ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia



Agnieszka Herman

 

 

W górze

 

W wierszu o tobie i o mnie muszą latać ptaki.

Wznoszenie opadanie na ciepłych falach oddechów

W mroku rzeźbisz pieszczotą jasne ciało kochanki.

Czy w podarowanym nam od losu czasie możemy śnić

o tym samym? Lecimy nad miastem.

Ziemia pachnie inaczej niż wszystko dotychczas.

W dole neony życia pulsują jak jazz Tomasza Stańki

Tramwaje iskrzą, zgrzytają na zakrętach czasu.

 

Nie wierzę w Przeznaczenie to raczej Przypadek

Albo coś jeszcze innego, czego nie rozumiem.

Rozświetlasz mnie od środka i palców płomienie

gasisz na moim brzuchu. Boże widzisz i nie grzmisz?

 

Boże stworzeń kruchych Istot marnych i głupich

 

Obejdź się z nami łagodnie. Kochamy. Żyjemy.

 

 

Homo viator

 

Dla P.

 

Boga nie możesz obrazić. Nawet jeśli próbujesz roztrzaskać się o mur

terenowym samochodem. Choć jak widać łatwiej powierzyć sprawę

publicznym szpitalom.

Zabrałeś ze sobą wiersze. Akurat wiersze chciałbyś ocalić.

Ale dzisiaj świat jest niechętny poetom;

są monochromatyczni. Za często myślą o przemijaniu.

Za życia dopominają się o uwagę, występując

w prowincjonalnych domach kultury.

Tu gdzie Ciebie nie ma – na Nowym Świecie, na Krakowskim Przedmieściu,

na Powiślu, na Mokotowie, we wszystkich tramwajach 33 – powoli

znikają twoje ślady. Kieliszki już umyte albo zbite. W szklance pleśnieje

niedopita kawa. Zniknęło odbicie potarganych włosów w szybach

miasta. Łuk pleców, gdy pochylony nad kartką szarpiesz kolejne wersy

poematu.

Podobno tych co w drodze nie można zatrzymywać.

Na Facebooku zastukałeś w dniu swoich urodzin.

Jak wygasła gwiazda, której światło wciąż błądzi

we wszechświecie.

Patrzę w lustro – mój strach ma teraz twoje oczy.

 

Boga nie można obrazić. Na pewno nie brakiem nadziei.

 

 

Ksiądz Twardowski

 

Siadłam obok księdza Twardowskiego

na ławce. Przy kościele Wizytek.

Otoczona skarlałymi drzewami i kwiatami

ledwie oddychającymi od upału.

 

Nieopodal na Krakowskim Przedmieściu

nieustanny przepływ ludzi

z brzęczącymi pszczołami słów.

 

Siadłam obok księdza Twardowskiego z brązu.

Przynajmniej treski wiatr nie zwieje.

Ciepłą dłonią poklepałam jego metaliczną rękę.

Wcisnęłam guzik automatu.

Poczytaj mi boży człowieku

o biedronkach i konikach polnych.

O świętych gapach i głuchych telefonach

Poczytaj o miłości i przemijaniu.

Może twój monotonny głos

przebije się przez uliczny ul.

 

Przyleciałeś pod postacią

kosmatego trzmiela.

 

Głośniejszy niż śmierć

 

 

List z Jastarni do Van Gogha

 

Port w Jastarni jest mały.

Z jednej strony statki i zapach nieświeżych ryb,

z drugiej połatane kutry rybackie – dziecięce łódki

niebieskie jak niebo i żółte jak piasek w słoneczne dni.

Na każdym miniaturowa kabina najwyżej na jedną osobę.

Na drewnianych tabliczkach zaklęcie „Bóg z nami”

– ile sztormów pozwoliło przetrwać?

 

Pokochałbyś to miejsce panie Van Gogh

choć z rodzinnej północy uciekłeś na południe do Francji.

To Holandia, do której dodano kolor – mówiłeś

patrząc na winnice na stokach, gaje oliwne

i przejrzyste niebo.

 

W Jastarni jest jasno. Światło i woda

Między Zatoką a otwartym morzem,

można przejść nawet w dziesięć minut.

Mógłbyś malować rybaków o surowych ruchach

i ich dzieci z niepokojąco białymi włosami.

Mógłbyś malować mewy – krzykliwe towarzyszki ludzi

albo języki słońca na Zatoce.

Po jakimś czasie wpisałbyś się

ze swoimi sztalugami w krajobraz portowy

jak teraz ja z twoimi Listami do brata.

 

Starajmy się polubić nasz los

taki jaki jest – pisałeś do Theo

w połowie pastor, w połowie artysta.

Grudy ziemi, żółta trawa, miękkie zboże,

drzewa migdałowca oblepione kwiatami,

mięsiste słoneczniki, cyprysy, ascetyczne wnętrza pokoi,

listonosze, szewcy, urodziwe Artezjanki.

Kawą, absyntem i szaleństwem uzyskałeś odpowiednie żółcie.

W miejscowych burdelach znieczulałeś smutek

wydając nierozważnie niewielką pensję od brata.

Chciałeś wierzyć, że choroby czasem leczą.

 

Wiedziałeś, że samotność zabija?

 

 

***

Obrysowuję palcami łuki twoich brwi.

Zadzieram głowę. Ty i gwiazdy.

W ciemności każde istnienie wydaje się doskonalsze.

I to co nas połączyło. I co nas rozdzieli.

I co po nas zostanie. Bo w końcu wszystko wraca.

Ot, choćby jedną myślą, nerwowym wspomnieniem,

a może zapachem ciała nie do podrobienia.

 

Mogę wejść do ciemnego lasu o północy.

Mogę walczyć o Ciebie z innymi.

Ale nie z rozpadem komórek.

 

Trzy minuty stąd jest droga, którą ludzie pędzą do domów.

Siadają przy stole i opowiadają o tym, co ich spotkało.

Biorą na kolana dzieci i jedzą z nimi gorącą pomidorówkę.

 

Tam jasne światło latarń. Tu cisza i wieczność traw.

Leżymy na plecach i patrzymy w niebo.

Wszystko powiedzieliśmy sobie dłońmi.

Dzisiaj świat nie ma dla nas żadnych podpowiedzi.


 

 

Jacek Maria Hohensee


 

Polski listopad

 

Polski Listopad klęczy na cmentarzu,

a pośród pomników, na płytach nagrobnych

pełznie śledcza poezja, zagląda pod kamień

gdzie siedzi ukryta stonoga

i pająk.

 

Czyta nazwiska, sprawdza rodowody,

pod zardzewiałym krzyżem kopie grób legendzie,

znicz z jednej na drugą mogiłę przenosi.

 

 

Bracia nocni

 

Bracia nocni trudno zasnąć kiedy

nie do mnie płyną sny sprawiedliwe

nie do mnie idzie po linie łapiąc równowagę spokój

obce sny wspinają się po rynnach śpiewają

nawołują się z echem wypuszczonym z piwnicy

przez okno które próbuje odlecieć na wietrze

 

Świt odzywa się blisko chociaż jest jeszcze daleko

gdzieś daleko jest dobra noc chociaż jest blisko

Bracia nocni kogóż to wołacie ukryci w tunelach bram

swoim upartym szczekaniem przed kim chcecie mnie ostrzec

 

 

Maj

 

Zapach perfum z kwiaciarni Nuta bzu

i czeremchy

Wieczór idzie aleją

odwraca się nagle i zaczyna płynąć

jak warkocz

ciemne włosy zarośli w leśnym strumieniu

Wycieczki

do dalekich krajów bliskiego spotkania

Ciepły oddech

cieplejszy od chłodnego wiatru

który wieje naprawdę

 

 

Ognisko

 

Nie ma nic piękniejszego niż gasnące ognisko

Można godzinami wpatrywać się w powolną agonię

 

Jeszcze palą się świece w mrocznym korytarzu

Złote pszczoły po jednej po trzy przechodzą na drugą stronę

 

Dzień zapada w ciemną pościel

Dalekie porty oddalają się w popiół

Światła kolejowych stacji rozpływają się w noc

Lotniska jak złote liście opadają w ciemność

 

Gdziekolwiek czujesz się obcy tli się przed tobą jak echo

i dzień traci pamięć żeby co traci zapomnieć

 

 

Przystań

 

Przystań na chwilę

Przystań na tę chwilę

Przystań na każdą chwilę co odchodzi

 

Co się zmieniło na powrót się zmieni

starczy gdzie staniesz wskazać środek ziemi

 

Przystań na chwilę

Na chwilę ta przystań


 

 

Adriana Jarosz

 

 

Koncert

 

Podczas wakacji bezludna dolina Sanu

bywa zatłoczona.

Filharmonia rozpoczyna sezon.

 

Boscy śpiewacy przybywają

czasem z odległych okolic.

 

Z wioski nad rzeką przychodzi Mikoła.

 

Zanim zorza południowa

z siostrą wieczorną się spotka,

plotą się światy – ludzki i boski.

 

Wtedy Mikoła tuli się do Matki Ziemi,

ona zsyła nań sen naiwnego.

 

Po obu brzegach rzeki tłum

piskliwy, gderliwy i czykczyrliwy.

Niedługo koncert.

 

Mikoła śpi.

 

Na widowni skryta orzechówka

w ciemnobrunatnej czapeczce

składa czarną pelerynę skrzydeł,

obok smukły trzmielojad

próbuje ją kokietować,

za kępą turzyc przycupnęła rodzina

białobrewych świergotków.

 

Wtem kapelmistrz, brodziec piskliwy,

daje znak: Hididi!

 

A Mikoła śpi.

 

Kipi dolina chórem wołosackich derkaczy.

Potem siwerniak, prawdziwy król połonin,

treluje balladę o wietrze,

którego palce pieściły trawę

rdzawą niczym włosy Paraskiewi.

 

Koncert trwa.

Śpi Mikoła snem błogim, nieprzerwanym

krzykiem kobiet nawołujących do powrotu.

Śni baśń. O chyży malowanej błękitem nieba,

o dziewczynie z lnianozłotym warkoczem,

i o cerkwi, w której święci z Carskich Wrót

uśmiechają się do głupich marzeń.

 

Na koniec kos – mistrz nad mistrze!

Na jesionowym liściu

układa Pieśń o domu odebranym,

a ona popłynie Sanem tam,

gdzie raj (nie)obiecany.

 

Bezdrzewne grzbiety górskie,

wsłuchują się w dźwięki

docierające do kamiennych trzewi,

gdy dyrygent gasi melodię

jednym ruchem ptasich skrzydeł.

 

Bo Mikoła śpi.

 

 

 

Stacyjki

 

najpiękniejsze są stacyjki

zapomniane

 

z szarymi liszajami

na twarzach elewacji

zgarbione niczym starcy

których nikt już nie chce

 

na ławce ktoś

kto dawno dojechał

do bazy niebytu

obok plecak pamięci

a w nim wszystko

co miał

 

najpiękniejsze są stacyjki

zapomniane

bo na nich dzikie jabłonie

kwitną jak szalone

a rozchodniki rozkładają

swoje kobierce

niczym kupcy arabscy na suku

czasem tylko zagubieni turyści

zrobią fotografie

bezczelnie dyndającej tablicy

z grafomańskim napisem

i butelkom w których słońce

topi swoje smutki

 

najpiękniejsze są

choć

 

zapomniane

 

 

Czerwona planeta

 

Na tej planecie zmieści się wszystko.

Rzekami popłynie ceglasty muł,

a po dnie dostojnie kroczyć będą raki.

 

Brunatne góry wyciągną kamienne głowy

w kierunku rozgrzanego słońca.

W dolinach maki zakwitną tak,

jakby kwitły pierwszy lub ostatni raz.

 

Czasem jakieś jabłko przestanie

trzymać się kurczowo drzewa

pokrytego jesienną tęczą.

 

Jarzębiny, panny na wydaniu,

nie zrzucą wianowanych korali

(zapewne pomyślą też, że welony

w stawie czekają na oczepiny).

 

Na tej planecie zmieszczą się

królowie w purpurach,

kobiety w krwistych sukniach

oddające się bezwstydnie

pijącym rubinowe wino.

Zmieści się kilka tysięcy serc,

krew i Morze Czerwone,

ale nie będzie miejsca

na wybielony dom

 

i czarnego kota.

 

 

Struna

 

kiedy zapali się świecę

zapłonie przyjaźnią

 

jeśli dwie się rozjaśnią

powstanie struna

 

można wziąć do ręki

pryzmat i wygrać

na niej najczystsze

barwy a potem tworzyć

wszelkie odcienie

 

krótkotrwałych uczuć

 

 

Złodziejki snów

 

Jedna to zadbana, starsza pani w platynowym

kostiumie i jaśminowym, modnym kapeluszu.

 

W ręku bukiet piór. Z roku na rok piękniejszy,

bo dokłada doń nowe okazy, wyjątkowe.

 

Idzie niespiesznie, a czas jej przyjacielem.

 

W młodości nosiła inne stroje – bywa, że płaszcz

purpurowy, kiedy indziej zgrzebną, lnianą suknię

wyszywaną prostym haftem krzyżykowym.

Nie wstydziła się swej anorektycznej postury.

Naga pozwalała portretować się najlepszym,

lecz nikt nie potrafił namalować twarzy.

 

Idzie, a tam, gdzie kieruje swój krok, milknie

ulica. Od czasu do czasu wita ją kuzynka Mgła,

niekiedy widzi jak bracia Zmierzch i Przedświt

kłócą się, bo jeden zapala, a drugi gasi gwiazdy.

 

W sennej dzielnicy ciche domy zanurzone

w półbycie. Na straży stoją anioły lub pegazy.

Niektóre mają jedno, inne są dwuskrzydłe.

Staruszka podchodzi, a one składają je,

posłuszne niczym przedwieczni żołnierze.

Wtedy przekracza próg. Czasem potknie się

o buty rzucone przez niewprawnego kochanka,

czasem pomyli pokoje, posłucha taktownych

zegarów. Najczęściej idzie prosto do celu.

 

Na dębowym biurku leży pióro. To nim

ktoś zapisał najpiękniejsze metafory.

W komputerze ostatnie poprawki,

półki zapełnione przewrotną liryką.

Przy łóżku otwarty tomik, na marginesie

trzy słowa droga do Edenu, więcej nic.

 

Potem kobieta pochyla się nad głową śpiącego

i kradnie sen, a człowiek zastyga w bezdechu.

 

Kiedy złodziejka wsuwa do bukietu piór

kolejne, pokój pachnie mroźnym jaśminem.

 

***

 

Stroszą się ostróżki w ziołoroślach, wznoszą

kielichy ku górom jak poeci wina puchary.

 

Nieco wyżej dębiki ścielą swe śnieżne kobierce,

delikatne, lecz mocne niczym dusza górala,

mienią piargi słowem zmysłowym i twardym -

kwiatem, jakiego nie uświadczysz nigdzie.

 

W Dolinie Białej Wody mieszka ta druga.

 

Piękna i surowa, poprawia czapy szczytom, białym

jak czuchy błogosławionych z podhalańskich

świątyń, czasem poleruje drobne krople złotej

rosy, kiedy indziej żywym ogniem słońca okrywa

gryfy dumnych świerków i na upłazach lepnice.

 

Czeka na tych, którzy pójdą hen, ścieżką, z nią –

przewodniczką ostatnią, lecz najważniejszą.

 

Gdy wyruszą, zagrają na gęślikach drobne palce

wiatru. Potem pani przejrzy się w martwym lustrze

Zmarzłego Stawu, przeczesze włosy prastarym

kamiennym grzebieniem, przytuli, by odebrać sny

nieświadomym, a góry pokryje płaszczem mroku.

 

***

 

Właśnie tak odchodzą poeci.


 

 

Agnieszka Jarzębowska

 

Wernisaż

 

Młoda malarka – performerka

z wygoloną połową głowy

– matka karmiąca.

 

Szuka

drugiego mężczyzny.

 

Pierwszy spadł

na ziemię

z wysokości ślubnych fotografii

rozwieszonych na sznurze jak pranie.

Zastygł

w pozie samobójcy.

 

I jak tu teraz dziecku portret ojca...

 

 

Żołędziowy ludek

 

Przyjechał na wernisaż Miliński

– „Żołędziowy Ludek” w czerwonych butach,

z wisiorem na czarnej koszulce z napisem:

„Jestem chuligan z Woodstocku, lubię się grzebać w ziemi”.

Podrapując się po głowie, opowiadał,

jaki jest szczęśliwy.

Mówił, że jest „takie sobie nieco”.

 

Filantrop z artystyczną duszą.

 

Wykipiał z siebie tyle energii,

że nagle w niewielkiej sali zrobiło się tłoczno,

i echo zwielokrotniło oklaski.

 

Było tyle dokończonych obrazów.

 

A ja – naiwny oglądacz – chciałam zapytać,

czy namalował już wszystkich kłamców świata

z pinokiowymi nosami.

I czemu staruszce w rozczłapanych sandałach

dał do rąk

ogromnego,

żółtego ptaka.

– Przedsmak raju?


 

Kobiety Mai Baranowskiej


Przywędrowały na wernisaż

kobiety wklęsło – wypukłe,

bez rąk, bo im opadły,

bez twarzy, bo wszystkie jednakowe.

 

Ledwo się mieszczą na płótnach.

 

Każda z obecnych na wernisażu dam

mogłaby pozować do tych portretów.

Mężczyźni zachwycaliby się formą niczym Wenus

albo archetypem matki.

 

 

„Espressivo Con Passione

 

Ostre pociągnięcia rozerotyzowanego pędzla

przyciągną cię barwą i kształtem w świat Walerycha

i „Espressivo Con Passione”.

 

Z twardego metalu wyczaruje się miękkość skrzypiec,

mocne akordy fortepianu odczujesz z całą mocą abstrakcji.

 

Nie musisz rozumieć tej sztuki

a Autor nie dokona wykładni.

Powiedział, że jest Artystą

a nie pierdołą.

 

 

 

Do poety

 

Rozbłyśnij nim zgaśniesz,

rozbłyśnij nim zaśniesz.

 

Opowiedz mi swoją historię.

 

O życiu co nie pieści,

o życiu nie z powieści,

o pędzie do przodu,

doznanych zawodach,

o tym, ile jesteś wart,

ile było w życiu dobrych kart.

 

Powiedz o ludziach z piękną duszą.

Tych, co kochają i co wzruszą,

i namalują piękny świat.

Zostaw po sobie parę słów,

zostaw po sobie parę nut,

parę szczęśliwych fotografii.

 

Rozbłyśnij nim zaśniesz,

rozbłyśnij nim zgaśniesz.

 

Opowiedz mi swoją historię.



Agnieszka Herman

Zawodowo zajmuje się grafiką, projektowaniem okładek książek. Opublikowała trzy tomiki wierszy: Wybuchło słońce, WKMS, 1990; Zapisane światłem, Wydawnictwo Magazynu Literackiego, 1995; Jesienią najtrudniej iść środkiem dnia, Nowy świat, 2015. Jej wiersze znalazły się w licznych antologiach, m.in.: Ławka rezerwowych, WKMS, 1999; Snuć miłość. polska poezja miłosna XV-XX w. antologia pod redakcją Włodzimierza Boleckiego, wydawnictwo Bertelsmann, 2000; A jeśli miłość – co to jest takiego (Antologia poezji miłosnej), Książnica, 1999.


Jacek Maria Hohensee

Urodzony 1943 r., w Częstochowie. Działalność literacka: publikacje książkowe – poezja: Podróże, PAX, 1965; Dystans, Iskry 1971; Pisane w Hotelu, Poeci Polscy, 2013; Zjawy, Fundacja Duży Format, 2015. Publikacje książkowe – proza: Opowieści Globtrotera, Iskry 1975; Paranoja Picture, Iskry, 1978; Teatr Nonsensacji, Iskry, 1980; Imagen Segundaria, Czytelnik 1981; Po drugiej stronie, Twój Styl, 2004; Jak zostać milionerem i lista lokali, gdzie bywać wypada, Nowy Świat, 2011 (e-book). Publikacje w czasopismach od 1956 roku: „nad Wartą”, „Współczesność”, „Kultura”, „Wiadomości Literackie”, „Poezja”, „Twórczość’ i inne (Polskie Radio, TVP). Autor scenariuszy audycji radiowych i telewizyjnych, filmów. Wiele nagród i wyróżnień w tym I Nagroda Czerwonej Róży 1967 r., I Nagroda Łódzkiej Wiosny Poetów 1965 r.


Adriana Jarosz

Debiutowała w 2011 roku w Bronowickim Karnawale Literackim. W latach 2011–2015 członkini Koła Młodych przy Związku Literatów Polskich w Krakowie. Utwory poetyckie ukazały się między innymi w zbiorach: Bronowicki Karnawał Literacki, 2011, 2012, 2013; Krakowska Noc Poetów, almanachy 2011, 2012, 2014; Pożegnanie Lata Pisarzy i Artystów, 2011, 2012; Człowiek i sny, 2013; Człowiek i droga, 2014. Jej wiersze zdobią również mazurski album fotograficzny Rogalik, 2014. Utwory prozatorskie wydrukowano w „Literacie Krakowskim”, 2012-2013. W prasie lokalnej ukazał się m.in. cykl artykułów pt. Zabiegi książąt opolskich o koronę polską w XIII wieku. W prasie pedagogicznej opublikowano również teksty na temat Josepha von Eichendorffa: Jeden ze śląskich wieszczów Całe życie tak wędruję oraz Oby dziecko poznało krainę baśni.

Wydała dwa tomiki poezji: Rozdrożami, 2014 i Niebo pachnące sianem, 2015. Laureatka kilku ogólnopolskich konkursów poetyckich.


Agnieszka Jarzębowska

Urodzona w 1959 r. w Sieradzu, absolwentka UŁ, członek Koła Literackiego Anima i Nieformalnej Grupy Poeci Po Godzinach. Przekładana na język angielski, serbski, niemiecki, litewski, słowacki i szwedzki. Debiut w „Dzienniku Akademickim” w 1981 r. Publikuje w prasie, radiu, TV, Internecie, antologiach krajowych i zagranicznych. Tomiki: zbiór 200 fraszek pt. Uśmiechy i uśmieszki, Sieradz: wyd. Regiony, 2010; polsko-niemiecki tomik wierszy Miejsce po przecinku/Die Stelle nach dem Komma, Sieradz: wyd. Regiony, , 2012, tłum. dr Małgorzata Półrola; tomik fraszek Fraszkomat, Sieradz: wyd. Regiony, 2012; polsko-serbski tomik wierszy Układam siebie/Slažem sebe, Krosno, 2012, tłum. Olga Lalić-Krowicka; polsko-angielski tomik fraszek NIC-nothing, Lublin: wyd. Bez Erraty, , 2014, tłum. Marek Marciniak; polsko-litewski tomik wierszy Przekładaniec, Sosnowiec: wyd. Fundacja Jana Kochanowskiego, 2014, tłum. Birute Jonuškaite. Nagrody w konkursach m.in. II nagroda w Ogólnopolskim Konkursie Satyrycznym w Zebrzydowicach, 2007; nagroda specjalna za wiersz o tematyce regionalnej w Ogólnopolskim Konkursie „Mój list do świata”, 2010; I miejsce w TJW VIII Mławskiej Nocy Poetów, 2015. Nagroda Zarządu Powiatu Sieradzkiego za osiągnięcia twórcze w dziedzinie literatury, 2012.


Pin It