ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia



Jarosław Kapłon

 

 

Oswajanie chmur


w mieście lato chyli się ku upadkowi dzieci bawią się rzucając

kamieniami w plastikową lalkę która ma zawiązane oczy a my leżymy

nago na nowym dywanie z sizalu trzymamy się za ręce

 

czytamy na głos wiersze o wrześniowym słońcu które leniwie

przesuwa się po ścianie jak cienie żołnierzy w kierunku stacji kolejowej

gdzie zrobione zostało to czarno białe zdjęcie z czasów wojny

 

senna mucha nie dokucza już jak w upalne dni lata nie nadlatuje z góry

niczym samolot luftwaffe leży nieruchomo obok czarnego wazonu

który chłonie łodygi kwiatów ich arterie zielonych żył jak pęk ostatnich dni

 

 

Iteracja

 

to przez język nakłaniam cię do miłości

najczęściej nocą kiedy pamięć

w uproszczony sposób wymazuje

bieżące wszystko zaczyna się w głowie

więc niepotrzebne jest światło

jedynie dotyk który zamienia cię w zwierzę

 

bo kim jest człowiek kiedy tak leży

nie dopasowując się do reszty

jego wiotka nagość usycha jak roślina

której nie obiecujesz już nic

jedynie miejsce do zbliżającej się śmierci

 

zatem gdy korzystasz i z każdym ruchem

oddychasz mocniej wulgarnie

nazywam części ciała jakbym wabił

to co najgłębiej w nas siedzi

 

 

Człowiek

 

namacalne są tylko biodra wszystko inne to halucynacje

związane z uniesieniem zlizuję z ust pomadkę o zapachu

rutyny jakby świat za oknem nie zorientował się że już po wszystkim

że pora na zwykłą codzienność na kawę na prysznic

na gęsią skórkę na spojrzenie w lustro na ćwiczenia

 

by przyśpieszyć metabolizm na małą tęsknotę

podczas skurczu powiek na ostatni ożywiony dotyk

bo za drzwiami nieruchome obrazy mijają jak napięte terminy

pamięć wyostrza się nabiera tempa wewnątrz budzi

złowrogie zwierzę jękliwie ryczy na obce śmiertelne istoty

 

 

Dysharmonia

 

jestem tym wszystkim co osuwa się i pada

na podłogę ty stoisz nade mną widać ci majtki

bliznę po cesarskim cięciu gdyby nie obawa

z jaką na mnie patrzysz pomyślałbym

że to właśnie ta chwila kiedy zrzucasz

z siebie wszystko i omiata cię przypływ

wygłodniałej żądzy lecz z tej perspektywy

całość wygląda inaczej ciało jest bardziej plugawe

twarz zbyt odległa by móc z miłosną ślepotą

spojrzeć w oczy i w nich zamieszkać
 

 

Pryzmat


Szybsze są tylko oddechy lub krew hamowana regularnie

kiedy zaspany mówię o tabletce ty na granicy dwóch światów

przywracasz przedmioty bacznie obserwujesz czas

 

jakby nie było jutra a wszystko wokół intensywnie krążyło

wraz ze zbliżającym się brzaskiem ledwo widocznym

oknem za którym pochylony wiadukt przenosi pociągi

 

układa niczym palce na klawiaturze gotowy odegrać codzienność

ludzie jak mroczki przed oczami są wszędzie tam

gdzie załamywanie światła niemożliwe staje się możliwym


 

 

Piotr Kasjas

 

 

Jesteśmy

 

Jesteśmy duszą myślącą na progu życia,

w otwartych drzwiach własnych słabości.

Jesteśmy tymi, którzy nie mają nic,

nic prócz miłości i myśli na kształt wierszy.

Jesteśmy częścią historii i w nas jest ta pamięć,

która tworzy tożsamość po wieki.

Nie posiadamy wolności, lecz walczymy o nią każdego dnia,

mając dekalog za oręż obrony własnej moralności.
 

 

Jest takie miejsce

 

Jest takie miejsce na mapie świata,

wokół którego myśli moje krążą aureolą.

Jest tam melodia ukryta w klawiaturze fortepianu

i ta stara pieśń bliska memu sercu,

która jest miarą wnętrza i bezmiarem sumienia.

 

Są tam drogi, którymi chodziłem tyle lat

i miejsca, w których narodziły się słowa,

co zapełniły pierwszą pustą kartkę białego papieru.

 

Tam splotem ramion spętałem swoją przyszłość,

a ustami pożądania zapaliłem iskry pierwszej miłości,

które wiatr pragnień rozdmuchał w nieśmiertelny ogień.

 

Dziś, rzucony na obczyznę, w niezłomnego deszczu krainę,

w przebłyskach słońca dostrzegam szron na mych skroniach

– tęskniąc za młodością burzliwą,

którą zabrała losu mego wieczna zawiłość.

 

I oczy zamykam częściej niż bym chciał,

by zachować formę i treść myśli,

i dłonie kładę na uszy,

by zagłuszyć smutek, który dźwiękiem przeraźliwym

wydobywa się z głębi mojej duszy.

 

 

Pamiątka przywiązania

 

Czasami zabija mnie pamiątka przywiązania,

przywiązania się do wspomnień

– zabójczy lecz istotny drobiazg,

który zaciska krtań i przygniata jak kamień.

 

Umieram za każdym razem,

gdy zalewa mnie symfonia szeptów z przeszłości.

I krusząc się w rozpaczy piszę testament,

przeklinam miłość i nienawiść

– stopione w jedną całość dary tego świata.

 

Próbowałem nadać imię samotności,

lecz zostałem uwiedziony i porzucony

– skazany na utratę, na zawód oczekiwania.

 

Uwikłana w ten autoportret upadająca łza,

rodzi odwieczne pytanie:

Czy taka jest miara ostatecznego rozrachunku?

 

Oto wątpliwość, która nigdy nie napotka odpowiedzi.

 

 

***

 

Nocą, w przydrożnym hotelu,

Gdzieś na dachu świata,

Pisałem wiersz, który nie miał tytułu.

Za oknem padał deszcz,

A miasto tonęło w ciemności.

 

Chciałem napisać o codzienności,

O życiu,

I o upartej ufności w zgniłą ludzkość.

 

Napisać o pragnieniu,

O sercu pokrytym lodem,

I o zagrożeniu jakie niesie miłość, która rani nas tęsknotą.

 

Coraz głębiej zanurzałem się w otchłań umysłu,

Brnąłem przez puste wersy i używane słowa,

Aż w końcu utknąłem -

Na dnie butelki z niewymownym smutkiem w sercu.

 

 

Ciężar wieczornych myśli

 

Pierwsza szczęśliwa gwiazda

drżącym blaskiem swojego milczenia

żegna odchodzący dzień

który czerwienieje w mętnych szybach

gasnącym słońcem na dalekiej linii horyzontu

 

Niemy cień bezlitośnie przegania resztki światła

i chłodem zapowiada rychłe nadejście zmierzchu

który obarczy mnie ciężarem moich myśli

nie mających ani żalu ani krzywdy ani łez

 

Zatrzymuję sen filiżanką czarnej kawy

i układam skrawki wspomnień

nadając im kontur twojej sylwetki

do której tłem jest wzdychający za oknem wiatr

szczelnie wypełniający wszystkie drogi, bezdroża

i pustkę wszystkich samotnych dni
 

 

 

Dorota Wójcik-Khanchandani

 

 

Pan mi mówi

 

Pan mi mówi:

ach kobiety

one zawsze znajdą detal

i pod światłem go rozbiorą

 

aby dotrzeć do schematu

aby się pogubić w końcu

i zamartwiać od początku

pan mi mówi

 

o radości

niepotrzebna cała reszta

i bolączka

analiza to jest chemia

 

a nam proste są

działania dziś potrzebne

pan mnie doda i pomnoży

potem minus i dzielenie

 

bo początek jest

zbliżeniem rozdzielenia

plus i minus nieskończoność

to emocje dla szaleńca

 

a my przecież dla zabawy

tak jest prościej

pan mi mówi:

moja piękna

 

kocham panią za całokształt

lub kochałem

 

nie pamiętam

 

Z tomu „Słońce się zaczerwieniło”, Magazyn Literacki, 2000 r.

 

 

Poza kontrolą

 

Wszystko co mam

Naciągnięte jest skórą

Poza kontrolą

 

Treść napina się

 

I walczy

Myśli na dziś

Płaci rachunki

Śmieje się

Kocha na oślep

Czyta książki po nocach

 

Bierze kota na kolana

 

Forma obita skórą

Wodoodporną, łatwopalną

Poza kontrolą

Z naturalnymi włoskami

Do depilacji

Z żyłami gotowymi

Oddać krew

Z mięśniami

Do wyćwiczenia

 

Jeszcze bardziej doskonałej

 

Obieram siebie

Ze skóry

Powoli, powoli

Jak pomarańczę

Ten rodzaj dosłowności

 

Poza kontrolą

 

Z tomu „Zdarza się”, Nowy Świat, 2003 r.

 

 

 

Poniedziałek

 

Jeszcze zima w poniedziałek. Siódma rano.

Biało za oknem, kicham nie na zdrowie. Zimno.

Ratunku szukam w kuchni. Kawa ze śmietaną

 

bitą i cynamonem. Włoska cappuccino

ze srebrnego ekspresu i modnej reklamy

(chyba nieświadomie ten chłopak z dziewczyną

 

uwodzą się nad parą, kuszą delikatnie).

Dziecko, szkoła, zakupy i ponownie w domu.

 

Wącham gazetę jak nowe perfumy. Pachnie

 

lasem i mączką (pewnie teraz Jan Baptysta

Grenouille przewraca się w grobie). W poniedziałek

gazety są na lekkim kacu. Niezbyt czysta

koszula redaktora, rozpięty rozporek

i zdziwienie za co płacą korekcie. Zresztą

to nieważne. Będzie sprostowanie we wtorek.

 

Zegar się postarzał o całe trzy godziny.

Telefon czeka gotowy na odciski warg,

czuły miraż plastiku z drobinkami śliny,

 

bliskie perwersji zwierzenia bez odkrycia kart.

Tymczasem doktor Havel ze „Śmiesznych miłości”

uwodzi jak zwykle przystojne kobiety. Jest

jak śmierć – bierze wszystko co się rusza, oprócz

gotowej zgwałcić biustem, nachalnej Elżbiety.

Odkładam ich na bok. Piszę. Kot drzwi otwiera

 

skacząc na klamkę jak zwinna, powiększona pchła.

Nie lubię poniedziałku – w radiu głos spikera,

czarny jak kruk Edgara Poe. Zły proroku! –

zakrzyknąłem – czartem jesteś nie aniołem, Czy

Kusiciel cię tu przysłał, czy sztorm cisnął cię na

piach Mojej duszy, na wybrzeże, gdzie Samotność

 

pustki strzeże – Zanim życiu sens odbierze Rozpacz,

 

uśmierz w sercu strach.

Nadal zima w poniedziałek. Późna pora.

Ciemno za oknem i ziąb. Rośnie stos chusteczek

w koszu na niechcianą prozę. Jestem chora

może albo brak mi ciebie od dwóch tygodni.

Ciepłe mleko, lód czy cyjanek? Oto pytanie

rozpalonych ust. Święta Doroto od modlitw

 

za ogrodników, młode małżeństwa i za mnie.

Bogini losu, nie wiem czego bardziej pragnę

dzisiaj – pisać czy kochać się gdzie popadnie.

Trzyma mnie we władzy paradoks wyboru.

 

Dziecko śni z kotem masażystą u boku.

Pchnąłem mój obity skórą fotel, by w nim wszcząć

ponurą Medytację nad naturą słów. Toku

początek bierze się od końca. Najpierw trzeba

umrzeć. I powstać mimo wszystko. Przejść przez cykl

pralki automatycznej. Pokornie jak drzewa

czekać na słońce. Aby kruk nie stanął w drzwiach

i zakrakał: Kres i krach.

 

Kursywa to fragmenty z poematu „Kruk” Edgara Allana Poe w przekładzie

Stanisława Barańczaka

 

Z tomu „Zdarza się”, Nowy świat, 2003 r.

 

 

Krople na szczęście

 

Otwierasz mój sen jak małżę

Ranek smakuje jak wino i cytryna

Psy szczekają za płotem, wcale się nie wściekam

 

Ciało owijam balijskim batikiem

 

Rankiem tańczę w łazience

Rozczesuję z włosów nasze nocne szczęście

Na batiku są słonie z trąbami do góry

 

Stado słoni po biodrach i po piersiach goni

 

Otworzyłeś mnie jak małżę

Wczoraj w nocy, koło trzeciej nad ranem

Przeciw nam była cisza, za nami muzyka

 

I nasze imiona w magicznych językach

 

Całuję się z kubkiem kawy

Śpisz jeszcze niewinnie, nieświadomy zdrady

Usta mi nabrzmiały, mgła opada z powiek

 

Trzy krople na szczęście nalewam do kawy

 

Z tomu „Zdarza się”, Nowy świat, 2003 r.

 

 

Zła dziewczyna

 

Byłam złą dziewczynką, a jednak urosły mi

piersi. Krwi ubywało, nie lubiłam barszczu.

W takich to okolicznościach, pryszczaty chłopak

z szóstej c zakochał się we mnie. Nie pomogły

 

razem jedzone, twarde laski cynamonu.

 

Byłam złą dziewczynką, biłam się z chłopcami,

kradłam kwiatki z rabat odlanych z betonu,

po co im cmentarz. Kwiatkami biłam dziewczynki.

Obrywałam za dzieci, róże i gaszone

 

wapno. Sprawiedliwości stawało się zadość.

 

Piłam tran, jadłam cytryny i pomarańcze,

niewątpliwie zawarta w nich witamina C

ochroniła mnie przed szkorbutem i katarem.

Dziąsła też w porządku, chociaż krwi ubywa

z każdą wiosną. Nie lubiłam barszczu – to przez to.

 

Nie spełniłam nadziei na ciepłą posadkę,

na pisklęta wyklute po solidnych studiach,

męża z pełnym trzosem i rosnącym brzuchem.

Kochałam się z draniami, byłam złą dziewczyną,

 

krew w nas wrzała jak burza po kolejnej burzy.

 

Uciekałam, wracałam, świat się nie obrażał,

zbyt zajęty sobą, nieczuły na listy

wyławiane z morza w omszałych butelkach.

Prowadził się jak dziwka, która nie pamięta

 

po piętnastu minutach swojego klienta.

 

W takich to okolicznościach, piłam tran, jadłam

cytryny. Urosły mi piersi, kochałam się

z draniami. Ochroniła mnie zawarta w nich

witamina. Nie lubiłam barszczu. Wracałam,

krew w nas wrzała jak burza. Byłam złą dziewczyną.

 

Z tomu „Zdarza się”, Nowy świat, 2003 r.

 

 

 


Jan Stanisław Kiczor

 

 

Tęsknoty i ułudy

 

Annie Grabowskiej

 

„…wiem, ze nie dotknę ramionami nieba…”

/Safona B.App. 8/

 

To wiersz dla ciebie – jeśli chcesz. Na wargach osiadł smak tymianku;

choć całowałem tylko deszcz, mijając dziarskich bawidamków,

których rechotem dławił się czas zasypany tuż przed progiem,

za którym stojąc (czy to źle?) zdejmowaliśmy z siebie trwogę.

 

Próżne uczucia, gdy już wiem, że każdą miłość można zburzyć,

Jednak się da wyłowić sens (lecz wtedy trzeba kochać dłużej

o trzy zdrowaśki, dzwonu dźwięk); drzewa z koroną rozkołysać,

w mrowisku zgubić obcy cień, usłyszeć czego nikt nie słyszał.

 

Ten stół, to krzesło obok nas – o życiu pewnie chcesz pogadać,

a ja dostrzegam tylko blask, który cię oplótł jak ballada,

którą śpiewałaś pośród skarg, zanim w dorosłość tak okrzepłaś,

że chętnie bym cię w dłonie brał i odrobinę oddał ciepła.

 

Lecz nie znajduję w sobie sił – zamiast budować, tonę w zgliszczach

i miłość już się nie chce tlić, żadna tęsknota się nie ziszcza.

Więc może lepiej wzburzyć krew (krzew się odwiecznym ogniem pali);

coś trzeba oddać, by coś mieć – coś zgubić, żeby coś ocalić.

 

 

Rocznicowo – Krystynie

 

To jest nasza historia liryczna;

w ślad za tobą moja starość człapie

i w ofercie nie mam nowych wyznań

(a te stare – znasz wszystkie na pamięć).

 

Zresztą działa to również odwrotnie;

też znam ciebie (czy tylko się zdaje?)

i się zgadzam, że więcej mam potknięć,

do spraw różnych zdążając przełajem.

 

Jednak mocno związała nas czułość,

pobłażliwość na ścieżce codziennej:

kimże byłbym – gdyby ciebie nie było?

Kim byłabyś – tak całkiem beze mnie?

Wiem. Nie każdy rad będzie to przyznać;

brak donośnych upadków i wzlotów,

jednak jest to historia liryczna

taka nasza, prywatna. I spokój.

 

 

List do Gabrieli Sz.

 

Ach, żebym ja mógł z tobą znaleźć taką bliskość,

Która każe się wsłuchać w wieczorne zachcianki;

Stopniowo rozpinając wielobarwny nankin

Znajduje całość sensów i trwa. Mimo wszystko.

 

Lecz to tylko splot marzeń wiązanych jesiennie

Na przydługie wieczory i zbyt krótkie noce

Na świtów powitanie (nie zawsze ochocze),

Z których dzień nie powstaje i wokół jest ciemniej.

 

Więc może tylko spacer w otuloną przestrzeń

Ku strofie, która leży pod ciemną latarnią,

Bo ktoś ją precz wyrzucił, a nikt nie przygarnął.

 

Albo w tamtą dolinę, nienazwaną jeszcze,

Samotną, zachmurzoną, strojną w zieleń marną;

Lecz się nie martw, ja także ochronię przed deszczem.

 

 

Poemat o ślepocie i może jeszcze o czymś

 

„…Któż to nas tak odwrócił, że cokolwiek

byśmy czynili, jesteśmy w postawie

odchodzącego…”

/R.M.Rilke/

 

Dlaczego płaczesz? Pyta ktoś,

nie oczekując odpowiedzi.

Wokoło ciemność, choć bez snu.

I na nic wszelkie egzegezy.

 

Piach zasypuje każdą z blizn.

Pomimo strachu coś ukrywam,

Nierozpoznany ból wciąż tkwi.

I to jedyna rzecz prawdziwa.

Wiedziałem, że odejdziesz. Nie wiedziałem kiedy

Runie cała konstrukcja stawiana z mozołem;

Na zły procent ochoczo zaciągnięty kredyt

I potop tuż, lecz nic nam nie poradził Noe.

 

Coś się rozpada, ginie, umyka z naszych spraw

Zbieramy sens mozolnie: obawy, życie, strach.

 

Nie trzeba chcieć niczego więcej,

Więc niepotrzebna jest korekta

Cień się poruszyć nawet nie chce

I całą wróżbę już wyszeptał.

 

Nie bierz tabletek na tę boleść,

Zrezygnuj z ziółek – nieskuteczne;

Choć może tylko zmierzchu fiolet,

Choć może poblask drogi mlecznej.

 

Zamknąłem oczy żeby lepiej widzieć

Gwiaździstość nocy w pochmurnej przestrzeni

Przez puste place zła samotność idzie

Zdaje się – ku mnie. Lecz cóż mogę zmienić?

 

Rozłóż wszystko a później poskładaj od nowa

I tani wrzask gawiedzi zamień w pomruk ciszy,

Widzisz? Ze strachu anioł na strychu się schował

Nie słyszy nic od ciebie i ty go nie słyszysz.

 

Najlepiej pije się z diabłem.

Szklankami. Wydech – wdech.

A później… jak na to wpadłeś?

Już pije diabłów trzech.

 

Taksówka wjeżdża na parkiet,

Włączony wsteczny bieg

W krąg cyrografy podarte,

Jednego diabeł strzegł.

 

Pijcie! Majaki, poczwary;

Obca wam moja krew.

Do dna. Za życie spaprane.

Szklankami. Wydech – wdech.

 

Nastała cisza, jak ten świt odgłosem żadnym niezraniony

I pieśń w niej tkwiła, której nikt nie nucił pośród zadżumionych.

I była pora zbioru snów, czytania wielkiej księgi znaczeń

Z których wynika tylko to, że wszystko mogło być inaczej.

 

Zgłupiałeś? Nie to pisanie.

Nie na tę chwilę wiersz.

On, zmęczonymi wersami

W czerń własną będzie pełzł.

 

Pod twoje okna się wczołga

Wciśnie szczeliną drzwi

I będzie może podglądał

Jak niespokojnie śpisz.

 

Odeszłaś którymś rankiem, czy może wieczorem,

Bezszelestnie, po śladach skrzypiącej podłogi,

Lecz zabrałaś ze sobą tomik „Con amore”,

Kilka taktów z ostatniej naszej bossa novy.

 

Może ciepła za mało wśród obszarów nocy,

Może czułość mieszałem z szarzyzną codzienną,

Lub nie zapamiętałem jakby jeszcze o czymś,

Co w całej odmienności buduje wzajemność.

 

Wciąż jednako zegar tyka:

Co godzinę dzwonna warta,

Trochę gubiąc się w rytmikach,

Gra ponurą pieśń o czartach.

 

Chciałem jakoś odszukać – zniknęłaś mi w tłumie.

Wszędzie wnikam, zaglądam, lecz znaleźć nie umiem.

 

Niespokojność, senne mary

Głupi, pusty, dzień nastaje;

Słońce krąży w barwie szarej

Puste kartki, pusty kajet.

 

 

 

Amory

 

Odwiedziłbym cię chętnie (wszak czasu mam dosyć),

Lecz nie wiem czy wciąż moich pożądasz rozkoszy…

Jednak wyłącz Gadu-gadu,

Zasłoń okna od sąsiadów.

Wejdę cicho. Nie chciałbym z nastroju nic spłoszyć.

 

W przedśnie twoim zagościć pragnę porą mroku,

Zagubić się w litanii pożądań i pokus…

Nie odpisuj SMS-em,

Cieniem w oknie mnie rozwesel.

Światłem świecy, subtelnie, rozjaśnij przedpokój.

 

Wszystko naszym się stanie z wzajemności ciała,

O czym nie śniąc – marzyłaś, nie bojąc się – bałaś…

Lecz się nie chwal na Facebooku,

W szept miłosny raczej wsłuchuj

W rytm tej ciszy przy której pieszczotę oswajam.

 

Spóźniła się ta miłość, lecz czasu jest dosyć

Byśmy śpiew odnaleźli i na szczęście grosik…

Raczej nie pisz nic na blogu,

Żeśmy wzorem starych bogów

Sącząc nektar tańczyli wśród pól złotowłosych.


Jarosław Kapłon

Urodzony w 1972 r. Autor trzech tomików: Sprawy przyziemne, 2012; Grawitacja, 2013; Projekcja, 2013. Współautor tomiku W miłości chodzi o wszystko , 2015. Laureat Ogólnopolskich Konkursów Literackich. Jego wiersze publikowane były w almanachach pokonkursowych oraz w czasopismach takich jak: „PKPZin”, „Migotania”, „sZAFa”, „Nestor”, „Wyspa”, „Rita Baum”, „Inter”, „Zamojski Kwartalnik Kulturalny”, „Salon Literacki”, „e-Tygodnik Pisarze.pl”, „Internetowy Magazyn Kulturalno–Literacki Szuflada.net”, „Kurier Zamojski”. Obecnie mieszka i pracuje w Zamościu.



Piotr Kasjas

Urodził się 3 lipca 1969 roku w Pabianicach koło Łodzi. Autor książek: Gdyby miłość nie istniała..., 2011; Miłość i tożsamość, 2013; Bezdroża uczuć, 2014; Collected Poems, 2014; Irrwege des Herzens, 2015; Cu noi începe veșnicia, 2015. Od 2005 roku wydawca i redaktor nieregularnego czasopisma kulturalno-literackiego „Zarys Kultury” wydawanego w Wielkiej Brytanii.



Dorota Wójcik-Khanchandani

Publikacja tomów poezji: Majowe integracje (jako współautorka), 1994; Słońce się zaczerwieniło, 2000; Księżyc rozchyla cień, 2000; Zdarza się, 2003. Inne publikacje: haiku – Antologia polskiego haiku, 2001; felietony i artykuły w kwartalniku „Tango nr 8”, wiersze, opowiadania, piosenki i artykuły w pismach literackich i innych.



Jan Stanisław Kiczor

Urodzony 15 maja 1947 r. polski poeta. Finalista kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich (trzykrotnie w Konkursie im. Jana Krzewniaka w Karczewie, Wąglańskim Maju Poezji, Konkursie Jednego Wiersza w Łomży, Konkursie Poetyckim im. Kamili Stabach, Konkursie Jednego Wiersza „Strojne w biel” w Lublinie i kilku innych). Na stałe mieszka w Warszawie. Debiutował „Wierszami Tygodnia” w 2011 r. w „e-Tygodniku literackoartystycznym Pisarze.pl”, z którym nadal współpracuje. Ponadto drukował w dwumiesięczniku „Poezja dzisiaj”; w kwartalniku „Tygiel”; w „Nowej Gazetecie Literackiej”; „Krytce Literackiej”; „Gazecie Kulturalnej”; „Poezji ART.”, w prasie lokalnej oraz rozlicznych Antologiach. Jest współwłaścicielem forum literackiego „Ogród Ciszy”, na którym także publikuje. Wydał siedem tomików poetyckich: Sny i Przebudzenia, Wyd. Pisarze.pl, 2012; Chichot na rozstajach, Wyd. Pisarze.pl, 2012; Wyciąg z życiorysu, Wyd. IBiS, 2013; Od Sasa do lasa i inne faramuszki, Wyd. Pisarze.pl, 2013; Scalam się i rozpadam, Wyd. Pisarze.pl, 2014; Rozjaśnianie czasu, Wyd. Norbertinum, 2015; Sześć historii lirycznych, Wyd. Fundacja Duży Format, 2015 Od 2013 roku członek warszawskiego oddziału Związku Literatów Polskich.


Pin It