymi tłumaczami, Krystyną Rodowską i Maciejem Niemcem, na wieczorze jego poezji, zorganizowanym pod patronatem „Literatury na Świecie” na Zamku Ujazdowskim. Na zaproszenie wydawnictwa Czytelnik wziął także udział w uroczystej promocji IV tomu Antologii Jerzego Lisowskiego w październiku 2006 roku.

Z autorskiej antologii  Na szali znaków,  Biuro Literackie, 2007. Wybór, przekłady i opracowanie krytyczne Krystyny Rodowskiej.

 

Pin It