Claude Roy - wiersze w przekładzie Krystyny Rodowskiej

    

 Beztroskie czasy

 

 Tamtego roku     

 niebo się niebieściło całkiem bez powodu

 Słońce nigdy nie pytało o godzinę

 Ale codziennie o czwartej nad ranem

 wyznaczała nam spotkanie

 czarna sikorka niesłychanie zwinna

     

 Wdzięczność za dar uśmiechu była czymś zwyczajnym

 i wiatr nazywał powój po imieniu.

 Nikomu się nie śpieszyło. Nawet strumień

 w swoim biegu nie był szybszy niż ważka

 

 Tamtego roku

 doprawdy ziemia życzyła ci dobrze

 

 ale to już stara historia

                                    1O maja 1983.

 

 

 

 

  Przyjaciel

               dla Simona Leysa

 

 

Jest prawie w moim wieku  Razem pracujemy

Często się spotykamy  Cóż ja o nim wiem

 Mówią że jest ambitny  Że trzeba na niego uważać

Że nie zawahałby się przejść po twoim trupie

by wspiąć się szczebel wyżej po drabinie władzy

władzy zresztą ( jak myślę) niezbyt pociągającej

W każdym razie zamknięty jest na cztery spusty

Jest moim sąsiadem  Cóż ja o nim wiem

 

 Su Dongpo żył w XI wieku w czasach dynastii Song

 Nigdy go nie widziałem  Nie znam jego mowy

I biedzę się wraz z moim przyjacielem sinologiem

nad przekładami jego wierszy czasem bardzo trudnych

Ale wiem co czuł gdy w śnieżną pogodę

jechał konno  przez las a gałęzie mu strząsały

                    płatki na szyję

 

Wiem o czym rozmyślał

 przepływając jesienią wody zbiegu rzek

 Jing  i Jang-cy     

i razem z nim widzę

 tamte kolory wpół-dojrzałych zbóż

 Owego dnia padał deszcz  Był rok 1O7

 Słyszę głos jego żony:

 „ Jesteś jeszcze bardziej niemądry niż twoje dzieci”

 i wiem jak jego pies Czarny Pysk

merdał ogonem kiedy Su doń mówił

 Jego żona umarła  Bolał po jej stracie

 aż do końca życia  Cesarz go wypędził

 ( intelektualista w Chinach nigdy nie miał łatwego życia)

 Su był smutny  Pisał piękne wiersze

 

Mam wrażenie że dość dobrze znam Su Dongpo

 Nie jest moim sąsiadem   Jest przyjacielem

                                                                            3O czerwca 1983

 

 

 Nic do oclenia

 

 

 Nie potrzebuję bagażu na drogę

 Chciałbym w podróży mieć ręce swobodne

 Rozluźnić uchwyt dać się ponieść trwaniu

 wisieć na nitce czasu aż stracę czas z oczu

 

 Zabiorę z sobą to co nic nie waży

 twój śmiech pewnego wieczoru przy ulicy Fontaine

 zmarzniętego rudzika co podchodził tak blisko gdy chciał zjeść

 twoją dłoń w mojej dłoni podczas lądowania

 ( bo ty się boisz lecz chciałabyś to ukryć)

starą damę z Kantonu co nas zaprosiła

 przyniosła wrzątek

 i z szafy wyjęła dla nas własny wentylator

 pręgowaną kotkę co mrucząc rodziła małe

 miskę truskawek w darze od sąsiada

 twój głos wieczorny kiedy już zasypia i w mgłę się otula

 szarą wiewiórkę z Redwoods co jadła mi z ręki

 utwór Couperina który Yannick Guillou

 zagrał specjalnie dla mnie

dzieci z pewnej szkoły które napisały książkę i ozdobiły ją rysunkami

                                                              aby mi ją ofiarować

 i pocałunek przed zaśnięciem

 Z tym wszystkim jestem chyba nawet jeśli to rzeczy bez

       cenne

 

Podróżnym nie mającym nic do oclenia

 

 

 

 

 Sen

 

 

Wahadło zegara w zimie

odlicza kroki mego snu

Jest noc w domu

i czerwcowe południe w moim śnie

 

 Dziecko wspina się na czereśnię

 i słyszy wśród liści

 oddech starego człowieka którym kiedyś będzie

i dzierganie wahadła

 

 W ciemnościach poduszki

 śpiący w sześćdziesiąt lat później

 słyszy dziecko co rozgarnia gałęzie

 i stukot czereśni spadających w trawę

                                                             23 sierpnia 1982.

 

 

 

 

 Odrobina rzeczywistości

 

 Czy pamiętasz Loleh kiedy to Tweedledee

 z  „Alicji w krainie czarów” tłumaczy dziewczynce

 że istnieje tylko dlatego ponieważ król o niej śni

 lecz kiedy się obudzi  grozi Twedledee zdmuchnęłoby cię...

dmuch! jak płomień świecy

Ależ ja jestem prawdziwa ! mówi Alicja z płaczem

 

 Jeszcze Platon    ta jego historia z jaskinią

 i Czuang-Tsy któremu śni się że jest motylem

 po przebudzeniu zastanawia się czy to raczej motyl

 nie śni że jest Czuang-Tsy   Jest jeszcze Kartezjusz

 i możliwość że wszystko to po prostu figiel

 spłatany przez Złego Ducha    I tamten

Irlandczyk który chciał się wreszcie obudzić

 z koszmaru Historii

 

 Być może tak naprawdę to ja tylko śnię

 że idę tuż przy tobie

              A jeśli śnię że cię kocham

 jeżeli mi się śni że ja śnię że ty jesteś

 to kto naprawdę zbudzi się z mojego snu?

 

 Lecz stary chiński mędrzec z łagodnym uśmiechem

 uspokaja mnie    Mógłbym się oswoić

 z myślą że mnie naprawdę nigdy tu nie było

 ale czy mogłoby nie być Loleh

  nie to niemożliwe

 

                                        Tak  jesteś tu  przecież

 a stary mistrz mój Chińczyk szepcze:

jeśli nie ma tej innej istoty

to nie ma mnie wcale

                                             Szpital Marie Lannelongue,

                                             28 czerwca 1982.

                                    

 

 

 

 Zagubiony ogród

 

 

 Tej nocy przyszedł do mnie ogród

 bez stałego miejsca pobytu

  Był trochę smutny   W ręku trzymał skromnie

  Korzenie

 Czy mógłbym dostać od pana

 ogród w którym miałbym

 prawo być ogrodem?

Trzeba by podlać w nim sałatę

 zrosić mur który wypił za dużo słońca

 żeby dojrzały szpalery moich grusz

 Dwa metry kwadratowe gruntu na moje szparagi

 i  grządki truskawek

Gdyby pan był tak dobry

 i  uwzględnił także ten stary figowiec

 który daje cień

 i dużo drzew owocowych

 na coroczną obfitość konfitur

 Proszę nie zapominać o głębokiej studni

 i wodotrysku jeśli łaska

 Takie życie to nie jest życie

  być zagubionym ogrodem

 który istnieje tylko we wspomnieniu

 i  nie ma gdzie zakwitnąć

                                           26 sierpnia 1982.

 

 

 

 

Płomyczek

 

 Skromny jest płomień świecy

 w  mroku już bez tchu

 

 Palić się prosto   Wypalić

Wosk pachnie spokojem

 

 I bez protestu zasnąć

 Knot dymi jeszcze przez chwilę

 

 Niczego już nie chłonę

 Wszechświat mnie pochłania

                                                3 lipca 1983

 

 

 

      

 Niespodzianka spodziewana

 

 Już od rana turkawka na jesionie

 rozgruchała się swym r bezbłędnym

 Wśród zielonych traw kocica czarna

 zgoniona od nocnych wałęsań

świetliście czarna z lśniącego hebanu

 czarna  czarna jak spokojne stwierdzenie

 także para dzwońców

 która uwiła gniazdo w rozwidleniu jabłoni

 śpiewa na tyle głośno że ten śpiew mi każe

 uwierzyć w jej istnienie

 

 A jednak

 kiedy rozproszą się poranne mgły

 jak dym za lekkim powiewem

 zawsze trochę się boję że tchnienie

poranka które mgłę rozwiewa

 zdmuchnie także las tamten  i pola

drzewa dalsze i drzewa bliższe

turkawki wśród listowia

czarną kocicę wśród zielonej trawy

parę dzwońców  

 nas stojących na schodku

 i całą Ziemię wraz z jej ładunkiem

 i  że nic już nie będzie

 nic

 

To byłaby przykra niespodzianka

A jednak się jej spodziewam

                                             5 lipca 1983

 

 

 

 Naprawdę mam czas

 

 

Brakuje mi tchu  brak sił  coraz mniej zapału

 Ale już się nie śpieszę  Mam czas na czekanie

Odkąd zrobiło się późno naprawdę mam czas

 

 Jestem jak człowiek który po dniu pracy

 rozmyśla siedząc z dłońmi na kolanach

 o tym co musi zrobić – wszystko w swoim czasie

 

Jeżeli źródło czasu  przysporzy mu dni

                                                            25 grudnia 1982

 

 

 

  Pogoda na dzisiaj

 

Jest nieskończenie możliwe  nie śmiem mówić pewne

 (jedyna pewność że nic nie jest pewne)

 ze ten zimowy poranek dwunastego kwietnia

tysiąc dziewięćset siedemdziesiątego ósmego roku

 według kalendarza papieża Grzegorza XIII

( zmienionego – od czasów cesarza Juliana – aby nadrobić

 dziesięć dni opóżnienia czasu zachodnio-europejskiego

 w stosunku do czasu słonecznego)

 jest nieskończenie możliwe że zimowa przejrzystość tego ranka

 słońce jasne i zimne lodowatej wiosny

 trawa biała od szronu i drozdy

 które dziobią na łące ostatnie zapomniane jabłka

 rozfalowana kotka w pręgowanej sukni co stąpa

 po murku delikatnie i te krzyki dzieci

 bawiących się na drodze i położony obok filiżanki z kawą

 wczorajszy dziennik wieczorny w którym az na dwóch kolumnach

 mówi się o mającej nastąpić podwyżce cen nafty

 i ten ślad na jaskrawym niebie po niewidzialnym samolocie

 długi ścieg białej nici wspinający się niemal pionowo

 i ciężki żelazny budzik który tyka w kuchni

 i całe to itakdalej zwykłego poranka

jest nieskończenie możliwe że to wszystko   i ty   i ja

już kiedyś było   jest     znowu kiedyś będzie

było   będzie    w poranek tak bardzo podobny

identycznej wprost zimy    prawie tak samo zimno

                      minus jeden stopień

 w  kwietniu który tak bardzo przypomni ten kwiecień

i  taki sam szron będzie i wzory na szybie

ta sama zieleń trawy z różnicą znikomą

kilka źdźbeł więcej czy mniej

takie same brzuchate drozdy dziobiące takie same jabłka

przegniłe i szara kotka  i wcale nieważne

ze jej tygrysie pręgi rysują się trochę inaczej

niż u kota sprzed milionów lat lub u kota

czasu przyszłego uprzedniego podobnie jak dzisiaj

bo praktycznie można nie przywiązywać wagi

do tego że między tik-tak ruchliwych budzików

( to brzmi prawie tak samo powtarzane w czasie)

a między uderzeniami serca w pomnożonej tobie  pomnożonym mnie

jest jakaś różnica rytmu nieskończenie mała

której niczyje ucho nawet ucho Boga gdyby istniał

nie wychwyci

 i której nie uwzględnia wcale rachunek gwiezdny

co zaokrągla liczby neguje i znosi różnice

to złudzenie że każdy jest niepowtarzalny    jedyny    pierwszy

i ostatni

 

Lecz jeżeli to wszystko  wszystkie i tak dalej

z katalogu  rzeczy istniejących

jeżeli to wszystko co jest w takiej samej czystej jasności

już było     było    będzie  każda cząstka

tego zimnego poranka    słońce    szron na trawie    ptaki

kot    dzieci    gazeta    kawa    samolot    budzik Loleh

i ja     każdy jednak ma to samo odczucie

ze istnieje tylko ten ranek    tutaj    dzień pierzchliwy

to jedno słońce     na zawsze      i na nigdy więcej

zachodzące     Bo przecież kotka i drozd    i ślad

biały na niebie które rozorał samolot

i budzik    i twoje serce    i moje czują

ze są nieuleczalnie    jedyne    nieporównywalne

śmiertelne    ulotne     tak bardzo swoiste

na świecie

   który być może je widział    który je może

znów ujrzy

 

Nawet jeśli już byliśmy    i jesteśmy    nawet jeśli inni

     po nas przyjdą

jeśli niewzruszone i nieprzebrane są niebiosa

zimy    koty    uderzenia serca

niewzruszona i nieprzebrana miłość    ja nazwę cię mimo wszystko

 tą która tylko raz była     która będzie zawsze

 

                                       12 kwietnia 1978

 

 

Krętaczka

 

 

Noc  mija lato  północ

 gdy rześki podmuch od dołu podchodzi

 słychać jak ziemia łagodnie oddycha

 kocim krokiem przemierza niebo

 Jeśli umiesz pogłaskać łąkę

 nie pod włos trawy czasu

 ziemia rozmruczy się – dziecinny bąk

 

 Czy to ta sama ziemia

 co usuwa mi się czasem spod nóg?

tak cierpliwie przecież oddycha

czyżby nagle zmieniła front

odmówiła mi zaufania

i chciała mnie wygnać z czasu?

 

                                                Szpital de la Pitié 17 sierpnia, 1983.

           

 

 

 

Na  zewnątrz   - wewnątrz

 

 

Kiedy zamykam oczy widzę błyszczące punkciki

Spłacheć nieba  w sobie i tysiące gwiazd

Gdy znów otwieram oczy bardzo jasną nocą

Jestem cząsteczką nieba  które jest częścią mnie

                                                                         13 maja 1983

 

 

 

To ty

 

 

W interwałach ciszy gdy ustaje wiatr

pośpieszne słowa wody zbiegającej w dół

jej świeży oddech wzdłuż górskiej ścieżyny

 

to ty zamyślony oddechu mego życia

 

Palące lato Ogień słońca prostopadły do trawy

Przy ustach zamkniętych bzyczenie gregoriańskie

pszczół spełniających co dzień swą ofiarę  z miodu

 

To ty  basso continuo mego trwania

 

Krzyk jaskółki ten krzyk chwytam w locie

( ptak już odfrunął) śmiech raczej niż krzyk

lekkie szczęście kamyk śmiechu skaczący po wodzie

 

To ty miły uśmiechu w koleinach troski

 

Nagle cisza i noc To już śnieg

Cisza na kocich łapach udeptuje ciszę

Po otwarciu okiennic biel jeszcze zbieleje

 

To ty co się nie odzywasz lecz mówisz bez słów

 

A ja ci odpowiadam

        Tak

 

 

 

 

 

  Nietoperz

 

      

  Muśnięcie nocnej ciszy frunęło w powietrzu

  To pierwszy nietoperz wieczoru

  Gdyby skrzydła jego nie były tak nieme

  możnaby go przez chwilę pomylić

 z ostatnią jaskółką o zmierzchu

 

 Gdzie spoczywa

 ów nocny latawiec w biały dzień?

 Chciałbym to wiedzieć.   W jakim kącie

 na jakim strychu usnął ten karzełek

 zwisając głową w dół

malutką i szlachetną  ubrany na czarno

 w  jedwabną pelerynę hrabiego Drakuli?

 Chciałbym wiedzieć gdzie ma kryjówkę gdzie się mości

 Nie wiem jednak gdzie spędzają czas

 twarze z przeszłości zepchnięte w niepamięć

 Całymi latami o nich się nie myśli

  ani nie ogląda   nawet we śnie w nocy

 aż nagle nieznajoma kiedyś dobrze znana

 dziewczyna z bladymi piegami na twarzy

 powraca     czoło przyciska do szyby

 i widzę jak porusza wargami

 

              Ale  nie rozumiem

 jej słów     a ona sama już zniknęła

 zostawiając mnie w nocy   w szukaniu na oślep

 

 Zapewne chciała zdradzić gdzie się chowa

 gdzie się chowają za dnia i za życia

 wieczorne nietoperze  z innego wymiaru

                                                                8 maja 1987

 Lustro

 

Lustro jest starsze ode mnie

  Upstrzone żółtymi plamami starości

 i  gdy się spotykamy

  patrzy na mnie oczyma zasnutymi mgłą

 W  roku 1914 widziało znacznie lepiej

 gdy wujek Andrzej przeglądał się w nim po raz ostatni

  w swych czerwonych spodniach i pięknej błębitnej kurtce

 zanim pozwolił się zabić w Plessy nad Marną

 

 Podczas ostatniej wojny dom został zarekwirowany

  a  kiedy go wyzwolono

 był w żałosnym stanie

 Od tej chwili lustro się postarzało

 Napatrzyło się zbyt wielu rzeczy

 

 Woli teraz nie widzieć   lub widzieć przez mgłę

                                                             21 maja.1987.

 

 

 

 

 W hołdzie dla Su Dungpo

 

 

 Osiemdziesiąt lat po roku tysięcznym

 pewnej nocy wiosennej w Hangzhou

 gdy księżyc zniknął

a wiatr był od wschodu

rozszumiały się bambusy

 i  niósł się zapach kwitnącej paulowni

 Tak piękne rosły irysy

 nad brzegiem jeziora

 że poeta Su Dungpo

zląkł się ( jak opowiadał) że w ciemności

kwiaty nie zasną

 Zapalił wysoką świecę

 którą osłonił od wiatru

 tak aby kwiaty

 mogły się widzieć   wiedząc że są piękne

 

 Zapalić świecę

 Napisać udany wiersz

 Oświetlić w nocy

irysa który nazajutrz zwiędnie

 

               28 maja 1987.


 

 

Według mojej autorskiej antologii  Na szali znaków, Czternastu poetów francuskich, 2007, Biuro Literackie

 

 

 

NOTA

 

royCLAUDE ROY (1915–1997) – poeta i prozaik, uprawiał z powodze­niem różne gatunki literackie, w tym dziennikarstwo, eseistykę i kry­tykę literacką. Autor siedmiu powieści i wielu książek reportażowych, w tym trzech o Chinach. Napisał także około dziesięciu książek dla dzieci. Był członkiem zespołu recenzentów w wydawnictwie Gallimard, kierował tam przez wiele lat działem poezji. Wspólnym mianownikiem tych różnorakich zainteresowań i typów działalności była niepospolita pasja uczestniczenia we wszystkich rejestrach historii własnej i historii powszechnej. Na wieść o wybuchu powstania na Węgrzech w roku 1956, zerwał z PC (francuską Partią Komunistyczną), której był członkiem. Podejmując kilkakrotnie ryzyko zaangażowania politycznego, równo­cześnie namiętnie podróżował, studiował i tłumaczył, a także tworzył imitacje dawnej poezji chińskiej, na łamach pisma „Le Nouvel Observa­teur” oceniał twórczość innych pisarzy, a wszystko to szło u Claude’a Roy w parze z zasłuchaniem w głosy i język przyrody, na którą był szczególnie wyczulony. Nawet nieuleczalna choroba, skazująca poetę na całe miesiące pobytu w szpitalu, nie zdołała naruszyć jego poczucia przynależności do wszechświata („jestem cząsteczką nieba / które jest częścią mnie”), zdolności kochania i współ-odczuwania, także z tymi, którzy żyli tysiące lat przed nim – jak czytamy w wierszu „Przyjaciel” – pięknym hołdzie, złożonym ponadczasowej przyjaźni. Czas – dla we­wnętrznego oka i ucha poety – jest jeden: to czas ocalającej pamięci, któ­ra zmaga się na każdym kroku z nietrwałością wszystkiego i wszystkich. Solidarność z ludźmi przeniosła się na świat roślin i zwierząt, z których każde było dla niego odrębną indywidualnością, a nie kategorią ogólną. W tej poezji nie ma ogólnikowych ptaków, lecz kukułki, dzwońce czy jaskółki, nie ma kotów jako takich, lecz raz po raz pojawia się ulubiona „czarna kocica”, podpatrywana i utrwalana w różnych momentach swego kociego losu, połączonego z jego własnym. W ostatnich latach życia Claude Roy publikował dużo i gorączkowo, dzieląc swój czas między pisanie dzienników i poezję. Kontynuując swój wielkicykl autobiograficzny, zapoczątkowany przez Moi je (1969), Nous (1972), Somme toute (1976), wydał Permis de séjour (1978–1982) (1983), La fleur du temps (1983–1987) (1988), L’étonnement du voyageur (1987–1989) (1990), Lvage des jours (1990–1991) (1992). Wszystkie te książki, wznawiane w seriach

kieszonkowych, ukazały się nakładem Gallimarda, podobnie jak kolejne tomy poetyckie. Pierwszy tomik, wydany w roku 1949, nosił tytuł tyleż skromny, co mimowolnie prowo­kujący: Le poète mineur (Poeta drugorzędny). W ślad za nim ukazały się m.in. Un seul poème (1955), Poésies (1970), Enfantasques (1974), A la lisière du temps (1984), Le voyage d’automne (1987), Le noir de l’aube (1990), Les pas du silence (1993).

Ostatnią, ważną książką wspomnieniowo-eseistyczną Claude’a Roy, jest La conversation des poètes (1993), w której autor w sposób niezwy­kle osobisty przybliża m.in. postacie i dzieła Alfreda de Vigny, Paula Claudela, Maxa Jacoba, Apollinaire’a, Supervielle’a, Eluarda, HenriMichaux i... „wielu Aragonów, spotkanych po drodze”.

Zarówno w swoich refleksjach autobiograficznych, jak w poezji, Claude Roy jawi się jako namiętny piewca pamięci, którą pobudza nieustannie do walki ze śmiercią i zapomnieniem. Teraźniejszość zatraca się w prze­szłości, a minione wydarzenie czy dawno zmarła osoba przeświecają przez migawkę czyjegoś gestu, innych rysów; chwila w tej poezji nigdy nie jest pojedyncza ani osobna. Ten szczególny klimat współistnienia i nakładania się na siebie różnych warstw czasu, zgęszczonych w chybot­liwym teraz, nadaje poezji Claude’a Roy charakter klarownej medytacji, w której groza została oswojona, a finezyjne poczucie humoru i mimo wszystko pogodna tonacja równoważą doświadczanie tragizmu ist­nienia. Jak zauważył zaprzyjaźniony z francuskim poetą meksykański noblista Octavio Paz, autor przedmowy do zbioru wierszy A la lisière du temps wydanego razem z Le voyage d’automne, „Claude Roy nauczył się wątpić wraz z Montaignem i uśmiechać razem z Czuang-Tsy”.

Język tej ściszonej, pełnej ciepła i życzliwości dla świata poezji, dąży do przezroczystości i ufa w porozumienie z czytelnikiem. Można mówić nawet o uwodzicielskim wdzięku liryki w wydaniu Claude’a Roy, który sprawia, że chce się tych rytmów i tej intonacji słuchać. Wiersze poety przekładał także chętnie i publikował Jerzy Lisowski, zamieszczając je na łamach prowadzonego przez siebie miesięcznika „Twórczość”. W czwartym tomie Antologii Poezji Francuskiej, ukazały

się także, obok jego własnych, przekłady Ewy Fiszer. W przekładzie Krystyny Rodowskiej ukazały się po raz pierwszy w „ Literaturze na świecie” nr 3/1990

 

 

 

 

Pin It