ANTOLOGIA


POETÓW POLSKICH

---------------------------------------------
2 0 1 6



antologia

Danuta Błaszak

 

 

Alonuszka – jakucka dziewczyna, 1

 

zamajaczyły migi znacząc zimny błękit nieba

warkot silników zranił nabrzmiałą śniegiem ciszę

matka z bólu skuliła ramiona... to nie radziecka armia

mamo oni są z polski

 

lotniku z kraju którego serce bije szybko jak

serce wulkanu by wybuchnąć na niebie różą

biegnę do ciebie przez tajgę

z modrzewi strącam czapy śniegu

 

mamo modlisz się w milczeniu

o pokój dla starowierów

kładziesz palec na usta – nie hałasuj

rozpacz i złe duchy

zastygły w lodowym śnie

 

 

Alonuszka – jakucka dziewczyna, 2

 

zamieszkałeś w naszej chacie na piecu

delikatny jak motyl pod grubą warstwą futer

smarujesz twarz łojem

w miodowych oczach czai się lęk

 

wygonię złościł się ojciec nie chcemy obcych

wygadywał na komunistów

cicho – błagała matka więc klął

włożył fufajkę i walonki. wziął strzelbę

poszedł w las. wiem. znów dwa tygodnie będzie

spał pod śniegiem. wróci z mięsem na plecach

rozumiem go dobrze

tam daleko za leną też byli żołnierze

przeprowadzali próby z bronią mówili że to nowoczesność

a u nas zabobon się szerzy

ostrzegaliśmy że w tytoniu w herbacie śpią złe duchy

nie chcieliśmy tego. kpili odkażali wódką

 

odeszli a potem dzieci się rodziły

inne niż na podobieństwo boga

bez rąk bez duszy...

 

mamo oni są z polski z kraju w którym

gorące lato trwa długo – mówię

i śnię

poczwarki o miodowych oczach

kolorowe motyle krążące przy bożnicy

 

 

Alonuszka – jakucka dziewczyna, 3

 

sześćdziesiąt stopni pod kreską

ślina po splunięciu zmienia się w kulkę lodu

jeszcze zanim doleci do ziemi

 

lotnicy ogniska palą pod migami

by rozgrzać silniki.

brak tu dziewcząt na podryw naśmiewają się

z nas że ruskie baby tłuste sybiraczki. lotnicy wracają

do domu do swoich długonogich polek

 

wiosną znów będę wróżyć z pąków brzóz

sok młodych drzew lepki słodki jak miód

 

lotniku...

szepczę cicho i milknę zwyczajem starowierów

zbyt ruska by wrócić do polski

nie dość polska by mnie zauważył

łzy zamarzną nim dotkną

nabrzmiałej śniegiem ziemi


 

 

Krzysztof Bojko

 

Remisja

 

może jest tak że przez ściany najwyraźniej

słychać ciszę gdy gasnące amplitudy dotykają

kątów przeznaczonych pajęczynom

 

nieużyteczne powietrze zamieni się

w duchy spocone od dźwigania toreb

z drobiazgami których nie sposób policzyć

według rozmiarów i chronologii

 

mimo uchylonych drzwi nie chcemy

tam wejść z obawy przed dzwonkiem

zapowiadającym cud ostatniej godziny

w drodze do skomplikowanej wieczności

 

 

Znaki czasu

 

chleb upieczony w elektrycznej duchówce

smakuje babciną troską bym napisał

po przyjeździe do miejsca

które bała się poznać

 

kiedyś trwały ucieczki od drewnianych ścian

bez pożegnania gęsi skubiących koniec łąki

połowiczna wiara w socjalizm wystarczała na popijawę

hotel robotniczy – potem winda

w spółdzielczej klatce

 

teraz u ciebie na wyspach wieczna wilgoć

nie na moje stawy i cierpliwość tłumaczenia

twoich nowych słówek

 

son


Coś więcej niż rozpad atomu

 

uczony jest człowiekiem który wie o rzeczach

nieznanych innym i nie ma pojęcia o tym

co znają wszyscy*

 

powiedz jak bardzo jestem ważny

– skwituję los uśmiechem pajaca

zaczepionego złotymi sznurkami

do kratownic nieczynnego mostu

 

wszyscy inni nad starym korytem

wpatrzeni z odrazą w mury

współczesnych świątyń

bez schodów na wieżę

 

niepełnosprawnych wozi winda

em ce kwadrat w nieskończoność

– wstydzisz się za Einsteina*

a właściwie tego że nie nosił brody

 

 

Kliniczna śmierć antyfetyszysty

 

czego chce kobieta tego i Bóg chce

 

rozumiemy się bez słów – opisuję nimi

jednowymiarową rzeczywistość

między twoją bielą a kostką szarego mydła

zmiękczającego mój światopogląd

 

po wieczornej toalecie jestem jak makata

haftowany wytartymi vellus hair

ty domykasz drzwi bym nie uciekał dalej

niż na skinienie środkowych palców

 

w kierunku przeciwnym biologicznemu

zegarowi i jego dzwonkom

– BANG BANG !!!

 

 

Ulica Krzywe Koło

 

zapamiętałam stare urokliwe kamieniczki

z różowawym lub jasnobeżowym tynkiem i takimi

jasnymi obramowaniami wokół okien

 

opisałem dla ciebie spadziste dachy

choć są i płaskie – na blokach i przyulicznych

garażach gdzie z kotami wypatruję ciepła

 

przed postscriptum zapytaj czy jeszcze zbieram

pocztówki bo dziewczęta rozmawiały o jasnych

sukienkach albo nie daj Boże wciąż bawią się

w romantyczność i rozmyślają

 

– może za karę były świętojańskie noce

o urodzie seminarzystów którym łamał się głos

na widok potarganych wianków

 

rzuć w moją stronę gdy nakreślę kierunek

kwiaty zaokienne poprószone różem

niecierpliwych piersi

 

 

 

Ernest Bryll

 

Modlitwa , co przysnęła…

 

Modlitwa, co przysnęła jak zmęczone dziecko

Ledwo narodzone na ziemi zdradzieckiej

Śni właśnie pierwszy sen. Ten niewiadomy

Jeszcze nikomu

 

Z góry odrzucone

Wszystkie marzenia. Nie do spełnienia

Ale ona rusza w te strony

Doliną w góry. Potem – ponad chmury

Na szczycie odpoczywa. Bardzo jest szczęśliwa

Widzi światy otwarte jak już nigdy potem

Do bólu na oścież. Lecz musi z powrotem

Do snów dziecka wracać.

Bo się zaraz zbudzi

Z wielkim płaczem

Jak to dziecko ludzi.
 

 

 

Harmoniście, ten nożyk…

 

Harmoniście ten nożyk, co się komuś otworzył

Wbity jest pod lewą łopatkę

Jak pamiątka z odpustu. Ale wcale nie z musu

Tylko – darowana przypadkiem

 

Nie bolało za bardzo. Trzymały się twardo

I ostrze i rękojeść. Jak swoje

Jak od urodzenia. A nóż się przemieniał

W krwawe pióro. Skrzydło uderzenia

 

Oberek leciał cieniem. Tańczyli jak szaleni

Ludzie – w odwrotną stronę

Harmonia – też jak skrzydło trwała uniesione

A potem zagrało milczenie

 

 

 

Oto dom..

 

Oto dom, w którym jeszcze nigdy nie byliśmy

Ale tam wszystko – uwierz – jest po dobrej myśli

Przylega jak podłoga. No, od stóp do głowy

Więc się nabiegasz znowu; Posprawdzać czy ściany

Pod pion wymurowane? A za każdą framugę

Pilnie opukując będziesz badać długo

 

Stolarz co je zrobił nie był byle sobie

Ale czuł niepokoje wszystkich słojów w drewnie

I umiał łączyć pewnie deski z pieśnią borów

Jednym promieniem

Dlatego wieczorem

Na pożegnanie słońca szyby gorejące

Dzwonią pieśni zmierzchu

 

I co mogę jeszcze

Powiedzieć o tym domu – gdzie się sprowadzamy

Z mieszkań tak dobrze znanych. Ale wynajętych

Tak już nie będzie więcej

Choć w świecie czas leci

W niewiadomą stronę. Już są postawione

Ściany w których jeszcze nigdy nie byliśmy

W tym domu wszystko jest po dobrej myśli
 

 

 

Ano, coś siedzi w krzakach….

 

Ano, coś siedzi w krzakach naszych wspomnień

Zatroskane nieprzytomnie. Coś bredzi

O zapomnianym. Kiedy słabnie tętno

Coś gra w dawno nie grane: – Pokrętno

Uplątane jak w cierniach zając

Co gnał pięknie się wywijając

 

I z tej pogoni gdzie już nikt nie goni

W krzaki niebylejakie, pod serce tarninie

 

Wpadł, czy się wywinie?

 

Bo tu coraz zimniej

 

 

 

Gra

 

A czy ktoś jeszcze te mowę zrozumie

Którą Bóg z nami gadał? Czy już nikt nie umie

Przypomnieć nawet tego, co zostało w słowach

Modlitwy wyliczanki

Dziecinnej skakanki

 

Dalej skaczemy skocznie. Nieznana już mowa

Ale niezła piosenka i ma w sobie rytm

Jakiego tutaj nie wymyślił nikt

Dobry do skakania lecz nie do poznania

O czym opowiada o Kogo odsłania

 

Jasne był, mówił do nas i pewno ułożył

Słowa modlitw z wyliczanki bożek

Ale dziś tylko śnimy o wielkim spotkaniu

A on zawsze odchodzi w pół zdania

 

Wciąż bez Niego lecz do upadłego

Rysujemy kredą na asfalcie ciemnym

Nowe zasady gry. Bardziej tajemne

I znakomicie skacze się przez życie

Wyśpiewując niepojęte słowa

 

Zerwała się skakanka? Będzie linka nowa

 

A modlitwa? Ta sama, wciąż nie rozumiana

Kiedyś się – Może – otworzy


 

 

Halina Markowska Budniak


 

W stronę światła

 

(...) szczątki maszyny są tak małe i błyszczące,

że przypominają płatki śniegu na zboczu góry.

Rzecznik francuskiego MSW Paul-Henry Brandet

 

zbocza Alp i czarne skrzynki zbierają tajemnicę

do grobu wraz ze szczątkami ludzkich istnień

a nam pozostaną oskarżenia domysły spekulacje

 

nieszczęsne „metalowe brzozy” wypłyną przy okazji

do góry brzuchem jak upiorne ryby i słowa

rzucane na wiatr po których tylko piasek w oczach

 

za każdym razem macki nienawiści w imieniu jakiegoś

potwornego boga nakręcają spiralę sączą do umysłów

zatrutą rzekę której nigdy nie uda się zawrócić do czystego źródła

 

wystarczyło kilka sekund by nie znaleziono nikogo żywego

na liście pasażerów widnieją tylko nazwiska i daty urodzenia

w niemieckiej szkole jest o szesnastu uczniów mniej

 

załoga airbusa nie wysłała sygnału mayday

zaryglowane drzwi a w kokpicie cisza

trwa przeraża i paraliżuje

 

 

Flesz

 

znów wiosenne pylenie wchodzi w nos i usta,

dając w zamian alergię na wszystko, co twoje.

 

Anna Grabowska (Starsza kobieta i może)

 

kobieta nie marzy o nagrodzie nobla

nie pragnie zaszczytów ani fałszywych spojrzeń

nie ufa Franciszkowi – napatrzyła się tylu innym na ręce

słowa kłamią bandażują prawdę codziennie ten sam kamuflaż

 

nie umknie jej uwadze zagadka afrykańskiego boeinga

nie zadziwi samobójstwo w przestworzach

coraz więcej hipotez i każda rozmija się z prawdą

 

ciemność nie istnieje może być tylko brak światła

zimno nie istnieje może być tylko brak ciepła

zło nie istnieje może być tylko brak dobra

 

od lat uśpiony wulkan Teide wyrasta z dna morskiego

i trzy miliony turystów depcze śnieg na szczycie

pustka i majestat w zasięgu wzroku dwa morza

ocean i chmury na wyciągnięcie dłoni

 

a tutaj wciąż potyczki obsesje zarzuty walka na słowa

jak pocięte wióry wytrząsane z rękawa na trawniku nocy

nic mnie nie zadziwi i nic nie zaboli

bo łza twardnieje szybciej niż skorupa małża

 

 

Rozdziel(e)nie


Żyjemy bez emocji. Na dwóch odrębnych planetach

Łączy nas tylko światło, płomień piecyka i śmieci

 

Ten podział okazał się skrojony na miarę

Już dawno trzeba było rozciąć lub rozsupłać węzełki

i dostać się do sedna sensu. To możliwe

 

Gdy przestajemy walczyć, znika potrzeba

drążenia tunelu, w którym będziemy się dręczyć

do utraty zapachu, smaku, krwi

 

Jeszcze wczoraj każdy najmniejszy podmuch

zasypywał zielone źródła, a znajome ścieżki, sprawdzone

przez lata, pokrywały się na nowo tarniną i głogiem

 

Dziś delektuję się swoją połową samotności

Cienie nie skaczą do oczu, nie wyją psy

Pociąg odjechał w nieznane. Wyciszyło się

 

Przygasło, wygładziło. Tak jest lepiej. Bez arytmii, bez alarmu

w środku nocy. Nie drżą dłonie jak skrzydła zranionego ptaka

Opanowałam nadczynność i współuzależnienie

 

Mogę żyć tu i teraz, cieszyć się każdą chwilą,

nie oglądając za siebie. Iść

dopóki nie zbraknie światła i miłości we mnie

 

 

Bruzdy i zagniecenia

 

Symfoniusz tak jak księżyc miewa różne fazy

Dłuższe lub krótsze pływy. Przypływy odpływy

Świeci wyłącznie odbitym światłem. Popielatym*

 

Gdy jego wizje jak zmurszały owoc nie celują we mnie,

normalnieję. Łudzę się, że koniec świata oddali się

o kilkadziesiąt westchnień. Może zdążę znaleźć klucz,

wyważyć zatrzaśnięte drzwi

 

W kolejnej odsłonie pryska nadmuchana iluzja.

Zaciskam powieki. Sen odfrunął jak wystraszony ptak.

Tylko ból rozsiadł się nieproszony. Odbiera oddech

 

Może to stało się wtedy, o zmierzchu,

w majowe dni, gdy zaliczał kolejny kanał

jak pływak – skok na głowę do suchego basenu

 

Mógł sobie uszkodzić rdzeń kręgowy a zwichnął tylko język

Teraz żadne terapie, ani medykamenty psychiatrów

nie są w stanie wyprostować zagnieceń

 

Nawet gdyby urodził się jeszcze raz

też by popłynął. To taka karma, takie ziarno

z fatalnym genem w tle.

 

*Ciemną część tarczy oświetla światło słoneczne

rozproszone w ziemskiej atmosferze. Jest ono bardzo słabe

i nazywa się światłem popielatym lub poświatą ziemską.

 

 

Destrukcja

 

byleby wytrwać

zatrzymać bieg oszalałych myśli

przeczekać noc ciężką jak granit

 

słowa spadają na oślep i kaleczą pamięć

każda chwila spływa drżącym strumieniem jak zatruta woda

muszę ją czerpać by nie umrzeć z pragnienia

 

przesuwam granice bólu

już nie patrzę skąd i od kogo przychodzi

zasklepiam się obojętnieję

echo coraz głośniej powtarza mój strach

 

i tylko kolce tarniny przełamują na pół taflę lustra

w której coraz częściej widzę twarz

pokrytą patyną zmierzchu

 

gdzieś daleko na wietrze

kołysze się postrzępiony warkocz przebaczenia

 

 

-------------------------------------------------------------------


Danuta Błaszak

   Poetka, dziennikarka, matematyk, redaktor serii Contemporary Writers of Poland. Urodziła się w Warszawie, mieszka z rodziną na Florydzie.


Krzysztof Bojko

Rocznik 1967. Mieszka i pracuje w Gorzowie Wielkopolskim. Inżynier budownictwa. W 2011 roku wydał debiutancki tom Patykiem. W następnych latach zdobył wyróżnienia w konkursach poetyckich: „O Ludzką Twarz Człowieka” w Krośnicach (2012), imienia Kazimierza Ratonia w Olkuszu (2013) i „O Granitową Strzałę” w Strzelinie (2014).


Ernest Bryll

Absolwent II Liceum Ogólnokształcącego w Gdyni oraz Wydziału Filologii Polskiej Uniwersytetu Warszawskiego (1957).

Pierwszy tomik jego wierszy, Wigilie wariata, został wydany w 1958 r. Był członkiem redakcji pism społeczno-kulturalnych (m.in. w latach 1959-1960 we Współczesności). Jest członkiem Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

W latach 1974-1978 Bryll był dyrektorem Instytutu Kultury Polskiej w Londynie, a w latach 1991-1995 ambasadorem Rzeczypospolitej w Irlandii. Teksty piosenek pisze od roku 1965. Jego utwory wykonywały m.in. zespoły: 2 plus 1, Enigmatic, Pakt, Partita, Myslovitz, Skaldowie i Waganci oraz wokaliści: Stan Borys, Zofia i Zbigniew Framerowie, Halina Frąckowiak, Marek Grechuta, Jerzy Grunwald, Teresa Haremza, Edward Hulewicz, Leonard Jakubowski, Halina Kunicka, Bernard Ładysz, Urszula Narbut, Czesław Niemen, Daniel Olbrychski, Jerzy Połomski, Rudolf Poledniok, Krystyna Prońko, Łucja Prus, Danuta Rinn, Maryla Rodowicz, Andrzej Rybiński, Warren Schatz, Urszula Sipińska, Józef Sojka,Teresa Tutinas, Juliusz Wickiewicz, Adam Wojdak.

Halina Markowska Budniak

Rocznik 1950. W moim dorobku artystycznym znalazły się dwa indywidualne tomiki poetyckie. Poszukiwania, 1992 oraz Pomiędzy ostem a nagietkiem, 2014.

Ponadto wiersze ukazywały się w antologiach, w czasopismach i wydawnictwach literackich, a także na portalach internetowych, gdzie toczyły się rozmowy i dyskusje, a także odbywała się krytyka oraz ocena poszczególnych utworów.

I tak kolejno zostały wydane antologie: To moje słowa, 1990; Wiatr w szuwarach, 1993, Garść życia, 1996; Dojrzewanie w miłości, 2000; Wiedzie ludzi w różne strony  świata, 2002; Ja i mój świat, 2007; Zoned mi.ości, 2008; Twórcy powiatu kozienickiego, 2008; Obrazy duszy, 2013; Słowa puszczane na wiatr, 2013.

W konkursach poetyckich kilkakrotnie zdobywałam nagrody i wyróżnienia, m.in: nagrodę specjalną dla pisarza regionu (2007); I miejsce w VII konkursie literackim Czytamy i piszemy (2009); III miejsce w XII Ogólnopolskim Konkursie Literackim im. Marii Komornickiej (2014).


Pin It