ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6

antologia



Sylwia Gibaszek

 


Ryba na łańcuchu

 

I

 

Pożeram srebrne opiłki i szron

niczym tłusty karp okruchy chleba

niemniej jestem rybą innej kategorii

lubię muzykę-uderzenia kamieni o dno

uwodzicielskie migotania podwodnych istot

 

niestety jak każda przedstawicielka mojej rasy

jestem niema mam wypukłe oczy

wierzę w Boga

koniuszkami płetw wyczuwam inny świat niż woda

chciałabym tam popłynąć

ale od dnia narodzin mam wokół głowy

obręcz i łańcuch

całe życie zastanawiam się kto i dlaczego

tak mnie obdarował

 

 

II

 

Aby przetrwać w wiecznej wilgoci

trzeba złotych i srebrnych łusek

rozmieniam je wciąż na drobne

wydzieram ostatnie ze swojego opływowego ciała

widać gołą skórę

niecierpliwie czekam aż znów odrosną

wciąż niedosyt pogoń nie wiadomo za czym

absurdalne rybie życie

 

 

III

 

dlaczego stworzyłeś mnie rybą

człowieku

któż jeszcze jest poza nami

i gdzie bo ty już dawno opuściłeś wody płodowe

Oceanu

dokąd odpłynąłeś

milczę do ciebie tak dotkliwie

że bardziej się nie da bo popękają skrzela

przeczuwam że są istoty co wypowiadają

swoje pragnienia

ale czy to oznacza ich spełnienie

słyszałam

kiedyś niesamowite dźwięki

pochodziły od istoty która w połowie

była Tobą w połowie mną

ale czy ktoś zrozumiał ten niewodny język

 

 

IV

 

Może ty wiesz kto mógłby mnie uwolnić

zdjąć łańcuch

jak to jest wydawać dźwięk

i być nieskrępowanym

kim się wtedy jest

drogi człowieku

ty na pewno jesteś wolny

i nie umierasz

 

 

V

 

dźwięki całe morze ocean dźwięków

wtedy muzyka musi być piękniejsza niż

kamienne pomruki

wtedy świat jest poznawalny

jak ukwiał rak i wodorosty

łatwo da się żyć gdy całe istnienie

zamyka się w słowach

człowieku czemu

wciąż zbywasz mnie milczeniem

przecież to ja jestem rybą

rozpaczliwie wierzę że jednak mnie słyszysz

 

 

VI

 

mówię skrzelami

wytrzeszczam oczy

otwieram szeroko pysk

biję płetwami

powiedziałabym jeszcze więcej

ale krępuje mnie łańcuch

i moja nędzna istota

Czy zdarzy się cud i stanę się kimś innym

kto może siebie wyrazić

tak prosto jak połyka się piasek

Człowieku Boże

i kimkolwiek jesteś usłysz rybi krzyk

w nieskończonej wodnej toni

 

Gdybym umiała opowiedzieć o sobie

Jest nas tysiące żółte czerwone

kobaltowe

mamy welony woalki muślinowe peleryny

potrafimy tańczyć

w rafach koralowych

objęciach perłopławu

robimy to z takim wdziękiem że podziwiają

nas ośmiornice krewetki i rozgwiazdy

mamy swój podwodny wielki teatr

człowieku gdybyś ty wiedział jak kochamy balet

Gdybyś mógł zobaczyć to wszystko na żywo

ale ty się o tym nie dowiesz

 

 

***

 

niemi nigdy nie opowiedzą swojego świata

ja wierzę tylko w potęgę głosu

w moc słów zawsze wypowiadanych

 

czy to, co bezdźwięczne w ogóle istnieje dla ciebie człowieku

od początku twego wyjścia na ląd zastanawiam się czemu się nie odzywasz

przecież to Tobie zostało dane Słowo

 

 

Mit o stworzeniu świata

 

nie orajcie gleby bo topicie nóż w piersiach mojej matki

nie wykopujcie kamieni bo odrywacie jej ciało od kości

 

na początku był ktoś w łachmanach z ognia

zmienił się w jasność

spadły z niego nasiona jak chropowate szyszki

rozbłysła woda zieloną pianą

niebo

ziemia macica kosmiczna pełna jaskiń zakamarków

ludzie jak ptaki wykluwają się z jaj

pełzają po sobie podobnie do węży

 

mężczyzna wstaje

przechodzi przez wilgotne czarne wrota

dociera do Słońca

jak Prometeusz po ogień

rozsiane światło paruje

skrapla się na wężowych skórach

w jaskiniach mnożą się żaby

 

my już wyprostowani wędrujemy przez góry

nietoperze i świetliki znaczą naszą drogę

wrócimy

gdy Słońce zaśnie nad wypaloną w glinie pustynią

 

nie rozszczepiajcie uranu jak rozdwojonych włosów bo

spalicie moją matkę

 

w jakiej urnie spoczną jej prochy

kto rozsypie je po górach

 

kto wyszepcze nad nimi modlitwę

 

 

Mit poczęcia

 

objęta Twoim ramieniem myślę

 

Co by się stało gdybyś został we mnie na zawsze

 

 

Mit męski

 

Adam dostał nową grę

na ekranie cały kosmos

w instrukcji napisano

bez żadnych ograniczeń możesz przestawiać w dowolne miejsca

rodzaj ludzki

 

 

Mit opowieści

 

narodził się chyba ze strachu

 

(jak przetrwać w głuchym kosmosie

gdzie rojowisko zimnych planet

a bogowie więksi od wielorybów)

 

Stał się księgą w której spisano

jak trzymać matczyną pierś dziecko do chrztu

 

Często bezwiednie powtarzamy gesty i słowa sprzed wieków

 

Począł się z głodu wieczności

 

a my nadal umieramy

 

 

Jacek Gierasiński

 

Zacerowani

 

zakochani w alkoholu który

jak kobieta

ciągnie do łóżka lub

na podłogę i

namawia na sen

 

mali pastuszkowie

swoich myśli gąsek

co im uciekły

z życiowej zagrody

na zarzeczną stronę

 

zakochani w alkoholu

myją zęby

i paznokcie

penetrują

zakłamany świat

w kondomie

upychając go w butelkę

z próżna w próżno

pójdą rano wyprasowani

w pogniecioną rzeczywistość

 

 

Przypowieść o strachu na wróble

 

zapyziały bezdomny

w starej kapocie i

niemodnej czapie

stoi samotny w polu

bezradnie dostojny

i jak poeta

wsłuchuje się w wiatr

i jego ta ziemia

dookoła

 

jest królem państwa

jak sięgnąć okiem

drugie wydłubał mu

zdradziecki wróbel

osobisty rycerz

i nogę mu urwali

na dalszą drogę

na jednej nodze

stoi bezdomny ukrzyżowany

w krajobrazie

w koronie drzewa

rosną mu wojska

dojrzałe czereśnie

zawstydzone

 

i to już koniec

przypowieści

z szyby pociągu

w zapomnienie

w wagonach myśli

czas się kurczy

liść zamiata

polną ziemię

 

 

Wacek

 

wacek pracował

przy betoniarce

szyte miał mięśnie

na gladiatora

worki z cementem

podrzucał w górę

jak swoją kaśkę

trzydziestolatkę

 

bochenek chleba

jadł na śniadanie

czerstwo spoglądał

na innych spode łba

i bali się wszyscy

wacka

bo był kolegą

gierasińskiego jacka

 

 

.....

 

nie mamy między

sobą kontaktu

ja konta nie mam

ty taktu

 

 

Czteroletnia sierotka

 

nie odda bólu

w zaciśniętej dłoni

pluszowy miś

ostatnia ostoja

w oczach świat

dorosłych

jakby czas umierać

łzy w gardle

milczą aż do brzucha

 

mamo

oddaj mi wspomnienia

przyszyj misiowi

wydłubane oko

żeby nie zabłądził

w karuzeli jutra

 

 

Sylwester Gołąb

 

 

Skala porównawcza

 

pochodziłem z otwartych przestrzeni

z przeciągów

z wielebnych przesmyków

wstawałem wchodziłem w czarny lód w grób

we wszystko

od kuchenki przez zlew

po sterczące na oszronionych hałdach zmarznięte psy

wpatrujące się w nikłą sylwetkę wędkującego w wyrobisku

 

skala porównawcza jest po wielokroć banalna

zniszczona E.L. James

z dwoma kawowymi kółeczkami na okładce

och

niezliczone obszary czarnej materii

czterech nieboszczyków dwa silne tąpnięcia przeszkodziły

w podróży do Pataji

 

szara smuga szybu

szara smuga szybu

szara smuga szybu

 

 

Papież

 

kiedyś nie dostrzegałeś żadnej niestosowności

w noszeniu ubrań przypominających krojem

strój tyrolski

 

kiedyś chciałeś wyruszyć z Tonym

po piersi namiętnych Argentynek

 

to ty przecież miałeś strzelać do papieża

 

w naszej małej pięknej

miejscowości nie byłeś wyjątkiem

pomimo licznych kapliczek powołań

do stanu kapłańskiego bądź służby w MO

 

pomimo

szalejących Jawek sputników śledzących

starego Kuziaka pędzącego bimber

częstych procesji i błogosławień

młodych księży spacerujących

w rumieniących się zagajnikach

żujących źdźbła młodych traw

tak intensywnie że jodły uginały się pod ciężarem

apokryfów

a kamienie wychodziły z rzek na pełne słońce

wówczas

 

stare kobiety przyglądały się z uwagą z troskliwością

stawiającym pierwsze kroki ledwie wyrosłym nad krzew

młodym alchemikom

wywijającym się sugestiom picia słabszych alkoholi

grabiącym z pól sterty płatów

pulsującego firmamentu

spadającego strukturą maślanych strupów

 

pamiętam cię z niemieckiej awangardy

teraz między West End

a Heathrow

 

Heathrow a każdym innym miejscem

wozisz Angoli

by ostatecznie wrócić

do Sofii do jej śniadej cery

 

a papież żył osiemdziesiąt pięć lat

 

 

Depozyt

 

do domu do depozytu

starczy starcza krzywizno śródstopia

podmuch wykręcił duszka

na stronę drugą

 

używam słowa duszek

na ducha trzeba zasłużyć zapracować wysolić

dorosnąć swoje wychodzić wyjeździć

przeżyć urodziny u Moskita

 

zmartwychwstać pod těšínským divadlem

przyjść na świat przez cesarskie lub

zupełnie zwyczajnie

oswoić zwierzęta regulować lub niszczyć

koryta regularnych rzek

zapisać się do partii

poślubić korporację stać się najemnikiem

przynajmniej najemcą lub wynajmującym

małą norkę z rybką w dzielnicy mieszkań socjalnych

obalić monarchię czcić bożki proszki

 

poprosić piwo

jakie

wszystko jedno

wszystko jedno jest domeną zmarłych

w kolejce

 

później złuszczyć ciało doszczętnie

kości obrócić w popiół

popielatym świtem

jeszcze przed wojnami niebiańskich kosynierów

oddać je ziemi na wieczyste użytkowanie

 

 

Buena Vista Social Club

 

o przykre elementy wyobraźni

zacięcia

 

pies na trzech łapach tuli się do piwnicznego okienka

zrzut węgla jak zrzut bomby wodorowej ile energii

ale sześć ton trzeba zakwaterować w piwniczce

pełnej weków zabawek kociej pornografii

 

o przykre elementy naiwnej wyobraźni

pęknięcia lodu serca dłoni

krach zeszytu na krechę

moment zaskoczenia ostateczny nokaut

to nie jest barwne to jest barwiące

pulsujące światełko w gwiezdnym rozbiorze

woda nieprzyzwoicie mlaszcze

mówi jak żona

 

mówi jej poczucie estetyki wyrasta z habilitacji u mamy

z mądrości która każe jej domniemywać

że istnieje

że klasyfikuje ją w opozycji do tego całego chciejstwa

hultajstwa

więc się rozpędzi i się rozpędza

choć dostrzega światło szczęście

wakacje za miastem może nawet na wsi ale póki co jest

węgiel pies na trzech łapach skupiający cały smutek

mlaszczące obszary zielone

mlaszcząca żona jaskrawość

 

Buena Vista Social Club

nie jest

Ośrodkiem Pomocy Społecznej

 

 

Analiza

 

przechowuję

analizę rynku pracy bez pracy

bezdzietnie analizę zapaści demograficznej

Wysp Wielkanocnych mojej małej cichej Europy

 

analizę wiersza białego czarnego żółtego

który ze względu na poziom niknącej mgiełki

brak estetyki i piękna spotkał absolutny ostracyzm

zażenowanie napotkał kreskę marszczoną czoła

pod siwizną czupryny lub nawet głośny słowny

odruch bezwarunkowy a chuj idę myć samochód

ale mnie i tak

 

nie przekonuje analiza lotu i upadku

zagłady we wczesnym stadium rozwoju

przekonuje mnie

nora

kora

kokon

dziupla

konieczność powszechnej dostępności do

prochów i mięsa możliwość wypasu

bydła owiec gdzie popadnie

możliwość cichego odejścia

możliwość zakładania ogrodów

sadzenia zagajników

rąbania drewna na opał zimowy

 

 

Stanisław Grabowski

 

 

Protokół

 

Po śmierci poety siostry zakonne spaliły jego kufer,

W którym mieściły się jedwabne koszule,

Kościane guziki (pół tuzina), igły i nici,

Nadto surdut granatowy mocno podniszczony,

Kapelusz z oderwaną wstążką,

Chustka z monogramem M.K. (bardzo misternym),

Od laski srebrna rączka w kształcie feniksa,

Miniatura indiańskiego tipi, pusta butelka po winie,

Odrzucone podanie do zakonu, akwarela

Z podpisem „Wspomnienie z Amalfi”,

A przede wszystkim kilka ksiąg

(w tym arcydzieło Adama z jego dedykacją

i z dopisaną na marginesie uwagą

„jedyną figurą serio jest Żyd”),

Szkice precyzyjne i ciemne, zapiski,

Urwane myśli, strzępy zdań, półwiersze,

Bilety wizytowe, listy i liściki

Z odległym zapachem polskiej macierzanki*

(również od Jula i Fryderyka),

Których dawno nikt nie oglądał.

Spłonęły nieoczekiwanie szybko, prawie bez trzasku,

Podobnie jak kilka dagerotypów,

W tym sztych ukochanej Marii w długiej sukni,

Z odkrytymi ramionami.

Spopielił się też pospiesznie olejny portret

Małego chłopca o dużych czarnych oczach

Na drewnianym koniku-zabawce,

Zapatrzonego w malarza, a może szepczącego

„Patataj! Patataj! Pojedziemy w cudny kraj”.

I na tym można byłoby ten protokół zakończyć

Gdyby nie szloch jednej z zakonnic,

Obecnej przy paleniu rzeczy z kufra,

Młodziutkiej Beatrycze jeszcze w nowicjacie,

Daleko przed obłóczynami,

Przyciskającej piąstki do piegowatej twarzy,

Uporczywie rozmazującej nimi łzy.

Długo nie można było jej uspokoić.

To ona ostatnia zwilżyła wodą usta poecie

I na wieki zamknęła mu oczy,

A nachylając się słyszała jego płytki oddech

I szept: „Ojcze mój! Twa łódź wprost na mnie płynie…”,

A może to były inne słowa,

Nikt już tego dojść nie zdoła.

Merostwo Ivry-sur-Seine

nieczytelny podpis urzędnika,

maj, rok 1883.

 

*Słowo niewyraźnie zapisane.

 

 

O ks. Janie. Migawka

 

Śpieszmy się spisać,

To, co jeszcze nie zostało spisane

Z życia świętego Jana od Biedronki,

Który w sutannie połatanej

Przemknął właśnie na rowerze

Obok pomnika pana Bolesława,

Aż mistrz zasyczał,

Gdy mu na odcisk najechał,

Ale nie ze złej woli.

Ot, roztargniony, zaplątany

W liryki różaniec.

 

Skrzydła sutanny

Krakowskie mu ździebko przesłoniły,

A mówią zawistni,

Że uniósł się nad ziemię i do niebios frunął.

„Ależ to wisus – pan Prus westchnął –

Jakiż on przykład daje młodzieży,

Ponoć kazania im głosi,

Ale jakież to

Skoro więcej dorosłych go słucha”.

 

Pewnie chcą raz jeszcze pobrykać

Po ogrodzie dzieciństwa, ot koźlęta,

Młode pędy ogryzać

Z wiecznie zielonego drzewa wiary.

Nie odbierajmy im tego,

A wszystkim niechaj słoneczko dopieka

Przez rok cały.

 

Przejechał. Przefrunął.

Kałuża drży oszołomiona.

Milczy wróbel wzruszony.

Z kościoła Wizytek słychać dźwięki,

Nie uwierzycie,

To gra mały Frycek

Na Jego chwałę.

 

 

 

Królowa

 

Jeśli istnieje

Królestwo niebieskie

To moja mama

Siedzi blisko tronu Pana.

 

W nagrodę

Za pięć tysięcy razy

Do czysta, do połysku

Wyszorowaną podłogę.

 

Z wiadrem u boku,

Z burą szmatą przed sobą,

Z proszkiem żrącym ręce,

Na kolanach, na klęczkach.

 

Z drzazg powbijanych w dłonie

Mogłaby nosić koronę,

Ale o to nie dba. Ta królowa

Poprawia chustkę na głowie.

 

 

Godzina „W”

 

1 sierpnia 2014 roku. Godzina 15.50.

Ania szykuje się do godziny „W”.

Harcerski mundurek prasuje jej babcia,

Była łączniczka batalionu AK, pseudonim „Kosa”.

Nowe adidasy kupiła jej mama,

Kolporterka nielegalnej prasy

W stanie zwanym wojennym,

Wśród podziemnych drukarzy ksywa „Ostra”,

Obecnie rencistka.

Godzina 16.15.

Ania schodzi do podziemnej kolei na stacji Ursynów.

Godzina 16.37.

Ania wysiada na stacji Ratusz-Arsenał.

Obok Arsenału jest miejsce zbiórki jej drużyny.

Godzina 16.45.

Nie wiadomo dlaczego wsiada do tramwaju.

Godzina 17.00.

Mija przystanek na Moście Gdańskim.

W całym mieście zaczynają wyć syreny.

Zatrzymują się przechodnie i samochody,

Ania nie przyjmuje postawy zasadniczej.

Tramwaj jedzie w kierunku Żerania.

Dokąd udaje się szesnastoletnia uczennica

Gimnazjum im. Żołnierzy Polski Podziemnej,

Nazywana w klasie „Żyletą”?

Czy poznamy jej godzinę „W”?

 

Plac wolności

 

Dedykuję p. Ewie Jachimowskiej

 

Nie znam zupełnie tego miasta,

A kazali mi się stawić na Placu Wolności.

Było ich dwóch. Zawsze jest ich dwóch.

W długich czarnych płaszczach.

 

Przyszli o północy. Zdjęli czarne rękawiczki,

Rozwinęli biały rulon papieru.

Orzekli, że mam się podpisać wyraźnie

W miejscu oznaczonym ptaszkiem.

 

Podpisałem. A teraz szukam.

Wchodzę w ciemne ulice i zaułki.

Idę pod górę i schodzę w dół.

Mijam zburzone domy, leje po bombach.

 

Na ulicach nie widzę przechodniów,

Nie jeżdżą samochody ani tramwaje.

Nie wiem, kogo zapytać o drogę,

Czy jak długo będę szedł.

 

Mimo zmęczenia nie odpoczywam.

Wciąż idę. Błądzę i zawracam.

Bo przecież Plac Wolności był. Zaistniał.

 

Na papierze podsuniętym mi do podpisu.




Sylwia Gibaszek

Urodziła się 18 sierpnia 1977 r. w Warszawie. Wydała zbiory wierszy: Piruety na Piorunochronie (arkusz poetycki), Warszawa: Biblioteka Związków Literatów Polskich, 2000; Szklane Kantaty, Warszawa: Wydawnictwo Nowy Świat, 2004; Lady Solo, Warszawa: Nuit Magique, 2006; Meduza, Warszawa: Oficyna Wydawnicza Łośgraf, 2010; Ryba na łańcuchu, Oficyna Wydawnicza Łośgraf, 2013; Prolog do Sylwii, Rozpisani.pl - PWN, 2014.


Jacek Gierasiński

Urodzony 31 grudnia 1961 r. w Częstochowie. Laureat wielu nagród poetyckich w tym w konkursie im. H. Poświatowskiej oraz dwukrotnie o nagrodę CARA. Autor tomów Przypowieści stracha na wróble Na smyczy. Był członkiem prezydium literackiego „Scena Ludowa” w Krakowie. Ma za sobą wiele publikacji prasowych w pismach lokalnych, ale i w prestiżowych „Integracjach” czy „Okolicach”. Zamieszczał też wiersze w okolicznościowych almanachach. Gościnnie drukuje w częstochowskiej „Galerii” i uczestniczy w spotkaniach. W przygotowaniu ma trzeci tom wierszy.


Sylwester Gołąb

Urodzony w 1980 roku w Kamiennej Górze na Dolnym Śląsku. Współtwórca bloga literacko-artystycznego „Obszary przepisane”. Autor książek dla dzieci. Wiersze publikował w polskich czasopismach literackich i kulturalnych: „Czas Kultury”, „Cegła”, „Akant”, „Migotania”, „Kozirynek”, „Krytyka Literacka”, „LiteRacje”, „TygiEL”, „Nestor”, „Gazeta Kulturalna”, „Pegaz Lubuski”, na stronach internetowych czasopism: „Latarnia Morska”, „Odra”, „Helikopter OPT”, „PROwincja”, „Pisarze.pl”, na stronie internetowej „Fundacji na Rzecz Kultury i Edukacji im. Tymoteusza Karpowicza”, na portalu wydawnictwa „PoeciPolscy.pl”, w norweskich magazynach literackich „Forsvinningspunkt” oraz „Riss”.


Stanisław Grabowski

Urodzony 17 maja 1946 r. w Nowym Mieście Lubawskim. Mieszka w Warszawie. Absolwent 2-letniego podyplomowego Studium Dziennikarstwa i Edytorstwa UW (kierunek edytorski). Poeta, prozaik, scenarzysta, dramaturg, krytyk literacki, ponadto dziennikarz prasowy i telewizyjny, także m.in. prezes i redaktor naczelny Ludowej Spółdzielni Wydawniczej, twórca jedynego na świecie pisma „Poezja i Dziecko”. Obecnie prezes Fundacji Arkona im. Jarosława Zielińskiego, sekretarz Kapituły Nagrody Literackiej im. Jana Twardowskiego, redaktor naczelny kwartalnika „Las Kabacki”. Członek ZLP, ZAiKS. Debiut prasowy w „Tygodniku Morskim” w 1962 roku. Współpracownik prasy, w tym „Radaru”, „Współczesności”, „Nowych Książek”, „Poezji”, „Akantu”, „Gazety Kulturalnej”, „Poezji Dzisiaj”. Współpracuje z portalem Pisarze.pl. Debiut książkowy w 1980 r. tomem wierszy dla dzieci Mama tata brat i ja. Od tego czasu autor ok. 60 książek z różnych dziedzin. Ostatnio wydał dwie monografie: Poeta na UrsynowieŚwiat podparty gęsim piórem oraz tomy poezji: Jeszcze senMagister Sancho PansaŚniegPóźne popołudnieŁyżka.


Pin It