{jcomments off}

Wiersze tygodnia – Bohdan Wrocławski

 

bwroclawska044
Bogumiła Wrocławska



 

But z Wołynia

 

W roku sześćdziesiątym trzecim profesor B. dał mi fragment buta

kawałek nieoczyszczonej skóry której geografia

wytrzeszczała się do świata oderwaną zelówką

 

z znakiem tak tajemnym że nie mogły jej oświetlić

wszystkie dostępne wówczas podręczniki

 

i moja znikoma wiedza zagubiona w najciemniejszych zaułkach

braku chęci poszukiwań

wątpliwości

 

tak żyją królowie stojąc przed szafotem

i  nie mając nic co mogłoby zastąpić ich wyobraźnię

 

pełen zdziwień odbierałem ten prezent

odczytywałem na zelówce skaleczenie struktury

które

wyciągało dłonie w głąb mapy

pełnej blizn poznaczonej tysiącami wątpliwości

 

Jestem pewien jej krwioobieg zatrzymał się na sekundy

a potem spiętrzony szalonym strumieniem

rozczesywał bolesną falą przysiółki wioski

fragmenty pól

 

już wiem zgaduję

że księżyc w tych dniach starał się zasłonić

swoje oczy wątłymi chmurami

i

oczekiwał rychłego nadejścia dnia

 

tak jakby chciał uciec z książki

której okładki drżące od strachu

 

zamykały jego wyobraźnię

na dziesiątki lat

 

Dziś wiem - każdy umiera sam

 

i ten którego serce pęka na granicy wszechświata

 

i ta

która zasłania głowę dzieci przed uderzeniem siekiery

 

w ostatniej chwili odczytując wykrzywioną twarz rezuna

 

i nic nie znaczący przecież ból

jaki w ułamku sekundy przesunął się przez cały horyzont

niczym

kolorowe szkiełka w kalejdoskopie

 

nawet wtedy

kiedy jest to lipiec z sadami pełnymi dojrzewających wiśni

których rozłupana na pół czerwień

plami swą szlachetnością cały horyzont

 

tak trwają w nas niewygaszone ognie

trzask polan

szkła pękającego pod wpływem temperatury

w fragmentach którego

potrafimy odczytać to co najbardziej bolesne z wczoraj

 

milczymy zasłonięci murami miast nowoczesności

ciągle jednak ci sami

milczymy zagubieni gdzieś na polnej drodze

gdzie jakiś krzyż  opowieść otwierają szeroko drzwi

i wchodzimy do miejsc pełnych szaleństwa, śmierci, upokorzeń

 

wiemy zgadujemy nadal są w nas

fragmenty fundamentów porośnięte mchami

 

but z literą Ł nad którym siedział szewc z Łucka

przywieźli go furmanką do Przeobraża

razem z tym który już nigdy w nim nie będzie chodził

 

trafił do mnie w sześćdziesiątym trzecim

z mapą pełną zakłóceń nieczytelności

 

Profesor B. powiedział mi

że tego dnia Święty Piotr polecił otworzyć

jak najszerzej bramy nieba

 

 

 

Czytanie peryferii

 

Zgadzam się - moje spacery są coraz krótsze

dochodzę do ściany lasu zawracam

odchodzę

bo przecież gdzieś muszę odejść

od tego miejsca porażającego mnie swoją samotnością

 

później czuję w ustach zapach cynamonu

mydlin

gnijących jeżyn rozkładającej się grzybni

 

moja dłoń wędruje do góry i w jakimś dziwnym geście

zastyga na wysokości piersi

 

w ustach nadal czuję smak bezbolesnej tabletki

 

być może ten gest wart jest mszy lub królestwa

 

zaczynam odczytywać wszystkie dukty ścieżynki

zaułki i ulice

prowadzące w głąb peryferii

wiedząc dobrze że nigdy nie uda mi się stąd uciec

 

w połowie drogi siadam na butwiejącym pniu

zupełnie niepotrzebnie próbuję zagłębić się w

w istotę dookolnej bieganiny

mrówek

 

doskonale zdaję sobie sprawę - one odgadują

moje istnienie na najodleglejszych krańcach miasta

 

alfabet ich ścieżek jest nazbyt skomplikowany

abym potrafił właściwie go odnaleźć

poczuć smak odpowiedzi na pytania

 

których nigdy nie udało mi się sprecyzować

 

nawet wobec samego siebie

 

Jednak dobrze wiem potrafię odgadnąć

- znów nie udało mi się odejść z peryferii

 

za ich niewidoczną bramą pachniały wiosenne kwiaty

trwał wieczny karnawał

artyści tworzyli dzieła

 

echo ich istnienia docierało do mnie

stojącego na najodleglejszym peronie przedmieścia

 

i ktoś w środku mnie ktoś wyjątkowo smutny

krzyczał

że to nie koniec wieńczy dzieło lecz przetrwanie

 

a ktoś zupełnie inny w wiecznym dyskursie

szeptał o związku puszki po coca coli z samotnością artysty

na poddaszu

pełnym zapachu farb terpentyny kurzu

wyschniętych palet

wybrzuszonych w ustawicznej prośbie do światła

i własnej wszechobecności

 

Wstaje z pnia

dochodzę do ściany lasu

 

zawracam

 

 

 

U ujścia rzeki

 

Znów jestem przy ujściu Wisły

siedząc na rozgrzanym betonie falochronu

w nieuchronnej bliskości jego końca

 

słyszę rozmowę chmur

zagęszczających się wokół piersi

w konsystencji pełnej załamań światła

i nadziei

 

ustawicznego biegu  codzienności

trudnej do zdefiniowania

 

w narastającym wietrze

gdy morze bezskutecznie próbuje wedrzeć się

w głąb lądu

i koryta rzecznego

 

wiem

 

W tym roku

maj minął zbyt szybko

abym poczuł dostrzegł zrozumiał

cudowny smak

rozgrzanego we mnie widnokręgu

 

wysublimowanego zapachu

dojrzewających czereśni

 

żółci rzepaków rozsypanych

wzdłuż żuławskich pól

 

mojej codzienności trzepocącej

zranionym ptakiem

w ciasnym obramowaniu piersi

 

obserwuję młode mewy

wychylające się z gniazd

 

jutro zaczną rozumieć przestrzeń

pod swoimi skrzydłami

jej kolorowy alfabet

na zawsze pozostanie z nimi

 

będą tu jeszcze wracać przez kilka dni

późnym wieczorem

siadając coraz dalej od gniazda

i rodziców

 

aż któregoś dnia jedna z nich nie wróci

a potem wszystkie powędrują

w całkowicie nieodgadnioną dal

 

tworząc inną rzeczywistość

 

Tylko czasem jeszcze zadzwoni telefon

usłyszysz zdawkowe

 

Co u ciebie?

 

Będziesz odpowiadał szybko starając się

wytłumić to wszystko

co podpala twój wielki niepokój

 

wypływający rzeczną falą

w całkowity bezkres oceanu

 

I po kilkunastu sekundach już wiesz

odgadniesz

 

że to co przelewa się w dół

po twoich policzkach

 

to słony smak bryzy

wychodzącej z najgłębszego cienia

 

i wysuszającej

ostatnie fragmenty opuszczonego gniazda

 

 

 

 

Ten sam sen

 

Nie wiem ile już było tych nocy w których próbowałem uciec

z Magadanu

rano opowiadam o tym dzieciom żonie czasami znajomym

przecież widać że mimo lata na zewnątrz mam mocno zaśnieżone rzęsy

spierzchnięte od mrozu usta z słodkim zapachem wymijanych brzóz

 

ktoś zupełnie ode mnie odległy odpowiada że moje brwi siwieją

są w swej bieli  bardziej bezradne

niż kory brzóz o których stale wspominam

 

lub to wpływ lektury miejsc zakodowanych ciaśniej

niż  dobijające do brzegu sztormowe fale

 

zatem budzę się jest świt

konsystencja rozjaśnionego od westchnień powietrza

słyszę jeszcze chrapliwe komendy

wyzwiska

 

trzeszczenie desek w pryczach…

 

i nagle  krzyk mewy dobiegający z otwartego okna

jakiś bezradny pozbawiony literackiego opisu

chcący jednak choć na sekundę zaistnieć w poezji

 

odgaduję

nikt nie zmienił mapy mojego otoczenia

 

za chwilę będę jadł porannego rogalika popijał białą kawę

 

lub biegł ścieżką pełną zapachu rumianków

stale rozumiejąc

że nic nie może wydarzyć się przed wschodem słońca

 

jeszcze przed południem będę opowiadał

 

o ciepłym smaku snu

pełnego rogalików i zaśnieżonej kawy

 

 

 

 

Chłopak

 

Oczywiście natychmiast odgadłem 
w tym obrazie wszystkie szczegóły:
Chłopak jadący na rowerze bez trzymanki
jego ręce będące lotem jastrzębia

wniesione do góry pełne niespokojnego oglądania przestrzeni
która otwiera się i zamyka wraz z głębokością oddechu

Odgadłem i spotkałem na jednej z tych dróg nierównowagi
z wiedzą że nadal trwa literacka projekcja
obrazów 
słów o mocno rozrzedzonej konsystencji

Krwi która przetacza się 
wzdłuż tych samych żwirowych ścieżek lub polnych dróg
mojego dzieciństwa

Dalej wąski rów wypełniony wodą 
ten sam chłopak jadący na oklep na koniu 
z krótkim wędzidłem trzymanym w prawej dłoni
Świszcząco-chropawy oddech końskich chrap
głośny krzyk dziecka spinający konia do skoku przez rów

Nieśmiertelność tych obrazów 
jest integralną częścią mojej pamięci

tak jak w bliskości oddechu są ciemne wnętrza bibliotek
z bezboleśnie otwartymi oknami za którymi
zakwitało jesienne milczenie i zaduma postrzępionych chmur

Ich lotność przemijanie oddzielanie krajobrazów
nadal istnieje przypisane do wiecznych niepokoi

W tej projekcji przypadkowa dziewczyna
z opadającymi mokrymi włosami w śmiechu zbiegała
na brzeg jeziora a potem suszyła je na słonecznym pokładzie łodzi

Ktoś to zapisał z benedyktyńską starannością
literka obok literki słowa zdumione swoją beztroską
w szeregu zdziwień i zazdrosnej wszechobecności

Tymczasem chłopak jadący na rowerze
opuścił gwałtownie dłonie
zaświergotały stada skrzypiec zajęczał saksofon 
zamilkły ostatnie szepty na sali koncertowej
półnuty ćwiartki szesnastki wymknęły się spod opuszków
twardych palców i przyklejone jednym pragnieniem
jednym westchnieniem
niespodziewanie przebiegły przestrzeń lat…

Milczę 
wsłuchany w oddech istniejący na wiecznej pięciolinii 
odgaduję jego gładką powierzchnię

ja chłopak z rozpędzonego roweru
ciągle jadący bez trzymanki

 

 

 

Odczytane na brzegu

 

Nie wiem dlaczego jestem przeświadczony

że ziemia przez ostatnie dwa tysiąclecia

zatoczyła koło przez wszechświat

i zupełnie obolała pełna tęsknot

złożyła posiwiała głowę

między falami niepokornego oceanu

 

Tego dnia stałem w bliskości jego oddechu

patrzyłem jak gromady ludzi z każdym szeptem

każdą modlitwą dobijają do brzegu

własnych pragnień

 

Tymczasem słońce zatrzymało się w miejscu

Jego ciekawość zdarzeń przypominała

średniowiecznego skrybę którego palce poplamione

ciągle biegnącą wyobraźnią

szukają najbardziej intymnych zdarzeń historycznych

pod korą usychającej cywilizacji

 

Zobaczyłem że przepisuje wciąż ten sam dekalog

drogowskaz

prowadzący wśród polnych dróg dzieciństwa

i naszego krwioobiegu

 

Nagle zacząłem rozumieć że świat na swoje istnienie

swoje zagubienie

grzechy i  skromność

bogactwo myśli

nie potrzebuje już światła wystarcza mu mrok jaskiń

język pierwotnego człowieka

zlizujący z palców tłuszcz upieczonego mięsa

chrzęst łamanych w zębach kości – tak niepotrzebne

ateńskim dysputom wznoszenie oczu ku niebu

szukanie w nim świadectwa

potwierdzenia wątpliwości i pewników

 

Zaczyna zapadać zmrok przez jego delikatną materię

staram się odszukać to

co jeszcze jest niezależne

jakiś fragment zapisu nutowego krzyk wynalazcy

pełen tryumfu i zwycięstwa

barwy na obrazie notujące natężenie i ból którym artysta

wciąż opowiadał o ludzkiej samotności i miłości

 

Późnym wieczorem stary bauer w niedalekiej Bawarii

wychodzi za próg domu i patrzy na pole usychających szparag

Nikt nie słucha jego błagalnego śpiewu o deszcz

choć otwierają się w nim wszystkie pragnienia tysiącleci

Z trudem rozpoznaję w jego zmarszczkach na twarzy

alfabet mojego dzieciństwa

litery chropawo układające się w słowa

zdania całe akapity bezbronnej nadziei

 

I on i ja oddychamy tym samym powietrzem

nasączonym  samotnością

wypełniającą każdą naszą myśl

 

Oczywiście możesz podejść bliżej dotknąć tych myśli

Wiem są nazbyt gorące

aby można było je zatrzymać na dłużej w dłoniach

 

Nadal do bram Rzymu dochodzą fale gniewu z

obolałego wszechświata

zasypiają zmęczenie legioniści ich białe tuniki

zaścielają pobliskie gaje oliwne

 

nigdy nie zrozumiemy bezsensu ich śmierci

radości życia którego już w nich nie ma

a które być może wymyśliła  nasza cywilizacja

na brzegu wiecznie głodnego i zmęczonego oceanu

 

 

 

Masada

 

Prawdopodobnie znów będzie świt

płowiejąca jasność odbita w szarych skałach

a później jak zwykle

wschód słońca

 

ale jestem pewien że tej nocy od krawędzi księżyca

do blasku miecza

było zbyt blisko

 

aby ktoś mógł zrozumieć

 

odnotować w pamięci

dochodzące z daleka głosy legionistów

 

pijących wino

i rozmawiających o kobietach

 

pod skrzydłami białego namiotu

ucztującego Flawiusza Silvę

 

Najwcześniej umierało wzruszenie

 

Prawdopodobnie wrażliwi do dziś widzą jego twarz

bolesną

skrzywioną

tym smutkiem

który potrafi przetrwać wieki

 

i którego nigdy nie potrafiła zrozumieć historia

 

Wiemy już że wszyscy umierali razem

 

i każdy umierał z osobna

w bolesnej samotności

nie do opisania

 

Ich ciała otwierały się na mrok

powoli

nasączając się jego niewyraźną

głębią

 

aż do ostatniego westchnienia

 

w blasku przerażonego

księżyca

który w ogromnym pośpiechu

 

szukał schronienia wśród chmur

 

aby za nimi schować

rozdygotaną lękiem wyobraźnię

 

 

 

 

Kiedy zatrzymałem samochód

 

Zatrzymałem samochód

na skraju lasu obok drewnianej gajówki

i małego jeziora

 

minęła północ

spoglądałem prosto w mdłe światło księżyca

które pragnąc ominąć swoje odbicie w wodzie

chowało się za rant budynku

 

oczywiście byłem zupełnie bezbronny

wobec tego pejzażu

 

piał nocny kur

raz drugi

gdzieś z odleglej wsi dobiegało szczekanie psów

 

ich głos wibrował soczysty od natchnienia

 

wtedy pomyślałem że mógłbym tu pozostać do rana

a być może na zawsze

między czarną ścianą sosen

odbitym w wodzie księżycem

 

i czymś

co ustawicznie nasączało moją wyobraźnię

 

zmuszając ją do najodleglejszych rozmów

z tym kimś

kto przyszedł do mnie w najwcześniejszym dzieciństwie

 

z całą pewnością były to trudne rozmowy

towarzyszyły im często łzy radości

ale częściej śmiech pełen rozpaczy

 

nieodgadniony niczym nocne pohukiwanie sowy

dobiegające od strony jeziora

z tego miejsce w którym pień starej wierzby

ranił swoim kształtem i cieniem

pofałdowany światłem księżyca brzeg

 

już wiem odgaduję – w takim momencie

wskazówki wszystkich zegarów łapią silny oddech

ich uniesione piersi przysłaniają cyferblat

 

i wtedy przypominamy sobie że kiedyś

nasz krwioobieg

unosił wszystkie nawet najodleglejsze pragnienia

gdzieś za horyzont

 

być może był to przyczynek do namalowania obrazu

szalonego oglądania świata przez samotnego artystę

 

wchodzenia w strukturę pełną barw

rozświetlających paletę

nerwowych uderzeń pędzla

o napięte do maksimum płótno

 

ferment w którym ważyły się słowa

w swej przeogromnej zuchwałości stając jedno obok drugiego

tworząc wersy strofy i poematy

 

coś co nigdy nas nie opuszcza dotyka piersi

 

w ich wnętrzu wiruje w jakimś obłąkanym tańcu

zuchwałej radości

i dziękczynienia

 

 

 

Piotr i Wołodia

 

Zaczynam rozumieć dostrzegać
minęło coś
co nie potrafiłem i nie potrafię do końca zdefiniować


jakiś przypadkowy deszcz z nutą wagnerowską
bardziej rytmiczną niewybrzmiałą
szukający swego miejsca w naszych radościach i trwogach


próbujący oczyścić oddech z krzyku
pękających od huraganu drzew

wtedy między jedną i drugą strofą powiedziałeś mi
że nasze wspólne spacery z Wołodią Wysockim
po Saskiej Kępie
ustawiczna staranność w otwieraniu stale zamykających się drzwi
są już niczym

i choć powietrze nasiąkało zapachem
bimbru i dymu z papierosów
które przebijały się na przemian z wierszami Andrieja Wozniesieńskiego

to nadal byliśmy pod wrażeniem własnej nieobecności

zatem teraz znów powiesz że nic z tego nie wynika
ani z naszej łagodności
ani niechęci
nadal połamane gałęzie tarasują 
główną arterię dociekań i ulic po których już nie chodzimy

przechodzisz na drugą stronę w to miejsce
gdzie strumień światła rozpuszcza się w przypadkowych kałużach
i przerażony ich płynną brudną konsystencją
milknie w momencie w którym
Piotrek Kuncewicz opowiadał o swoim pobycie w Kazimierzu

Wiesz w  ciepły wieczór piliśmy wino na tarasie
słońce tak zachodzące słońce
swoim milczeniem tworzyło wyjątkowy obraz natchnienia
zabawy
Maria pełna tej najcieplejszej wyniosłości
charakteryzującej ludzi dobrych i mądrych
trzymała w dłoniach filiżankę unosząc ją ruchem pełnym
godności
i kojarzącym mi się z Anną Kareniną

To dobrze lepiej niż dobrze nadal jest w nas łagodność pól
nurtu rzek odnawiających swoją kondycję w wodospadach
ta rola Hamleta którą w sobie noszę winna mieć więcej umiaru
mniej napięć mniej elektryczności
Wołodia rozłożył ręce do lotu w deszczowe chmury

odpryski docierające dziś do mnie
są jak czyjaś pierwsza miłość 
wyjmowana ze starego pamiętnika
niczym insulinowy wstrząs

Milknę 
próbuję odnaleźć w sobie coś co może mnie na dłużej usprawiedliwić
zatrzymać na środku drogi
wyznaczyć sens
stale jednak wracam na peryferie gdzie wszystko
gubi się w szalonym rytuale drwiny i nieobecności

Nadal pachnie kapiącym do bańki ciepłym jeszcze bimbrem
i dymem z papierosów

 

 

Hipisi hipsterzy wiersze Lovella

 

Wiem mogę zgodzić się na wiele
może znacznie więcej niż przed wschodem słońca
lub najazdem Hunów

to wszystko wydaje się bezbolesne 
bezpłciowe

przysłonięte lekką chmurką wyciągającą swoje dłonie
w przestrzeń wypełnioną histerią

Zatem wszystko na h
hipisi – prawdopodobnie to minęło

Choć w najbliższych wierszach Ginsberga 
czai się się niczym śmierć na ulicach starego Meksyku

Hipsterzy
synowie tłumaczą mi cierpliwie to i tamto
jakbym starał się odtworzyć sen z ubiegłego roku

Wszystko sinieje – przestrzeń pełna szkwałów wynaturzeń

Na Ukrainie nadal strzelają
rozpada się Europa – może nie do końca
przetrwa w radosnych opowieściach starców
tak jak przetrwały legendy starego Rzymu

Szara wilczyca przebiegająca miedzy wersami

Przecież wiemy – zawsze historię otwierają barbarzyńcy
Zapisują kilka białych kartek

Już dawno wyschła na nich krew
- słonce wybieliło wszystko swoim szeptem

Budkę suflera pokrywają coraz większe warstwy pajęczyn

Zdejmujesz butelkę wina z górnej półki
odczytujesz nazwę rocznik
mówisz coś o tym
tak jakbyś odczytywał stare papirusy

Lub wiersz odnaleziony na dnie szuflady
oj zapomniałem o nim wzdychasz
popatrz to całkiem zgrabne sformułowanie

Jest jak malutkie gradowe drobinki lodowe
smugami przenikające w nasze odruchy

I już jesteśmy 
a przecież jeszcze wczoraj nikt nas nie odgadywał
Nie czytał naszych wierszy

zresztą powiedz
komu one potrzebne
kogo mogą wzbogacić oprócz nas samych

W sąsiednim pokoju synowie rozmawiają o muzyce
tytuły nazwiska
nic nie znaczący szmer deszczu za oknem
wychylam się poza parapet
chłodne krople są jak odejście od konfesjonału

hipisi
hipsterzy
wiersze Lovella
twarz na obrazie Ryszarda Tomczyka
wykrzywiona tym czymś co nie jest ani bólem ani nadzieją

Przechodzę do drugiego pokoju potem wychodzę na balkon
zlizuję z dłoni krople deszczu

synowie nadal rozmawiają o muzyce

Pin It