{jcomments on}

Wiersze Tygodnia - Tomasz Sobieraj

 

Bogumiła Wrocławska
Bogumiła Wrocławska


W ogrodzie

Zrywaliśmy śliwki w ogrodzie
Wspięci wysoko i nadzy
Pośród gałęzi starego drzewa
Świeciło słońce
Szumiały liście i owady
Opętane jak my
Ostatnimi dniami lata
Nasze palce spotykały się nieraz
Na małych planetach
Wtedy
Czyniliśmy porządek zielonego wszechświata
Z podwójną siłą
Owoce
Lepkie od soku
Wrzucaliśmy do wiadra
Niektóre zjadaliśmy od razu
Podając sobie do ust
Te najbardziej dojrzałe
Słodkie krople
Spływały nam po piersiach

Lecz gdy nasyceni i spokojni
W półśnie leżeliśmy na werandzie
Żaden głos nie dochodził spośród drzew
Nie było też widać ruchu liści




Wczesna jesień

Jesień tego roku
Przyszła wcześniej niż zwykle –
Gdzieś w połowie września

Zachodnie wiatry i obfite deszcze
Całymi dniami
Smagały ogród bezlitośnie
Siedziałem więc w domu
Czytałem Heaney'a
Słuchałem staccato rynien
Na zmianę z pieśniami Karłowicza

Ósmego dnia wyjrzało słońce
Dziwnie czerwone
Pewnie ze wstydu
Że dało się tak uwieść
Atlantyckim wiatrom
Znad Islandii

Pomimo starań upadłej gwiazdy
Powietrze tej jesieni było chłodne
Powoli jednak zaczynało nabrzmiewać
Zapachem zbutwiałych liści
I owoców
Leżących na trawie
Teraz ja dałem się uwieść
Niczym owad
Skuszony aromatem dojrzałych jabłek
Wyszedłem do ogrodu
Zjeść jedno
I zagrabić liście



Filip Wrocławski
Filip Wrocławski

Nad kałużą (...z Mickiewicza...)

Nad kałużą wielką i brudną
Stali nadęci gówniarze
A woda tonią smolistą
Odbiła ich gęby pryszczate

Nad kałużą wielką i brudną
Przebiegły ich myśli marne
A woda tonią smolistą
Odbiła słowa niezdarne

Nad kałużą wielką i brudną
Zabulgotało w ubogich czerepach
A woda tonią smolistą
Odpowiedziała, jak echo

Tak stoi kałuża brudna
Stoi wielka, nieprzejrzysta

Te kałuże widzę dokoła
I gęby pryszczate poetów
I czoła od myśli wolne
I równie marnych apologetów

Gówniarzom trzeba stać i pluć
Krytykom ten nektar spijać
Artystom przed siebie iść
Mnie płynąć, płynąć i płynąć –




Puste miasto

O piątej rano
Nowy Jork jest naprawdę pusty
Jak na zdjęciach Duane'a Michalsa
To najlepsza pora
By ogladać śpiącego molocha
Bezbronnego
Gdy nie czuwa gwardia
Milionów ruchliwych ciał
O piątej rano
Nowy Jork jest naprawdę szary
Jak na zdjęciach Duane'a Michalsa
Wtedy nawet
Można polubić to miasto
Obejrzeć przez szyby wystaw
Wymarłe wnętrza
Rozgarnąć butami śnieg
Marcowego poranka
Pójść 42 ulicą
Na Grand Central
Popatrzeć na smutne pociągi
Do których jeszcze
Nikt nie wsiada
O piątej rano
Śpi nawet Midtown
I milczą dzwony u Świętego Patryka

Dziwny ten marzec
Znowu zaczyna prószyć śnieg
Idę
Szuram butami
Łykam iskrzące płatki
Wracam do domu nad rzeką
Napić się kawy

Już wiem...




Katedra

Nie miałem na bilet
Do świątyni
Więc usiadłem u stóp
Kamiennego Jezusa
Wyjąłem nóż i chleb

Patrzyliśmy
Na radosny korowód
Wychodzący z katedry

A ona spała
Pod strażą strzelistej wieży
Wyniosła i silna
Pusta
Piękna forma
Bez Boga
I wiernych

Finał
Teatru
Krzyża
Dokonany





Pin It