Jaccottet Philippe - wiersze w tłumaczeniu Krystyny Rodowskiej

philippe jaccottet

Z Wikimedia: Philippe_Jaccottet_(1991)_by_Erling_Mandelmann


PHILIPPE JACCOTTET

 

                       

[ Słomka bardzo wysoko]

 

 

Słomka bardzo wysoko o świcie,

ten lekki oddech tuż przy ziemi

Cóż tak wędruje od ciała do ciała?

Źródełko co wymknęło się trzodzie pagórków,

                                               głownia?

                                              

Nie słychać ptaków wśród kamieni,

tylko bardzo daleko – młoty

 

 

[ Idę]

                                                                         

                                                                                

Idę

przez ogród świeżo rozżarzony

 pod osłoną liści

 

z węgielkiem płonącym na wardze

                                               

 

 

 [ Różowa czapla]

 

 

Różowa czapla na horyzoncie

przelot ognia

 

                                                 

 Wśród zgromadzonych dębów

 prawie nie słychać dudka

 

 Zachłanne płomienie, przytłumione głosy,

 tupoty i westchnienia

 

        

[ Oko]

 

 

Oko:

źródło niewyczerpane

 

Ale skąd się wzięło?

 

Z  tak daleka że dalej niż najdalsza dal

Z głębi głębszych niż tam gdzie najgłębiej

 

Zdaje mi się że wypiłem zaświaty

 

 

 

[ Wszelki kwiat należy]

 

 

Wszelki kwiat należy do nocy

udającej że  już nadchodzi

 

Ale tam skąd zapach wypływa

nie mam nadziei dotrzeć

i dlatego ta woń mnie przeszywa

i sprawia że czuwam tak długo

u drzwi wciąż zamkniętych

 

Wszelki kolor, życie

 rodzi się tam, gdzie wzrok zbyt ubogi

 

Ten świat, to zaledwie wierzchołek

niewidzialnej pożogi

 

 

 

[ Mało obchodzi mnie]

 

                                                                            

Mało obchodzi mnie początek świata

 

Teraz poruszają się liście

teraz widzę to drzewo ogromne

którego kory zranionej dotykam

 

I światło  w gałęziach

błyszczy od łez

 

 

[ Nie chcę więcej] 

 

                                                                             

Nie chcę więcej przystawać

latać z szybkością czasu

 

myśleć bodaj przez chwilę

 że czekam nieruchomo

 

 

                                                                                    

 [ Owoce coraz bardziej niebieskie]

 

 

Owoce  coraz bardziej niebieskie

 jakby uśpione pod maskami snu

w podpalonej słomie

w kurzu z głębi lata

 

Noc roziskrzona

 

Chwila kiedy można powiedzieć

ze nawet źródło staje w ogniu

 

 

                                                    

[ Ziemia całkiem widzialna]

 

 

Ziemia całkiem widzialna

sprawdzalna

pełna czasu

 

zawieszona na piórku lecącym

coraz bardziej świetlistym

                                                         

 

 

[ Czym jest spojrzenie]

                                                           

 

Czym jest spojrzenie?

 

Żądłem ostrzejszym niż język

biegiem od nadmiaru do nadmiaru

od głębi do oddali

od największej ciemności po najczystszą jasność

 

to ptak drapieżny

 

 

 

[ Już przestał oddychać]

 

 

Już przestał oddychać.

 

Jakby wiatr poranny

zawłaszczył

ostatnią świecę.

 

I stała się w nas tak głęboka cisza

ze da się usłyszeć

kometę

w drodze do nocy córek naszych córek

 

 

 

  Świt

 

 

można by rzec że bóg się budzi

patrzy na wzgórza i na źródła

 

rosa jego na skargi

na poty nasze

 

                                                             

 

[ Trudno mi wyrzec się]

 

 

Trudno mi wyrzec się obrazów

 

Musi wejść we mnie lemiesz pługa

lustro zimy        wieku

 

Musi rzucić we mnie ziarno

czas

                                                            

 

 

[ Dawniej]

 

 

 Dawniej,      

 nieświadomy, strachliwy, nie wiedząc, że żyję,

 zasłaniając wciąż sobie obrazami oczy,

 chciałem być przewodnikiem zmarłych i konających

 

  Ja, poeta, oszczędzany przez życie,

  ledwie draśnięty przez cierpienie,

  miałem czelność wytyczać drogi wśród przepaści

 

 A teraz, przy zdmuchniętym świetle,

  dłonią już drżącą i bardzo niepewną

 znowu próbuję swoich sił w powietrzu.

 

 

[ Chciałbym już tylko]

 

 

Chciałbym już tylko  oddalić

to, co nie daje jasności

zwyczajnie, zrobić miejsce

dla pogardzanej dobroci.

 

Słucham wciąż starych ludzi,

sprzymierzonych ze światłem dnia,

u  ich stóp uczę się cierpliwości:

 

trudno o gorszego ucznia.

 

 

 

 

                                                         Po stopniach, coraz wyżej

 

 

      Śpiew skowronków, na szczycie Lance, u schyłku nocy wiosennego przesilenia: uniesienie, kipiące w lodowatym chłodzie, seria rakiet jakby przywołujących dzień, którego bladawe refleksy – bo tylko tyle  jest mi dane dostrzec – z wolna i nieznacznie zabarwiają skały.

 

 

      Prawie ich nie widziałem, chociaż musiały się poderwać z kępy pobliskich traw, słyszałem tylko jak wzlatywały coraz wyżej i wyżej, grawerując swym lotem czarne sklepienie nocy. Magnificat anima mea...

 

 

      Całkowicie niewidzialne, wzbiły się  niemal wszystkie razem z wysokich traw skołtunionych wichrem, szybując coraz wyżej pod jego lodowatym biczem jak donośne rakiety. A może wydawało mi się, kiedy tak nasłuchiwałem, ledwie trzymając się na nogach pod naporem wiatru, że zdobywały się na wysiłek podnoszenia coraz wyżej i wyżej, wśród okrzyków radości ( czy też gniewu?) czegoś w rodzaju kapitelu, sklepienia równie niewidzialnego jak one same, albowiem noc panowała wciąż nieprzenikniona; wydawało mi się także, że tym swoim lotem wznosiły wielki puchar wrzącego napoju, w ofierze czarnemu niebu ( zdarza się niekiedy, że zbłąkany wędrowiec natrafia na odbywającą się właśnie, niezrozumiałą dlań barbarzyńską ceremonię).

     Ale tam nie było ani sklepienia, ani pucharu, ani kantyczek.

 

 

     O skowronku napisał  Buffon: „ Należy do tych nielicznych ptaków, które śpiewają w locie; im wyżej szybuje, tym bardziej donośnie brzmi jego głos”.

     A także : „ Podobno ptaki te powodują się antypatią do pewnych gwiazdozbiorów , jak na przykład do Arcturusa i  że milkną , gdy gwiazda ta zaczyna wschodzić w tym samym czasie co słońce; podobno właśnie wtedy zmieniają upierzenie, i niewątpliwie zrobiłyby to, gdyby  Arcturus nie wzeszedł na firmamencie”.

 

 

     Był to śpiew frenetyczny , przywołujący jakby z całych sił nadejście poranka, który ociągał się z naniesieniem kolorów na bezkrwiste skały.

     Można było  wyobrazić sobie zastęp aniołów, trudzących się nad uniesieniem ogromnego wieka nocy, ponad tym biczowaniem strzelistych traw opętanych wiatrem.

 

 

     Czy brama rozchyli się kiedykolwiek ? Wołanie o światło nie ustępuje, ani na chwilę.

 

 

      We wznoszeniu się i śpiewie tych drobnych stworzeń było jakieś dzikie zapamiętanie, które jeszcze teraz wprawia mnie w osłupienie. Nie były to z pewnością arietki, które mogłyby czarować salony, ani elegie! Ten dźwięk świdrował uszy i niebo, w ciemności prawie totalnej, wśród trzaskającego mrozu.  Można by przysiąc, jakkolwiek to zabrzmi absurdalnie, że istniał jakiś związek między tym stopniowaniem krzyku a gwiazdami na niebie, które długo jeszcze nie miały zgasnąć.

 

 

       Łazarz, jeszcze ukryty w swej kamiennej grocie.

       I one: niewidzialne nad bladawymi skałami, niezmordowanie, szaleńczo zaciekłe.

 

 

       Czy kto kiedykolwiek tak krzyczał, by wymusić nadejście dnia?

 

 

        Przenikliwiej niż gwiazdy, pośród których jakby się chciały zatracić.

 

 

        Najbardziej uderzające w tym wszystkim: widmowe skały, chłosta lodowatego powietrza, i to jakieś straceńcze wyzwanie, rzucone niebu, jakby chodziło o to, żeby nareszcie się rozjaśniło, jakby chciały wymusić zmartwychwstanie Łazarza z kamiennego grobu, dźwignąć  ogromny ciężar nocnej płyty.

 

 

       A struny tak napięte, że za chwilę pękną.

 

 

       Jak owa góra, zanurzona w ciemności i dotkliwym chłodzie, czekałem na chwilę iluminacji, na wydostanie się, niczym Łazarz, z sarkofagu słów, podczas gdy wiatr wokół bronował trawy.

      Byłem martwy jak on, i nie działo się tutaj nic prócz zacinania wiatru, prócz siekącej szpicruty mrozu, ale oto nagle, pod postacią  dźwiękowych rakiet,  przeszywających uparcie powietrze, wdarło się stado ptaków całkowicie niewidzialnych,

 a ponieważ wznosiły się coraz wyżej po stopniach ciemności, można by powiedzieć, że uwijają się tak po to, aby dźwignąć czarną płytę grobu,

 albo  stukają do drzwi, wszystkie razem,

 jak gromada oszalałych aniołków, drobnych stworzeń robotnych,

  których jedynym narzędziem są ich rozdzierające głosy ( pełne uciechy

 czy desperacji, trudno powiedzieć),

 unosząc tę czarną płytę,

 dobijając się pospołu do tych drzwi, które jakby nigdy nie miały ustąpić z  kamiennych zawiasów.

 

 

     Czy ten, kto  tak namiętnie i z taką determinacją szturmuje sklepienia gór, nie potrafi sprawić, aby wzeszło światło ?

 

 

 

    Góry pod światło letniego poranka: to przecież czysta woda.

 

 

     Poezja potrafi rozżarzyć i zgiąć chwilę, to żelazo losu. Resztę zostawmy gadułom

 

 

    Szerszenie i ogień. Napisać „ szerszenie ognia” byłoby poetycką łatwizną. Niewątpliwie jednak istnieje więź między jednym a drugim, jak wtedy, gdy rozpalone węgle skaczą nam do oczu.

 

 

   Przez całą noc i po całym okręgu horyzontu – rzecz bardzo rzadka! – przetaczały się pioruny; przeciągła, uparta perkusja w orkiestrze Dalekiego Wschodu.

   Albo jak chrobot poruszonych kości.

 

 

 

 

 

                                                       Czereśnia

 

 

    Przychodzi mi czasem na myśl, że jeżeli wciąż jeszcze piszę, to chyba przede wszystkim dlatego, aby pozbierać  mniej lub bardziej rozświetlone i przekonywujące cząstki tej radości, która – chciałoby się w to wierzyć – wybuchła w nas kiedyś, dawno temu, niczym gwiazda wewnętrzna i rozproszyła się w nas, jak pył. Kiedy odrobina tego pyłu zajaśnieje w czyimś spojrzeniu, czujemy się co najwyżej zmieszani,

oczarowani, lub tylko zdezorientowani. Jest to jednak – kiedy się dobrze zastanowić -

zjawisko o wiele mniej dziwne, niż fakt uchwycenia takiego blasku czy tez częściowego odblasku w naturze. Przynajmniej dla mnie, ten rodzaj poświaty bywał źródłem wielu rozmarzeń, nie zawsze jałowych.

 

 

   Tym razem chodzi o czereśnię. Nie o czereśnię w kwiatach, która przemawia do nas w swym przeźroczystym języku, lecz o czereśnię, uginającą się pod ciężarem owoców, dostrzeżoną któregoś czerwcowego wieczoru po drugiej stronie ogromnego pola z rosnącym zbożem. Któryś już raz z rzędu miałem wrażenie, że ktoś mi się tam ukazuje i mówi coś do mnie bez słów, nie dając mi żadnego znaku; ktoś, albo raczej coś, coś pięknego, na pewno. Gdyby miała to być jednak  postać ludzka, dajmy na to, przechadzającej się tam kobiety, moja radość zabarwiłaby się zamętem uczuć i nieodpartą potrzebą, aby natychmiast pobiec za nią, dogonić ją, choć nie byłbym w stanie wykrztusić potem słowa, i to nie tylko z powodu zadyszania – a potem słuchać jej, odpowiadać, złowić ją w siatkę moich słów, lub samemu dać się schwytać w jej sieci; tak rozpoczęłaby się, przy odrobinie szczęścia, całkiem inna historia , w przemieszaniu , mniej lub bardziej stałym , światła i cienia. Ale tutaj zaczynała się jakaś inna historia miłosna, jak nowy strumień, wypływający z nowego źródła. Na widok owej czereśni, nie czułem w sobie żadnego pragnienia, aby ją dogonić, zdobyć, posiąść; to raczej ja byłem doścignięty, zawłaszczony, i nie mogłem oczekiwać niczego więcej, o nic więcej prosić. To całkiem inna historia, spotkanie, inna mowa. O ileż trudniejsza do uchwycenia ( ...)

 

 

      Próbuję sobie przypomnieć ten obraz, najdokładniej jak tylko potrafię. Po pierwsze, był to wieczór, nawet dość późny, w jakiś czas po zachodzie słońca, o godzinie, kiedy światło utrzymuje się jeszcze w powietrzu nadspodziewanie długo, zanim mrok ostatecznie go nie wchłonie i samo to jest już łaską; wyrok został odroczony, rozłąka opóźniona, jątrzące rozdarcie złagodzone, przypomina się ktoś, kto dawno już temu zjawiał się z lampą u twego wezgłowia, aby przegnać nocne koszmary. To była  pora dnia, kiedy światło, mimo iż źródło jego stało się niewidzialne, wciąż jeszcze żyje, zdając się emanować z wnętrza rzeczy i wydobywać z ziemi; tego wieczoru ową ziemią była polna dróżka, którą szliśmy, wśród pól porośniętych zbożem, już wysokim, lecz jeszcze zielonym, o barwie prawie metalicznej, tak, że na mgnienie oka  ujrzałem ostrze jakby kosy, co  wkrótce miała je ściąć.

      Dokonywał się tutaj jakiś rodzaj metamorfozy: ziemia stawała się światłem, a zboże przebłyskiwało stalą. Równocześnie, krańcowości jakby się do siebie przybliżały, stapiały się ze sobą w owej chwili, tej właśnie, kiedy to dzień przechodzi w noc, w której luna nadchodzi jak westalka, by zluzować atletyczne słońce. Toteż czuliśmy się prowadzeni, bynajmniej nie pod presją czyjejś władczej miny czy smagnięcia pioruna, lecz pod naciskiem prawie niezauważalnym i czułym jak pieszczota wciągnięci bardzo głęboko w studnię czasu i nas samych, zwróceni ku epokom, żyjącym w wyobraźni, w których, to co najbliższe i to, co najdalsze, było jeszcze ze sobą powiązane, tak że cały świat ukazywał się pod krzepiącą postacią domu, niekiedy nawet świątyni, życie zaś rozbrzmiewało w nim jak muzyka. Myślę, że to doznanie było bardzo słabym odblaskiem tego, co jeszcze czasem do mnie dociera, tak jak dociera do nas z przestrzeni to prastare światło, które astronomowie nazywają światłem czarnej dziury. Przemieszczaliśmy się po wielkim domu z otwartymi drzwiami, oświetlonymi skąpo niewidzialną lampą; niebo było jak szklana ściana, wibrująca leciutko pod muśnięciem rześkiego powiewu. Polne dróżki tworzyły dom, trawa i kosa stapiały się w jedno, nawet szczekanie psa i ostatnie, cichnące świergoty ptaków nie tyle  mąciły  ciszę, co czyniły ją jeszcze głębszą. Skrzydło jakiegoś ptaka, powleczone warstewką srebra, skierowało ku nam swe migotanie. I wtedy właśnie, pośród innych drzew, ciemniejących z minuty na minutę, które za chwilę miały stać się czarniejsze niż sama noc, czuwająca nad uśpieniem ptaków i liści, ukazała się  ,w dość sporej odległości od nas , rosnąca na skraju pola dorodna czereśnia, objuczona owocami. Jej owoce tworzyły nieprzerwane grono czerwieni, strugę czerwieni, zanurzoną w ciemnej zieloności; owoce w kołysce czy w koszyku liści, czerwień w zieleni. O tej godzinie , o godzinie, w której bardzo powoli i w zupełnej ciszy dokonywała się na naszych oczach metamorfoza, o godzinie zjawienia się w jakiejś mierze całkiem innego świata,  następowało wślizgiwanie się jednych rzeczy w drugie Była to jedna z tych chwil, kiedy coś się nagle obraca, niczym drzwi na zawiasach.

      Co było w tej czerwieni, żeby  aż  tak  mogło mnie zadziwić, do tego stopnia przepełnić radością? W każdym razie ten kolor nie miał nic wspólnego z krwią. Gdyby drzewo po tamtej stronie pola było zranione, gdyby jego ciało broczyło krwią, odczułbym na ten widok tylko przerażenie. Ale nie jestem z tych, którzy myślą, że drzewa krwawią, i rozczulają się, patrząc na uciętą gałąź, tak , jakby to był uśmiercony człowiek. Widok kojarzył mi się raczej z ogniem . A przecież nic nie płonęło.   (Zawsze lubiłem patrzeć na ogień rozpalany na polach i w ogrodach, na  światło i ciepło sycące się sobą , lubiłem ogień także dlatego, że jest czymś,  co skacze, uwija się i gryzie, ma naturę jakby dzikiego zwierzęcia; obcowanie z ogniem sięgało jeszcze głębiej, miało w sobie coś niewyjaśnionego, coś z otwarcia  ziemi,  z wyłomu w barierach przestrzeni, coś, za czym trudno nadążyć i dotrzeć tam, dokąd to zjawisko chciałoby nas przywieść, jakby płomień , pierzchliwy, narowisty, i właśnie dlatego budzący w nas radość., był nie całkiem z tego świata. Te ognie wciąż płoną w mojej pamięci i nawet w tej chwili zdaje mi się, że przechodzę tuż obok nich, zupełnie jakby ktoś je posiał przypadkiem na polu, i teraz wszystkie, z nadejściem zimy, będą kwitły równocześnie. Nie mogę od nich oderwać oczu. Czyżbym wiedział, bezwiednie, że one się żywią , skwiercząc, martwymi liśćmi?  Krępe drzewka, targane wiatrem. Albo lisy, dzicy kompani. )

      Tyle, że tamta czerwień nie płonęła wśród trzasków. To nawet nie były rozżarzone głownie, z których zostaje często pod koniec dnia , gdzieś w oddali, kopczyk żaru.. Zamiast wspinać się jak płomienie, to coś płynęło, zwieszało się – ogromna kiść, wisiory czerwieni czy purpury, pod osłoną bardzo ciemnych zieleni. A może jednak trzeba by powiedzieć – bo to przecież świeciło, ogrzewało i przychodziło z daleka – że było w tym zjawisku coś z ognia, zawieszonego w powietrzu, ognia, który niczego nie rozdziera ani nie gryzie,  zmieszanego z wodą, zawartego we wnętrzu wilgotnych kulek, ognia w wydaniu łagodnym, oswojonym? Płomień w nocnej lampce? Grona ognia, ożenionego z wilgocią wieczoru, z przyborem nocy, która jest w środku, chociaż jeszcze nie przyszła?

 

 

     Drżenie bezgranicznej słodyczy przebiegało to wszystko, niczym podmuch, coraz chłodniejszy z nadejściem nocy. Myślę, że nasza kora, z roku na rok coraz bardziej szorstka, potrafi wygładzić się w ciągu  chwili, jak roztajała ziemia, z której wnętrza tryskają na powierzchnię nowe wody.

 

 

     Wyczuwało się jakąś niezrozumiałą więź liści z nocą i dość odległą rzeką, tak jak z kolei więź owoców z ogniem i ze światłem. To, co sprawiło, że się zatrzymaliśmy, to, co zdawało się przekazywać nam coś z tamtej strony pola zjeżonego wiatrem jak pobladła rzeka, przypominało trochę – nie przestając ani na chwilę być czereśniowym drzewem, uginającym się pod ciężarem owoców, których rozmaitość zaczynałem dostrzegać w miarę, jak podchodziliśmy doń coraz bliżej, podobnie jak wszystko wokół nas nie przestawało być drogą, polem i niebem – niewielki pomnik natury, rozświetlony nagle od środka światłem oliwy ofiarnej, coś w rodzaju kolumny, ale takiej, która potrafi zadrżeć, nawet jeśli teraz wydawała się absolutnie nieruchoma, ozdobiona, dla wrażenia się w pamięć patrzących, gronami owoców z oswojonego ognia. Na ten widok , choć wydawałoby się, że wydeptujemy tylko nazbyt znane sobie ścieżki, wszystko się odmieniło, wszystko nabrało innego sensu,, albo po prostu – sensu; to tak, jak wtedy, gdy na sali rozlegnie się nagle czyjś śpiew, ktoś wymówi zwyczajne słowo, zarazem jednak nie byle jakie, i to jest wciąż to samo pomieszczenie, ten sam pokój, nie wyszliśmy stąd ani na chwilę, tak jak nie przestaliśmy ani na chwilę być żerem dla drobiazgowej roboty czasu-niszczyciela, a jednak wydawało się, że zaszła istotna zmiana. Tego wieczoru, być może nieświadomie, odczułem, że czas, te wszystkie godziny, które w sumie przeżyłem,  zarówno w dzień jak i w nocy, wniknęły zwolna w te owoce, nadając im krągłość i barwę purpury, poczułem, że właśnie w ich wnętrzu wszystko to trwało w zawieszeniu, w nich , zawieszonych pod osłoną liści, jakby wysiadywanych przez te zielone skrzydła, co  za chwilę poczernieją  i staną się  czarniejsze niż niebo, na skraju którego drżały  leciutko,.w uśpieniu...

 

 

      Lepiej bym zrobił – pomyślicie – zrywając  owoce, bez tylu ceregieli. Ależ ja je potrafię zrywać, kocham ich blask w pełni południa, tę ich pyzatość zdrowych policzków, ich niekiedy cierpkawy, innym razem wodnisty smak, ich szkarłatną barwę. Ale to jest, zwyczajnie,  całkiem inna historia: w upalny dzień, w pełnym słońcu,  łapczywe pragnienie wgryzania się w miąższ owoców, drabiny, po których bynajmniej nie aniołowie wspinają się ku olśniewającemu niebu początków lata...

      Jedna barwa przechodzi w drugą, w godzinie przejścia, w której dokonuje się zmiana warty; słoneczny atleta ustępuje miejsca westalce, jakby bardziej od niego powolnej – jak serce, Najświętsze Serce Chrystusa na świętych  obrazach?

 

 

      Płonący krzew.

 

 

      Płomień pod opieką liści,  liści w kolorze snu. Spokojnych, darzących spokojem. Upierzenia macierzyńskiego ptaka.

      Purpurowe jajeczka wysiadywane pod osłoną tych cienistych piór.

 

 

      Świętowanie odległe, pod sklepieniem liści. Z daleka, coraz bardziej z daleka.. Pelikan? Tak, gdyby te owoce miały w sobie coś z karmiących piersi. Ale one w niczym z tym obrazem się nie kojarzą.

     Rady, które przychodzą z zewnątrz: pewne miejsca, pewne chwile „ nakłaniają nas”, jakby pod naciskiem niewidzialnej dłoni, która podaje nam sugestię zmiany kierunku (kroków, spojrzenia, myśli); ta dłoń to może być podmuch, co nachyla liście w tę, a nie inną stronę, nadaje kierunek obłokom, żaglowcom. Zaledwie napomknięcie, cichuteńkie, niczym szept; spójrz, posłuchaj, albo zwyczajnie – poczekaj. Czy mamy jeszcze czas i cierpliwość czekać? I wreszcie – czy o to chodzi, żeby czekać?

    Czy coś się naprawdę wydarzyło ?

 

 

       Płomyk w stulonych dłoniach oświetla, ociepla. Dyskretna latarenka.  Czy może być szyld piękniejszy, czy trafi się lepsza gospoda? Taka, do której nie trzeba nawet wchodzić, żeby od razu poczuć się bezpiecznie, w której nie trzeba pić, żeby zaspokoić pragnienie.

 

     „ Pod owocującą czereśnią”. Piękny szyld, chociaż dość dziwaczny. Lecz cóż to za śmieszny  wędrowiec, który daje się prowadzić i karmić mirażom! Czy nie wygląda trochę nieprzytomnie, czy nie wydaje ci się, że zmizerniał? Niech no tylko wiatr, ten sam wiatr, co u progu letniej nocy przypomina mu dawne pieszczoty, nasili się teraz i rozpęta, a obawiam się, że  już długo nie potrafi mu się opierać. Ani wspomnienia, ani marzenia, nie uchronią nas przed starością. Nie pomogą nawet modlitwy. Lecz czy ktoś nam cokolwiek obiecywał? Coś więcej, niż te  ułudy, tak piękne, że nas wyrywają z uśpienia? Zbyt piękne – jak maniak czepiam się tej myśli – by mogły być tylko ułudą


                                                


                 NOTA

 

PHILIPPE JACCOTTET (rocznik 1925) – poeta, eseista, tłumacz. Z pochodzenia jest francuskojęzycznym Szwajcarem, zakorzenionym od wielu lat we Francji i w literaturze francuskiej. Po okresie aktyw­ności literackiej w Lozannie ilatach spędzonych w Paryżu, w roku 1953, w wieku 28 lat, wycofał się z życia w stolicy i z nieodłącznych od niej „targowisk prożności”, aby osiąść na stałe wraz z żoną malarką w malowniczym i spokojnym miasteczku prowansalskim Grignan. Mimo życia w odosobnieniu i znanej dziennikarzom niechęci do udzielania wywiadów, Jaccottet jest uważany przez krytyków, takich jak Jean-Pierre Richard, Jean Starobinskiczy Jean-Michel Maulpoix, za jednego z najwybitniejszych poetów francuskich, a zainteresowanie jego dziełem nie słabnie we Francjiipoza jej granicami.

Dorobek poetycki Jaccotteta obejmuje wiele tomów wierszy i pro­zy poetyckiej, których wydawcą jest Gallimard. Najbardziej znane i znaczące z nich to: L’effraie et autres poésies (1953), La promenade sous les arbres (1957), L’ignorant (1958), Elements d’un songe (1961), La Semaison (1963), Airs (1961–1964) (1967), Leçons (1969), Paysages avec figures absentes (1976), Poésie (1946–1967) (1971), Chants d’en bas (1974), A travers un verge (1975), Pensées sous les nuages (1983), Le Cerisier (1986), Autres journées (1987), Cahier de verdure (1990). Niektóre z tych książek ukazywały się we wznowieniach, w połączeniu z innymi.

Niezwykłość osobowości Jaccotteta polega na skromności, z jaką traktuje własną osobę i pracę, na jego stosunku do literatury, z której nigdy nie czynił wartości absolutnej, stawiając ponad nią żywe piękno i niewyrażalne bogactwo życia. Pytany, w trakcie jednego z wywia­dów, o „wizję świata”, poeta woli mówić o „zaledwie prześwitywaniu”, o zawsze cząstkowym, niepewnym, drążącym po omacku wysiłku poznawczym kogoś, kto niczego nie wie na pewno, kto stawia jedynie pytania i oczekuje, być może daremnie, jakiejś odpowiedzi. Przed­miotem kontemplacji autora jest przede wszystkim tajemnicze piękno natury, przed którym staje z całym bagażem odziedziczonej kultury i tradycji śródziemnomorskiej. Przeżycie estetyczne u Jaccotteta okazuje się zawsze czymś więcej, docierając do progu metafizycznej poświaty zjawisk naturalnych. Jego „przechadzki” po okolicach Grignan nabie­rają wymiaru wtajemniczenia w niedostępne racjonalnemu poznaniu

sensy widzialnego, a ich literacki zapis staje się werbalizacją ulotnej epifanii. Najlepiej to widać nie tyle w wierszach, co w dłuższych pro­zach narracyjnych, takich jak „Na mgnienie sadu”, „Czereśnia” czy „Po stopniach coraz wyżej”, w których zatrzymane obrazy kwitnącego migdałowca, owocującej czereśni i szturmowania przez niewidzialne ptaki nieba o świcie w górach zmierzają w stronę odczytywania znaków „prześwitującej” przez nie innej rzeczywistości. Zarówno w krótkich, świetlistych wierszach z tomu Airs, utrzymanych w bliskiej ich auto­rowi poetyce haiku, jak i we wspomnianej poezjo-prozie, ani razu nie pada słowo Bóg; poecie zdaje się wystarczać wyczulenie na oddech tajemnicy czy tajemnic.

Imponującemu dorobkowi poetyckiemu towarzyszy wielkie i ważne dzieło przekładowe, bowiem Jaccottet obie te dziedziny twórczościod początku traktował równorzędnie, uprawiając je równocześnie lub naprzemiennie. Przetłumaczył, m.in. Odyseję Homera, poezję Hölderlina, Ungarettiego. To jemu literatura francuska zawdzięcza niezwykle wysoko oceniony przekład Człowieka bez właściwości Mu­sila i hermetycznej poezji Gongory. Przez całe życie – jak sam twier­dzi– tłumaczy i doskonali swoje przekłady Rilkego. Jako czytelnik i krytyk, wielbi twórczość Dostojewskiego, ceni Osipa Mandelsztama i Zbigniewa Herberta, o którego miejsce pośród zapoznanych przez Francuzów najwybitniejszych poetów XX wieku nie jeden raz pub­licznie się upominał.

Jaccottet nie czuje inigdy nie czuł awangardowej potrzeby burzenia, prowokac inowości, wprost przeciwnie, aspiruje do stworzenia czegoś, co byłoby „możliwie najbardziej starodawne i odwieczne”. Odżegnując się od poszukiwań formalnych i językowych („zostawiam je innym”), zmierza ku maksymalnemu oczyszczeniu tekstu z metafor, porównań i innych figur stylistycznych na rzecz jego „istotności”.

Jaccottet był kilkakrotnie prezentowany w Polsce na łamach pism literackich przez Aleksandrę Olędzką-Frybesową, Agatę Kozak  i Kry­stynę Rodowską. W 2005 roku nakładem wydawnictwa Świat Literackiukazał się wybór wierszy poety w przekładzie Aleksandry Olędzkiej-Frybesowej: Ten, który nie wie.

 

Z autorskiej antologii Krystyny Rodowskiej ( wybór, przekłady i opracowanie krytyczne) Na szali znaków – Czternastu poetów francuskich, 2007, Biuro Literackie


Pin It